Google



Wpisz wyrażenie polskie lub angielskie:

System © ASTEC

Barbara Simon
www. barbarasimon. prv. pl
e-mail: barb123j@comcast. net

Stare kłamstwa

  1. Wstęp
  2. Dziewiętnaście szalonych dni
  3. Kto się ze mną ożeni?
  4. Ślub
  5. Rozmowa po latach
  6. Będziesz babcią
  7. Mieszkanie
  8. Pakowanie
  9. Przeprowadzka
  10. Spotkanie
  11. Rozkosz
  12. Babsztyl
  13. Mężczyzna prawie idealny
  14. To jest miłość
  15. Spotkanie przyjaciółek
  16. Antoś
  17. Przestroga
  18. Wypadek
  19. Niespodziewana wizyta
  20. Spotkanie
  21. Za przyszłość!
  22. Zabójcza prawda
  23. Powrót do życia
  24. Trudna prawda
  25. Hiszpania
  26. Gorzkie rozczarowanie
  27. Wielka wyprzedaż
  28. Skarb
  29. Skarb2
  30. Kto jest moim ojcem?
  31. Pora na zmiany
  32. Przyjaciółki
  33. Swaty
  34. Spisek
  35. Niespodzianka
  36. Ostatnia przeszkoda
  37. Najlepsza przyjaciółka
  38. Para z temperamentem
  39. Ślub
  40. Rodzinne spotkanie - KONIEC

1. Wstęp

- Monika, to do ciebie telefon.
- Ale ma seksowny głos - szepnęła Kasia, wręczając słuchawkę przyjaciółce. - No, no! - pogroziła jej palcem. - A ja nic o nim nie wiem. Zrobię kawę - śmiała się, wycofując się do kuchni.
- Halo - powiedziała zaintrygowana Monika, poprawiając fryzurę przed lustrem. - Monika Kowalska, słucham.
- Dzień dobry. Mówi Iwo Nowaczyński. Mam nadzieję, że mnie pamiętasz piękna pani?
Monice zabrakło głosu. Odchrząknęła, a po chwili wykrztusiła: - Iwo? To naprawdę ty? Przepraszam, ale mnie zaskoczyłeś. Nie spodziewałam się telefonu od ciebie. Coś się stało?
- Właściwie nie. Zebrałem się na odwagę, żeby do ciebie zatelefonować, bo właśnie uświadomiłem sobie, że w tym roku, a raczej w sierpniu tego roku, minie dwadzieścia pięć lat odkąd widzieliśmy się po raz ostatni. Piękna rocznica, nieprawda? Ćwierć wieku. Zatęskniłem. Miałabyś coś przeciwko temu, żebyśmy się spotkali?
- Teraz? - wyrwało się Monice. - Jesteś w Krakowie?
- Zawsze miałaś ognisty temperament - roześmiał się Iwo. - Nie, nie teraz, moja śliczna. Dzwonię tylko żeby się zaanonsować. Proponuję spotkanie za miesiąc, w lipcu. Najlepiej dwudziestego drugiego, naturalnie gdybyś nie miała innych planów. Pamiętasz festyn dwudziestego drugiego lipca sprzed ćwierćwiecza w Jarosławcu? Proponujesz spotkanie właśnie tam? Dałabyś się zaprosić? - spytał.
- Monika, jesteś tam? - zaniepokojony przedłużającą się ciszą dopytywał Iwo. - Jeśli to będzie dla ciebie kłopot... Nie chciałbym ci nic narzucać. Ja bardzo chętnie spotkam się z tobą w każdym miejscu. Proszę tylko o spotkanie. Termin i miejsce zostawiam do wyboru tobie. Nie chciałbym komplikować ci życia, burzyć jakichś planów... Ja się dostosuję. Zechcesz się ze mną spotkać?
- Iwo, przepraszam, zaskoczyłeś mnie bardziej niż myślisz. Daj mi chwilę. Jesteś w Krakowie? - Monika powtórzyła pytanie.
- Nie, jestem w tej chwili zagranicą. Przylatuję do Polski na początku lipca i planuję pobyć w ojczystym kraju kilka miesięcy. Spotkam się z tobą w miejscu i czasie dogodnym dla ciebie.
- Ja też chętnie się z tobą spotkam - Monika już się opanowała. - Może jednak w Krakowie?
- Świetnie - ucieszył się Iwo. - Z przyjemnością zobaczę i ciebie i Kraków. Nie masz jakichś urlopowych planów? Nie chciałbym...
- Mam - przerwała mu - ale dwudziestego drugiego lipca będę na miejscu. Jak się skontaktujemy?
- Zatelefonuję do ciebie. W lipcu. Nie wiem, jaki będę miał numer telefonu, więc mimo szczerych chęci nie mogę ci zostawić teraz żadnych namiarów.
- W takim razie czekam na telefon od ciebie.
- To jesteśmy umówieni. Monika, cieszę się i dziękuję, że chcesz się ze mną spotkać.
- Kto to był? Nic nie mówiłaś, że masz jakiegoś nowego przyjaciela - Kasia ustawiała filiżanki na stoliku.
- Stary przyjaciel, słyszałaś. Sprzed dwudziestu pięciu lat.
- Znałam go?
- Nie, nikt go nie znał.
- Nie bądź taka tajemnicza, opowiedz o nim.
- Iwo, co za imię! A jaki głos! - zachwycała się Kasia. - W samym jego głosie można się zakochać od razu. Jaki on jest?
- Jest? Pojęcia nie mam. Mogę ci jedynie powiedzieć, jaki był.
- No, to opowiadaj - Kasia rozsiadła się wygodniej w fotelu.
Monika piła kawę i myślami była gdzieś daleko.
- Obudź się! Powiedz coś - niecierpliwiła się Kasia.
- Którego dzisiaj mamy? - ocknęła się z zamyślenia Monika
- Piętnastego czerwca.
- Do dwudziestego drugiego lipca został ponad miesiąc.
Monika podeszła do lustra. - Strasznie się zaniedbałam - westchnęła. - Oooo! - złapała się za brzuch. - Okropieństwo!
- Daj spokój, wyglądasz rewelacyjnie.
- Kaśka, nie kłam, wiem jak wyglądam. Od jutra siłownia, kosmetyczka, może zastrzyki z botoksu - krytycznie przyglądała się swojej twarzy. - No i ciuchy. Już tak dawno nic sobie nie kupowałam. Co się teraz nosi?
- Ohoho! Chcesz go uwieść na nowo, jak widzę. Poważna sprawa - Kaśka śmiała się głośno. - Lepiej zamów sobie pogodę na dwudziestego drugiego lipca - dowcipkowała - żebyś wiedziała, jak się ubrać.
- Ale się zaniedbałam! To wszystko przez tę pracę w domu - narzekała Monika. - Co za czasy! Teksty przysyłają mi e-mailem, ja sobie tłumaczę w szlafroku, do ludzi wychodzę rzadko i oto efekty. Dawniej, jak chodziłam do szkoły, to dbałam o siebie. A przez te ostatnie trzy lata? Szkoda gadać.
- I teraz chcesz nadrobić te zaległości w ekspresowym tempie - Kasia mówiła całkiem poważnie. - Skoro tak ci na nim zależy, bierzemy się od jutra do roboty. Ale pod jednym warunkiem - zastrzegła - opowiesz mi o nim, żebym wiedziała, jak bardzo mam się starać.
Kasia była jedną z bardziej eleganckich kobiet w Krakowie. Bywalczyni wszystkich liczących się imprez, właścicielka trzech butików. Jej pomoc zawsze była nieoceniona.
Monika rzuciła jej się na szyję. - Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć! Pewnie, że ci opowiem o nim. Z przyjemnością. To był facet! - westchnęła rozmarzona. - Nigdy już nie spotkałam nikogo, chociaż w połowie tak wspaniałego jak on. Iwo! Kaśka - zwróciła się do koleżanki - nalej nam po solidnej porcji koniaku. Coś ci pokażę.
Kaśka z zainteresowaniem patrzyła, jak Monika wspina się na krzesło i zdejmuje obraz ze ściany.
- Obraz mi chcesz pokazać? - zapytała zdumiona.
- Poczekaj, chwilę cierpliwości - Monika szukała czegoś w kuchni. Wróciła z nożem kuchennym w ręce.
- Zaczyna się robić tajemniczo - Kaśka zastygła z butelką koniaku na środku pokoju. - Będziesz go ciąć? - spytała.
Monika bez słowa odwróciła obraz. Zaczęła podważać tylną ściankę. Po chwili wyciągnęła kopertę. - Dobra - odstawiła obraz do kąta. - Siadaj i słuchaj. To on - wyciągnęła z koperty fotografię.
Kolory trochę zblakły ale...
- Ale facet! - Kaśka gwizdnęła z podziwu. - I tak go tam chowałaś przez te lata?
- A co miałam zrobić? Przecież nie mogłam trzymać tej fotki w rodzinnym albumie.
Obie wpatrywały się w mężczyznę na fotografii.
- Jedyna, jaką mam - powiedziała Monika. - I jedyny list jaki dostałam od niego.
- Zamieniam się w słuch. Widzę, że to będzie bardzo romantyczna historia. Uwielbiam romanse! - wykrzykiwała podekscytowana Kasia. - No, dalej! - popędzała przyjaciółkę. - Mów, a ja będę dolewać koniaku. Masz drugą butelkę? - zainteresowała się. - Bo coś mi się wydaje, że to będzie dłuuuuga historia.
- Barek zaopatrzony obficie - uspokoiła ją Monika. - Wystarczy na tydzień.
- Mogę nie iść do pracy jutro - zaofiarowała się Kasia. - Czego się nie robi dla najlepszej przyjaciółki.
- Jutro niedziela - przypomniała Monika. - Nie będzie to więc zbyt wielka z twojej strony ofiara.
- Będzie. Mam zaproszenie na obiad. Zaprosił mnie ten, no wiesz, milioner od soków. Ale nie odbiegajmy od tematu. Zaczynaj.
- I na kacu pójdziesz? - zainteresowała się Monika. - Może jednak opowiem ci kiedy indziej?
- Mowy nie ma. Zresztą, zaraz odwołam to spotkanie. Jak za mną trochę dłużej polata, będę cenniejsza. Ja czekałam na jego zaproszenie miesiąc, niech on też poczeka. Jako kobieta sukcesu mam prawo być zajęta - mówiła, wyjmując z torebki telefon komórkowy. - Poczekaj - szepnęła do Moniki - zaraz go spławię.
- Nie znałaś moich rodziców - zaczęła Monika, podwijając nogi pod siebie. - Chyba nigdy nie opowiadałam ci o swoim dzieciństwie spędzonym w Miasteczku, a od tego muszę zacząć.
Byłam tak zwanym późnym dzieckiem. Moi rodzice cuda robili, żeby mieć dziecko. Przez lata im się to nie udawało. Kiedy już stracili nadzieję, mama zaszła w ciążę. Miała wtedy trzydzieści osiem lat. Uznali to za cud. Cud, bo zdarzyło się to akurat po dorocznej pielgrzymce do Częstochowy. Zawsze byli głęboko religijni, ale po tym stali się wręcz dewotami. Możesz sobie wyobrazić, że w moim pokoju stał ołtarzyk? Matka Boska, która sprawiła ten cud, miała nade mną czuwać. Mnie traktowali jak księżniczkę z kruchej porcelany. Zawsze byłam ubrana jak laleczka, czyściutka, zadbana i... samotna. Oni mieli mi wystarczyć za cały świat. Żadnych koleżanek, biegania po podwórku. „Zmęczysz się kochanie, przeziębisz, nie biegaj, uważaj! Daj, mamusia obierze ci jabłuszko, tatuś wyczyści buciki. Daj, skarbie, ja to zrobię”. Jednym słowem, zagłaskać kota na śmierć. Moje życie to była szkoła. Mamusia lub tatuś odprowadzali mnie tam i z powrotem. Kościół. i dom. Po szkole obiadek i obowiązkowe leżakowanie. Potem obrabianie lekcji. Czytanie odpowiednich książek - najlepiej żywotów świętych lub innych budujących historyjek z morałem - paciorek i spać. W niedzielę na mszę, spacerek wokół rynku. A potem na obiad pożywny rosołek. Dla rozrywki gra w warcaby z tatusiem lub Chińczyka z mamusią. Czasem wychodziliśmy na obiad do znajomych rodziców lub oni przychodzili do nas. Największym wydarzeniem roku były imieniny naszego proboszcza. Kiedy byłam w ogólniaku, rodzice zadbali także o moją przyszłość. Wybrali mi narzeczonego. Krzysia. Syna ich znajomych, a właściwie jakichś bardzo dalekich kuzynów. Miałam po maturze wyjść za mąż za niego, mieszkać nadal z rodzicami którzy już przygotowali dla nas mieszkanko na piętrze. Urodzić dwoje dzieci i żyć tak jak oni. Krzysiu był całkiem miłym chłopcem. Ja nie protestowałam, bo nawet taka myśl przez głowę mi nie przeszła. Tuż przed maturą okazało się, że Krzysiu musi iść na dwa lata do wojska. Był ode mnie starszy o trzy lata. Jego rodzice załatwiali odroczenia, ale w końcu coś tam nie poszło po ich myśli. Rozpacz była straszna. I jego rodziców, i moich.Skoro jednak nic się nie dało zrobić, postanowili, że się zaręczymy przed wojskiem, ale ze ślubem poczekamy, aż Krzyś to wojsko odsłuży. Tylko co ja miałam robić przez te dwa lata?
Moje koleżanki z klasy w większości miały jakieś plany. Kilka planowało wyjść za mąż, ale większość chciała się wybrać się na studia. Ja zawsze byłam najlepszą uczennicą. Wiesz, wszystkie świadectwa z czerwonym paskiem... Zaproponowałam więc, że skoro Krzysiu w wojsku, to może ja w tym czasie mogłabym się uczyć. Rodzice najpierw zaprotestowali, ale z czasem uznali, że to nawet dobry pomysł.
- Niech dziewczyna ma jakiś zawód. Nigdy nie wiadomo, co się w przyszłości może zdarzyć - zadecydował tata.
Mama, która nigdy nie pracowała, z trudem ale jednak dała się przekonać. Długo debatowali, co mogłabym robić. Pomógł przykład ciotki Honoraty.
- Tak, siedzimy teraz w jej mieszkaniu.
Ciotka Honorata przeżyła w młodości jakiś bolesny miłosny zawód. Mieszkała sama w Krakowie, już dawno była na emeryturze. Całe życie przepracowała w bibliotece.
- Może Monisia też mogłaby być bibliotekarką? Spokojna praca - mówiła mama. - Monisia lubi czytać. Trzeba porozmawiać z ciotką.
Wybraliśmy się do niej z wizytą w którąś niedzielę. Ciotka najpierw zachwycona nie była, ale dała się przekonać. Miałam zamieszkać u niej - inna opcja nie wchodziła w rachubę - i uczyć się w dwuletnim pomaturalnym stadium. Tak zadecydowali. Mnie nikt o zdanie nie pytał - przecież oni wiedzieli lepiej i chcieli dla mnie jak najlepiej.
Zamieszkałam u ciotki. Ciotka była starszą panią z niewzruszonymi zasadami. Tak jak moi rodzice wiedziała zawsze, co wypada panience, a co nie. Musiałam jej przynieść plan zajęć, który powiesiła sobie nad biurkiem. I w rytm tego rozkładu toczyło się nasze życie. Ona gotowała obiadki, robiła podwieczorki. Teraz z nią chodziłam do kościoła i z wizytami do jej przyjaciółek. Dbała, żebym zawsze miała co robić i kontrolowała każdy mój krok.
Tak jak moi rodzice bała się, że na dziewczynę z dobrego domu zawsze czyha moc niebezpieczeństw, a poza tym ja byłam zaręczona. Miałam czekać na narzeczonego.
Ciotka znała doskonale francuski, ja się tego języka uczyłam w liceum. Odkąd więc zamieszkałam u niej, rozmawiałyśmy tylko po francusku.
Patrzyłam na moje koleżanki. Umalowane, w modnych ciuchach, stale umawiające się na randki, opowiadające o prywatkach. Zazdrościłam im, ale po cichu. Moje życie było już starannie zaplanowane.
Czasem zapraszały mnie na jakaś imprezę, ale ja zawsze odmawiałam. Któregoś dnia Mariola, największa rozrabiaka na roku, zapytała: - Co z tobą Monika? Do klasztoru się wybierasz czy jak? Życie przepływa obok ciebie, a ty sobie tylko patrzysz. Daj się raz namowie na jakieś wyjście.
Pod jej wpływem skłamałam po raz pierwszy. Powiedziałam ciotce, że mamy popołudniowe zajęcia w bibliotece dla dzieci na odległym osiedlu. Czytanie bajek i takie tam... Ciotka - po namyśle - zgodziła się, żebym tam chodziła. Tak wygospodarowałam sobie dwa wolne popołudnia w tygodniu.
Monika wzięła sprawy w swoje ręce. Pokazała mi, jak się robi makijaż, pożyczyła ciuchy i zabrała do studenckiego klubu. Teraz mówiłam ciotce, że zajęcia z dziećmi mamy cztery razy w tygodniu. Zaczęłam podwójne życie. U Marioli miałam już swoje kosmetyki i trochę ubrań. U niej się przebierałam do wyjścia i przed powrotem do domu. Ciotka zawału by dostała, widząc mnie umalowaną, a rodzice natychmiast zabraliby mnie do domu. Musiałam udawać i kryć się z moim nowym życiem. Przed wakacjami dziewczyny - bo u nas w szkole były prawie same dziewczyny - planowały wakacje. Mariola wyjeżdżała do Jarosławcem, nad morzem, gdzie już drugi rok miała być kaowcem w zaprzyjaźnionym ośrodku.
- Jedź ze mną - namawiała. - Załatwię ci pracę w recepcji i bibliotece. Zarobimy, pobawimy się, będzie fajnie - kusiła.
Zaczęłam obmyślać plan.
Przyjechał Krzysiu, mój narzeczony, na przepustkę. Od niego postanowiłam zacząć. Krzysiu w wojsku zmężniał, wyprzystojniał, stał się śmielszy niż był w naszym miasteczku. Ciotka zostawiła nas samych na parę godzin. Wykorzystaliśmy ten czas - odważyliśmy się na więcej niż tylko pocałunki. W końcu byliśmy zaręczeni. Opowiedziałam mu o swoich planach.
- Jarosławiec? - spytał. - Byłoby świetnie. Miałbym do ciebie bliżej. Przecież moja jednostka jest koło Słupska.
Razem pojechaliśmy do moich rodziców. Krzysiu przekonywał ich, że taki wyjazd byłby świetny dla mnie, bo klimat zmienię. Morskie powietrze dobrze mi zrobi bo blado wyglądam. On się mną zaopiekuje. Zanim zgodzi się na wyjazd, sam sprawdzi czy to miejsce jest dla mnie odpowiednie.
Słowa dotrzymał. Rodzicom przysłał list, że wszystko w najlepszym porządku. Ośrodek wczasów rodzinnych. Kierownik wygląda na porządnego człowieka. On ze swojej strony nie widzi powodów, żeby mi zabronić tego wyjazdu. Skoro on to zaakceptował, rodzice też wyrazili zgodę.

2. Dziewiętnaście szalonych dni

Na początku czerwca żegnana mnóstwem dobrych rad wsiadłam do pociągu. Mariola już tam była.
Dostałyśmy razem pokój. Ona bawiła wczasowiczów, obmyślając, jak im zająć wolny czas i urozmaicić pobyt. Ja siedziałam w recepcji i dodatkowo wypożyczałam książki. Czas wolny spędzałyśmy na plaży i włóczeniu się wieczorami po knajpkach.
Dwudziestego drugiego lipca był festyn z tańcami. Mariola była umówiona z kimś na randkę. Ona nie marnowała czasu, zostałam więc sama. Siedziałam na ławce i patrzyłam na rozbawione towarzystwo, kiedy uslyszałam: - Samotna, w taką noc? Narzeczony rzucił czy jeszcze go nie znalazłaś?
Spojrzałam i zamarłam. Obok mnie stał przystojny, młody mężczyzna. W mundurze oficera marynarki, opalony, roześmiany wydał mi się snem. To był właśnie Iwo.
„To niemożliwe, żeby taki mężczyzna na mnie zwrócił uwagę” - pomyślałam. On coś do mnie mówił, a ja gapiłam się na niego jak sroka w gnat. Słowa nie mogłam z siebie wykrztusić.
Nie wiem jak i dlaczego wstałam z tej ławki. Nie pamiętam, jak znaleźliśmy się w taksówce. Iwo obejmował mnie ramieniem i to wystarczało.
Weszliśmy do eleganckiego lokalu. Kelnerzy kłaniali mu się do samej ziemi, stolik dla nas wyrósł jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Pierwszy raz w życiu piłam szampana. Tańczyliśmy, jedliśmy, piliśmy. Iwo opowiadał zabawne historie z całego świata. Wszystko to było jak sen.
Kiedy pocałował mnie po raz pierwszy - świat zawirował. Dotąd całowałam się tylko z Krzysiem. Teraz tamte nasze pocałunki wydawały mi się niewinnymi igraszkami z przedszkola. Pod wpływem pocałunków Iwa topniałam jak wosk, chciałam go całego. Czułam, że dopiero on zrobi ze mnie kobietę. Szczęśliwą kobietę.
Kiedy zaproponował, żebyśmy zostali w hotelu, tylko skinęłam głowa. To była noc!
Kaśka zerwała się z kanapy. - Monika, napij się jeszcze i opowiadaj. Aż mi ciarki po plecach przechodzą z wrażenia. No i co?
- Mnie też - uśmiechnęła się Monika.
Zawsze, ile razy sobie o nim pomyślę, czuję mrowienie na całym ciele. Przyjemne mrowienie. Z nikim już nigdy nie było mi tak dobrze jak z nim. Rano, a właściwie w południe, odesłał mnie taksówką do ośrodka. Niczego nie obiecywał. Poprosił tylko o numer telefonu.
Po powrocie chodziłam jak nieprzytomna. Nie mogłam myśleć o niczym innym tylko o nim. Jego ręce czułam cały czas na swoim ciele. Głośno wzdychałam, wspominając jego żarliwe pocałunki.
- Monika, obudź się! Krzysiu ma przyjechać jutro. Dziewczyno, co z tobą? - Mariola machała mi ręką przed oczami. - Zakochałaś się?
Na wspomnienie o Krzysiu rozpłakałam się. Teraz wiedziałam jedno - już go nie chcę. Nie zmuszę się do udawania, że jest jak dawniej. Nic już nie miało być tak jak dawniej.
Wieczorem rozpłakałam się jak jeszcze nigdy w życiu. Uświadomiłam sobie, że nawet nie wiem, jak się mój kochanek nazywa, skąd jest, gdzie go szukać. Nic. Nawet nie byłam pewna czy to jego prawdziwe imię. Bo kto się nazywa Iwo? Beczałam coraz rozpaczliwiej.
- Monika, Krzysiu dzwoni... - Mariola szarpała mnie za rękę.
Nawet nie podniosłam głowy.
Zrozumiała. Nakłamała mu, że nie mogę podejść do telefonu, bo ratuję jakieś dziecko, które zatruło się rybą.
Krzysiu dzwonił, żeby powiedzieć, że nie przyjedzie. Właśnie wyjeżdża na poligon. Na miesiąc, a może i dłużej.
- Dziewczyno, nie możesz brać każdego chwilowego romansu tak poważnie ani rujnować sobie życia z tego powodu - przekonywała Mariola. - Przestań łkać, wracaj do rzeczywistości. Masz szczęście, że ten twój narzeczony teraz nie może cię widzieć. Dzięki naszej wspaniałej armii za poligony - próbowała mnie rozśmieszyć. - Za miesiąc zapomnisz o przygodzie i znów będziesz idealną narzeczoną.
- Nie będę - protestowałam. - Nie chcę Krzysia.
Siedziałam w recepcji na dyżurze, kiedy raptem wyrósł przede mną Iwo z ogromnym bukietem róż.
- Kiedy kończysz pracę? - spytał.
- Za dwie godziny.
- Poczekam.
Patrzyłam na niego. W rozchełstanej koszuli wyglądał jeszcze wspanialej niż w mundurze. Mój Iwo.
- Mam niespodziewanie dziewiętnaście dni wolnego. Statek nie jest gotowy do wyjścia w morze. Chciałabyś spędzić te dni ze mną? - zapytał.
Zaschło mi w gardle. Nie mogłam wykrztusić słowa.
- Pomyśl o tym. A tymczasem - czy jest tu jakaś kawiarnia? - spytał.
Wskazałam ręką, nadal nie mogąc wymówić słowa.
- Wrócę po ciebie za dwie godziny - uśmiechnął się.
W drzwiach zderzył się z Mariolą.
- To on? - zapytała.
Pokiwałam głową.
- No, no! Nie dziwię ci się. Sama bym chętnie straciła dla niego głowę. Co ci jest? - zainteresowała się.
Bo ja raptem ożyłam. - Dziewiętnaście dni dni tylko z nim. Mariola! - wykrzyknęłam. - Rzucam tę pracę.
- Zwariowałaś?! Teraz, w tej chwili?!
- Załatw to z kierownikiem - prosiłam. - Iwo zabiera mnie z sobą.
- Zastanów się - ostrzegawczo powiedziała Mariola. - Pomyśl, zanim zrobisz coś głupiego.
- Już pomyślałam - rozpierała mnie energia. - Mariola, jesteś moją przyjaciółką czy nie?
- Jestem ale...
- To idź do kierownika. Ja muszę coś załatwić.
Mariola wyszła, kręcąc głową z podziwem. - No, no - mruczała. - Nasza zakonnica, kto by pomyślał?
A we mnie aż się gotowało. Już wiedziałam, co zrobię. Sięgnęłam do stojaka przy recepcji. Odliczyłam dziesięć widokówek. Zaczęłam je wypełniać. Wysyłałam do rodziców kartki z relacją, co robię co drugi dzień. Pisałam jak szalona. Następne dziesięć do Krzysia. I jeszcze dziesięć do ciotki Honoraty.
Wróciła Mariola. Wręczyłam jej kartki.
- Wysyłaj je, proszę, co drugi dzień - poprosiłam. - Mariola, masz rację, życia rujnować sobie nie będę, ale nikt mnie nie powstrzyma przed wyjazdem z Iwo. Nikt! - wykrzyknęłam. - Nie wybaczyłabym sobie tego do końca życia.
- A jak Krzyś tu się zjawi? - dopytywała Mariola.
- Liczę na ciebie. Powiedz mu cokolwiek. Nawet prawdę - było mi wszystko jedno.
Kiedy Iwo zjawił się ponownie, moja spakowana torba stała obok recepcji. - Jestem gotowa - oznajmiłam z determinacja.
Chwycił mnie w ramiona. - To lubię - szepnął całując mnie w ucho. - Wspaniała z ciebie dziewczyna.
Mariola patrzyła, nic nie mówiąc. Iwo chwycił torbę, mnie objął drugim ramieniem, Wyszliśmy.
Przed recepcją stał srebrny mercedes. Iwo szarmancko otworzył mi drzwi. Torbę wrzucił do bagażnika. Byłam szczęśliwa jak nigdy dotąd, a to dopiero był początek szaleństwa...
Naszą podróż zaczęliśmy od Gdańska. Iwo miał tam do dyspozycji mieszkanie nad Wełtawą. Mieszkanie to za mało powiedziane. Apartament dwupoziomowy, jaki dotychczas mogłam oglądać jedynie w amerykańskich filmach o życiu wyższych sfer.
- Czyje to mieszkanie? - spytałam oszołomiona.
- Przyjaciela, który teraz jest w rejsie. Czuj się jak w domu.
Jak w domu? To jakiś żart! W kuchni i łazience produkty tylko zagraniczne. Nie miałam pojęcia, do czego mogą służyć. W barku tylko markowe alkohole. Ja takich w życiu nie widziałam, a on mówi, że mam czuć się jak w domu! Czułam się jak kopciuszek przeniesiony raptem z lepianki do pałacu. Co ja tu robię?
Iwo nie dał mi czasu na zastanawianie się. Na rękach zaniósł mnie do łazienki, gdzie wanna napełniała się woda. Ja mam się z nim kąpać? Chciałam zaprotestować. Nigdy nie widziałam nagiego mężczyzny. Tak dokładnie jak teraz jego. Ten ukradkowy seks z Krzysiem pod kołdrą... No i nasza noc z Iwo, kiedy ja zawijałam się w prześcieradło. A teraz on stoi nagi, zupełnie nieskrępowany przede mną i zachęca, żebym poszła w jego ślady...
„Raz kozie śmierć” - pomyślałam desperacko, zrzucając z siebie bluzkę. Od wstydu gorsza była obawa, że potraktuje mnie jak gąskę z prowincji. A ja chciałam być dla niego światową damą.
W Gdańsku spędziliśmy cztery dni. Moje skrępowanie zniknęło. Z Iwo wszystko było takie naturalne. No i wszystko pierwszy raz. Czas upływał nam głównie w łóżku, a ściślej mówiąc w mieszkaniu, bo kochaliśmy się wszędzie.
W przerwach spacerowaliśmy po Gdańsku. Iwo był znakomitym przewodnikiem. Znał nie tylko restauracje, ale także ekskluzywne sklepy. Kupował mi kosmetyki w peweksie, ciuchy w butikach, komisach i halach targowych. Po tych czterech dniach oprócz swojej torby miałam walizę pełna ubrań jak z marzeń o życiu milionerki. Nie zastanawiałam się, co ja z tym zrobię, bo przecież nie mogłam tego zawieźć do domu czy ciotki Honoraty. Nie myślałam o jutrze. Ważne było dziś i tylko dziś.
Iwo postawił sprawę jasno. Jest żonaty, ma dwoje dzieci, jest ode mnie starszy o piętnaście lat. Nie ma zamiaru się rozwodzić. Nasza znajomość jest na czas ściśle określony. Na te dziewiętnaście dni.
- Taki prezent od losu - żartował, nalewając szampana. - Ja miałem już być w rejsie, dlatego żona z dziećmi wyjechała do rodziny w Stanach. Tymczasem statek wymaga dłuższego pobytu w stoczni. Niespodziewane wakacje. Nasze spotkanie dopełnia radość, jaka towarzyszy każdej niespodziance. Jesteś fantastyczna, piękna, bardzo seksy dziewczyna. A wiesz co w tobie uwielbiam najbardziej? To, że jesteś taka szalona. Że nie pytając o nic zgodziłaś się ze mną wyjechać.
Nikt mi nigdy nie prawił takich komplementów. Byłam szalona. Przecież wyjeżdżając z nim nawet nie wiedziałam jak się nazywa. Po tych dziewiętnastu dniach też niewiele więcej o nim wiedziałam. Pokazał mi świat, którego istnienie mogłam dotąd tylko podejrzewać.
Z Gdańska pojechaliśmy na Mazury. Trzy dni na jachcie, dwa w willi z basenem w piwnicy. Potem Warszawa. Najlepsze hotele, światowe towarzystwo. Iwo bez zastanowienia wydawał każdego dnia więcej niż mój ojciec zarabiał przez miesiąc. Miałam wrażenie, że pieniądze w ogóle się dla niego nie liczą. Przy okazji załatwiał jakieś interesy, ale głównie bawiliśmy się i kochaliśmy jak szaleni. Szampan lał się strumieniami i zabawa była szampańska. Straciłam poczucie rzeczywistości, czasu. Chciałam, żeby ta bajka trwała jak najdłużej.
Dziewiętnaści dni szybko minęło. Iwo odwiózł mnie do Jarosławca. Nie było dramatycznego pożegnania, obietnic. Nic z tych rzeczy. Przytulił mnie tylko na do widzenia i roześmiany odjechał w siną dal.
Stałam z walizami - bo miałam już dwie - i patrzyłam na znikające światła jego samochodu.
- Monika, to ty we własnej osobie? - Mariola pojawiła się obok mnie nie wiadomo skąd.
- Ja. Mogę zamieszkać w naszym pokoju? - spytałam.
- Możesz, oczywiście że możesz. Tyle, że pracy już tu nie masz.
Machnęłam ręka. Nie praca była mi w głowie.
W pokoju wręczyła mi listy od rodziców, Krzysia i ciotki.
- No i co? - spytała.
- Nic - odparłam.
- Co ty masz w tych walizach? - zapytała
- Dziewiętnaście najwspanialszych dni mojego życia. Mariola jak ja teraz będę żyć? - rozbeczałam się i płakałam tak trzy dni.
Wakacje dobiegały końca. Trzeba było wracać do domu. Uzgodniłam, że walizy zostawię na przechowanie u Marioli.
- Pokaż chociaż co tam masz - zaproponowała.
Otworzyłyśmy walizki. Mariola przymierzała ciuchy i bieliznę, jej okrzykom zachwytu nie było końca.
- Nie piłam jeszcze takiej whisky - powiedziała, wyciągając ogromną butlę. - To jest okazja.
- Napijmy się, za stracone złudzenia - zaproponowałam.
Miałam nadzieję, że Iwo odezwie się, zadzwoni. Ale on zniknął na dobre. Mariola otworzyła butelkę.
- A to co? - spytała, wyciągając kopertę. - List.
Zaskoczona otarłam łzy. Nie zostawił mnie bez słowa. Wyrwałam jej kopertę z rąk.
Rozerwałam ją w pośpiechu. Wypadło kilka studolarowych banknotów. I tyle.
- Zapłacił mi! Wyobrażasz to sobie? Zapłacił mi za nasze dziewiętnaście dni.
- To majątek - Marioli dech zaparło z wrażenia. - Szczęściara jesteś.
Rozryczałam się ponownie. Ja, szczęściara! Zapłacił mi jak jakiejś dziwce.
- Ile ty wtedy miałaś lat? - zapytała Kasia, dolewając do kieliszków
- Dziewiętnaście. On trzydzieści cztery.
- Czyli teraz ma pięćdziesiąt dziewięć - Kasia uważnie wpatrywała się w fotografię. - Ciekawe, jak wygląda? I dlaczego chce się z tobą spotkać? Nie widziałaś go już nigdy więcej? A ten list? - dopytywała.
- Nie widziałam. Tylko, że to nie koniec historii.
- Nie rozumiem. Nie trzymaj mnie w niepewności. Mów - ponaglała Kasia.
- No, nie wiem... Nigdy nikomu o tym nie mówiłam.
- Monika, ile my się znamy?
- Przeszło piętnaście lat.
- Sporo razem przeżyłyśmy. Komu powiesz?
- Masz rację, chyba czas wyrzucić to z siebie. Pytasz, po co on się ze mną chce zobaczyć? Nie wiem, a raczej nie chcę się domyślać. Nie, to niemożliwe...
- Co jest niemożliwe? Monika, chodź do kuchni, zrobię nam coś do jedzenia, bo się urżniemy. Masz coś w lodówce?
- Sporo. Masz rację, przerwa dobrze nam zrobi.
- Żadna przerwa. Opowiadaj, kolacją ja się zajmę.

3. Kto się ze mną ożeni?

Zgodnie przeszły do kuchni. Kasia zadomowiona od dawna w domu przyjaciółki zaczęła przeglądać zawartość lodówki i spiżarki.
Monika popijała koniak i wpatrywała się w blat stołu, jakby widziała go po raz pierwszy w życiu.
- Stanęłyśmy na tym, jak ryczysz w Jarosławcu - przypomniała Kasia, krojąc chleb.
- A tak - Monika otrząsnęła się z zamyślenia. Ryczałam. Zadzwonił ojciec z pytaniem, czy nie mogę wrócić wcześniej do Krakowa, bo ciotka Honorata niedomaga.
Mogłam, czemu nie i tak nie miałam nic innego do roboty.
Ciotka naprawdę czuła się źle. Po dwóch dniach zawiozłam ją do szpitala. Sama w domu wpatrywałam się w zdjęcie Iwo i beczałam jak głupia. Tak zastał mnie Krzysiu. Dostał przepustkę i bez uprzedzenia zjawił się u mnie. Kiedy zobaczył mnie z zapuchniętymi oczami, okropnie się rozczulił.
- Taka wrażliwa! Tak przezywasz chorobę ciotki, czy może to z tęsknoty za mną? - dopytywał.
Przytaknęłam i wypłakiwałam mu się w koszulę cały wieczór. Wylądowaliśmy w jednym łóżku. Dwa tygodnie po szalonych ekscesach z Iwo, seks z Krzysiem był nieporozumieniem.
On, zakochany, starał się mnie nie urazić, a ja miałam ochotę wyrzucić go za drzwi. Nie jego chciałam. Nie jego niezdarnych pieszczot. Chciałam Iwo, Prawdziwego mężczyznę. Takiego, który wie, jak dogodzić kobiecie. Krzysiu budził we mnie niechęć.
Pojechaliśmy w niedzielę do domu. Na obiedzie zjawili się jego rodzice. Siedzieliśmy w szóstkę przy stole. Słuchałam ich rozmów, dowcipów, zachwytów nad tym, jaka z nas piękna para. Po obiedzie przenieśliśmy się na werandę. Tata trzymał za rękę mamę. Jak zwykle. Ojciec Krzysia poklepywał swoją żonę po udzie.
Krzysiu nieśmiało wziął mnie za rękę. I w tym momencie usłyszałam huk zatrzaskujących się drzwi. Ciężkich drzwi więzienia. Tu oto, w domu moich rodziców, w towarzystwie znanych mi od czasów dzieciństwa osób, u boku całkowicie mi obojętnego Krzysia miałam spędzić resztę moich dni. Dożywocie bez możliwości ułaskawienia. Będę tak siedzieć co niedziela na ganku, przetrawiając obowiązkowy świąteczny rosół i kurę w potrawce. Słuchając tych samych od lat dowcipów mojego teścia i pobożnych zawodzeń mamy. Tyć i plotkować o sąsiadach zza płotu. Haftować serwetki dla relaksu i robić przetwory z plonów własnego ogródka. Spacerować wokół znanego mi aż do obrzydzenia ryneczku, prezentując społeczności miasteczka nasze rodzinne szczęście. Raz w roku pić domowej roboty wino na imieninach proboszcza.
Nawet na wczasy nie pojedziemy, bo będziemy oszczędzać na nową wersalkę lub pralkę. Miałam ochotę krzyczeć. „Nie chcę, nie dam się pogrzebać za życia, ja chcę żyć inaczej.
- Coś nasza Monisia smutna dzisiaj - zauważył mój przyszły teść. - Zawsze taka uśmiechnięta, a dzisiaj jak chmura gradowa.
- Może chora - zainteresowała się jego żona.
- Monisia zawsze była nad wyraz wrażliwa - wtrąciła się moja mama. - A teraz przeżywa, biedna, chorobę Honoraty.
- Może ty za ciężko tam pracowałaś? - zatroskał się ojciec. - Może nie trzeba jej było pozwolić na ten wyjazd.
- Monisiu, a może ty masz gorączkę? - mama położyła mi rękę na czoło. - Pamiętasz? - zwróciła się do ojca. - Już raz gorączkowała - wydawało się bez powodu. To wtedy, kiedy miała pojechać na wycieczkę szkolną. Potem się okazało, że z przejęcia. Tak się przejęła tym wyjazdem - wyjaśniała rodzicom Krzysia, jakby nie słyszeli tej historii przynajmniej kilka razy - że gorączkowała trzy dni. Oczywiście, nie pojechała na wycieczkę. Krzysiu, musisz pamiętać, że ona jest wyjątkowo wrażliwa.
Krzyś opiekuńczo objął mnie ramieniem. - Pamiętam, będę o nią dbał.
- Monisiu, może położysz się trochę? Zasłonię okna - zaofiarowała się moja mama.
- I blada jakaś... Znad morza wróciła, a prawie nic nieopalona - wtrąciła moja przyszła teściowa.
- Krzysiu, ty tam byłeś. Co ona robiła w tym Jarosławcu? - ojciec groźnie popatrzył na przyszłego zięcia.
- Byłem. Nie, nie wyglądało źle - tłumaczył się Krzysiu. - Monisia pracowała w recepcji i dodatkowo wypożyczała książki w bibliotece. Ale tylko trzy razy w tygodniu - dodał, zgromiony wzrokiem mojego taty.
- No tak, a ona zawsze dokładna pewnie pracowała po godzinach, chcąc, żeby wszyscy byli zadowoleni. Ona zawsze myśli o innych, kochane dziecko - mówiła moja mama, prowadząc mnie do domu. - Połóż się, skarbie, zrobię ci ziołowej herbatki. A może kompres na czoło?
Leżałam w łóżku udając chorą. Słyszałam jak na ganku rozmawiają o mnie, jak zastanawiają się, czy aby ta szkoła nie jest dla mnie zbyt wielkim obciążeniem.
- Może ją zabrać do domu? - głośno zastanawiał się tata. - Po co jej ten wysiłek? Tu z maturą pracę znajdzie, jak będzie chciała, a poza tym wyjdzie za mąż.
- Moja żona nie będzie musiała pracować - dumnie oznajmił Krzysiu. - Mam dobry fach, potrafię zarobić na rodzinę.
- O, to to - podchwyciła mama. - Miejsce kobiety jest w domu.
Zgodnym pomrukiem wszyscy zgodzili się z tą opinią.
I ja miałam tak żyć? Wszystko się we mnie buntowało. 'Za żadne skarby - postanowiłam. - Nigdy'.
Do szkoły wróciłam. Wypłakałam to sobie. Przekonałam, że nie można teraz ciotki zostawić samej. Ten argument przeważył.
- Stara już jest, nikogo na świecie nie ma - podsłuchałam rozmowę rodziców. - Komu zapisze mieszkanie i ten majątek, który gromadziła całe życie? Będzie miała Monisia większy posag.
Ciotka ze szpitala wróciła pełna energii. Czuła się zdecydowanie lepiej. Choroba okazała się nie taka straszna. To ona mną, a nie ja nią się opiekowałam. Podtrzymywałam kłamstwo, że czytam wieczorami biednym dzieciom w osiedlowej bibliotece. Nawet dyplom jej pokazałam, jaki rzekomo dostałam za zasługi w tej dziedzinie. Tym sposobem miałam cztery wieczory dla siebie. Uknułam plan: muszę znaleźć kogoś, kto się ze mną ożeni tu, w Krakowie. Za żadne skarby nie chciałam wracać do miasteczka. Widziałam, że złamię rodzicom serca, ale miałam nadzieję, jakoś ich przekonać. Tylko kto się ze mną ożeni?
Jana poznałam w kawiarni. Któraś z koleżanek go przyprowadziła. Był już po studiach, miał dwupokojowe mieszkanie w Nowej Hucie. Przystojny, pozował na artystę. Zawsze otaczał się ładnymi dziewczynami. Cieszył się reputacją podrywacza. Na mnie nie zwrócił szczególnej uwagi. Za to ja na niego - tak. Szybko ustaliłam gdzie mieszka, pracuje, gdzie najchętniej przebywa.
Postanowiłam go uwieść. Dwa tygodnie chodziłam jego śladami bezskutecznie. Zawsze jakaś wymalowana dziewczyna wisiała u jego ramienia. Na nocne imprezy nie miałam szans. Ciotka zawału by dostała. Postanowiłam uwieść go w świetle dnia.
W niedzielny poranek wybrałam się do jego domu. Miałam nadzieje, że będzie sam. Zadzwoniłam do drzwi z biciem serca. Raz i drugi. Cisza... Zaczęłam więc stukać. W końcu musiałam się pogodzić z tym, że albo go nie ma, albo nie chce otworzyć. Wyszłam przed blok i usiadłam na ławce.
Tego nie przewidziałam. Kiedy tak zastanawiałam się, co robię, podjechała taksówka. Wysiadł z niej Jan. Pijany. Zastąpiłam mu drogę. Najpierw mnie nie poznał, a potem chwycił w serdeczno-pijacki uścisk. - Monika, a to niespodzianka! Co ty tu robisz?
- Przechodziłam - powiedziałam, patrząc na niego i chłodno oceniając swoje szanse. - Postanowiłam zrobić ci niespodziankę.
- I zrobiłaś - śmiał się. Lekko się zataczając prowadził mnie w stronę drzwi wejściowych. - Skoro już tu jesteś, nie puszczę cię - cuchnął jak stara gorzelnia.
Weszliśmy do domu. - Tak mieszkam - zawołał. - A tu śpię - pokazał rozbabrane loże. - Śniadanie już jadłem - odsunął mnie od siebie. - Teraz chcę spać. Możesz ze mną - zaproponował, rzucając marynarkę na podłogę.
Bez słowa zrzuciłam żakiet, potem bluzkę. Rozbierałam się, patrząc mu prosto w oczy.
Nie wyglądał na zaskoczonego. Leżał na łóżku i czekał. Położyłam się obok. Bez słowa rzucił się na mnie. To był szybki seks. Żadnych czułości. Bardziej gwałt niż miłość.
Zsunął się ze mnie i w tym samym momencie zasnął. Pozbierałam swoje rzeczy. W łazience doprowadziłam się do porządku i wróciłam do ciotki. Zdążyłyśmy na sumę. Po mszy, jak zwykle, poszłyśmy do ulubionej kawiarni ciotki, gdzie spotykała się ze swoimi znajomymi.
Jan znalazł mnie trzy dni później. Wyglądał na zakłopotanego. - Musimy porozmawiać - powiedział.
Siedzieliśmy na plantach, patrząc na spacerujących ludzi. Był piękny jesienny dzień. - Monika, czy ja? Czy to był twój pierwszy raz? - spytał wreszcie.
- Co?! - Kaśce wypadł pomidor z ręki i głośnym plaśnięciem rozbił się na podłodze.
- Dobrze słyszałaś. Znalazł trochę krwi na pościeli i się przestraszył. Był pijany. Nie bardzo mógł sobie przypomnieć, co się działo. Tak jak on miał opinie podrywacza, tak ja zakonnicy. Pamiętaj o tym.
- Monika, myślałam, że już nic w życiu mnie nie zaskoczy - Kasia patrzyła na przyjaciółkę z podziwem.
- No i... - domagała się dalszego ciągu stojąc z nożem w ręku. - Mów.
- No i miał straszne wyrzuty sumienia - kontynuowała Monika.
Nie wiedział, jak ma się zachować. Chyba pierwszy raz w życiu czuł się zakłopotany.
- Dlaczego to zrobiłaś? - dopytywał.
- Bo... bo cię kocham - wyjąkałam czerwona ze wstydu. I uciekłam.
Plan zadziałał. Teraz on chciał się ze mną spotykać.
- Monika, ty wtedy miałaś dziewiętnaście lat! Dziewczynka z dobrego domu, pobożna i posłuszna rodzicom - Kaśka z przejęcia wypiła duszkiem zawartość kieliszka. - O seksie nie miałaś prawa wiedzieć niczego! Skąd u ciebie ta premedytacja, że nie powiem - perfidia?
- Determinacja, moja droga - Monika też wypiła swój koniak jednym tchem. - Jakbyś kiedyś miała problemy z wyjaśnieniem słowa 'determinacja' lub 'zdeterminowany', spójrz na mnie. To ja. Iwo odmienił mnie całkowicie. Wszystkie nauki, wpajane mi przez rodziców, okazały się nic nie wartymi słowami. Chciałam żyć tak, jak on żył. Wyruszyć na podbój świata. Dowiedziałam się, że świat to nie tylko opłotki naszego miasteczka. Zrozumiałam, że cnotliwe panienki, grzeczne, ze spuszczona głową stoją w kącie. A te puszczalskie zdobywają świat. Nie chciałam być więcej grzeczną dziewczynką. Chciałam zdobywać świat. Mężczyzn. Chciałam zdobyć Iwo.
- Idąc do łóżka z Janem?
- A co miałam zrobić? Wyjść za mąż za Krzysia i pogrzebać się żywcem w miasteczku? Jan był przepustką do nowego życia. Postanowiłam wykorzystać go bez skrupułów. On też nie był święty. Miał stanowić ten wytrych, którym ja sobie otworze drzwi do wielkiego, upragnionego świata. Środkiem, dzięki któremu zdobędę wymarzony cel. A jaki to był cel? Sama nie bardzo wiedziałam. W każdym razie pewna byłam jednego. Muszę wyrwać się z miasteczka. Jego marazmu. Beznadziejności. Prowincjonalizmu. Gdzie każdy dzień był lustrzanym odbiciem poprzedniego. Gdzie szczytem marzeń był talon na 'malucha'. Czułam, że umrę tam z braku powietrza. Potrzebowałam tlenu. Szeroko otwartych okien. Jan miał mi to umożliwić. W marzeniach już widziałam siebie jako wolną od przesądów kobietę sukcesu. Seksowną, elegancką femme fatale, na widok której mężczyźni tracą głowy. Iwo miał też stracić swoją dla mnie. Chyba to wtedy był mój cel - Monika ściskała w dłoni pusty kieliszek. - Tak wtedy czułam - dodała szeptem.
Kasia bez słowa dolała do kieliszków. Spojrzała pod światło na butelkę. Rozlała tę smętną resztkę, która ledwie zakrywała dno. Poszła do barku po następną. Przysunęła półmisek kanapek w stronę Moniki. - Jedz i mów dalej - zażądała. - Herbaty? - spytała widząc, że przyjaciółka z trudem przełyka kęsy. - Już robię - nalewała wodę do dzbanka. - No i co dalej? - dopytywała niecierpliwie.
- Dalej?
Jan przyszedł z wizytą do ciotki Honoraty. Ta przyjęła go jak księżna, udzielająca audiencji intruzowi. To chyba zaimponowało mu jeszcze bardziej. Ciotka ze słodyczą w głosie wypytywała go kim jest, skąd, z jakiego rodu, jakie ma koneksje i tym podobne bzdury. Jan z każdą chwilą tracił pewność siebie. Na mnie też patrzył inaczej. Zaimponowały mu stare, krakowskie koneksje.
- Tymczasem ja z przerażeniem odkryłam, że jestem w ciąży. To był dla mnie cios.
- Dlaczego? Przecież ciąża powinna być dla ciebie błogosławieństwem - wtrąciła Kasia. - Teraz Jan nie mógł się wykręcić od ożenku. -
- Masz rację - przytaknęła Monika. - Nie mógłby, gdyby to dziecko było jego.
- Na litość boską, Monika! Myślałam, że cię znam. Tymczasem okazuje się, że nie znałam cię wcale. To z kim byłaś w tej ciąży? Czyim synem jest Maciek?
- No właśnie - Monika obracała kieliszek w ręce. - To nie jest takie proste. Maciek... Maciek jest mój - podniosła kieliszek. - Maciek nie ma z tym nic wspólnego.
- Czekaj... Z kim lub czym nie ma nic wspólnego? Przecież chyba ma jakiegoś ojca?
- Każdy ma - filozoficznie zauważyła Monika. - On też. Tyle, że to trochę skomplikowane.
- Skomplikowane? - Kasia wpatrywała się w przyjaciółkę.

4. Ślub

- Monika, zadziwiasz mnie. No to z kimś byłaś w tej ciąży?
- Z Krzysiem, niestety. Z Krzysiem - Monika z trzaskiem postawiła kieliszek na stole. - Wyobrażasz to sobie? Z Krzysiem. A to znaczyło, że jednak wyląduję w miasteczku. Będę żyć tak jak moi rodzice. Znasz to powiedzenie pogrzebana żywcem? Tak się czułam. Koniec marzeń, planów. Będę femme fatale w bawełnianych majtasach. Królową miasteczka. Muzą Krzysia, którego marzenia nie sięgają poza obiad na stole. Znów płakałam kilka dni. Nad sobą, swoim losem. Czułam się jak Emma Bovary. Nie chciałam jednak tak skończyć jak ona.
Mariola mi pomogła. Ona zawsze widziała tylko to, co chciała widzieć. Jej obce były rozterki moralne.
- Szkoda, że nie jesteś w ciąży z Iwo - skomentowała. - Miałabyś chociaż alimenty w dolarach. Skoro nie chcesz Krzysia, powiedz, że to dziecko Jana. Jaki problem? - dziwiła się. Czy wiesz, że ponad dziesięć procent mężczyzn wychowuje cudze dzieci nie wiedząc o tym? Historia stara jak świat. Nie ty pierwsza i nie ostatnia tak zrobisz - dodawała mi otuchy.
Prawdę mówiąc, od początku miałam ochotę zrobić to, co sugerowała Mariola. Tylko sama przed sobą nie chciałam się do tego przyznać. Jakieś resztki przyzwoitości we mnie jednak były. Przez jakiś czas walczyłam z oporami natury wewnętrznej. Jednak wychowanie swoje robi. Bałam się mimo wszystko jakiejś piekielnej kary za grzechy.
Pojechałam do domu na Wszystkich Świętych. Znów obiad rodzinny. Krzysiu grający w warcaby z moim ojcem. Ci sami ludzie z tymi samymi tekstami na cmentarzu. Nowinką było, że zmarła stara Kusiowa, a jej dzieci walczą o spadek w postaci drewnianego domku. Proboszcz na obiedzie dopytujący bezustannie, kiedy damy na zapowiedzi i czy przypadkiem - Broń Boże, żeby nie - dotrzymujemy czystości przedmałżeńskiej.
- Teraz co i raz muszę dawać zezwolenie - mówił, spoglądając na nas groźnie - na śluby pod przymusem. Panny młode w wiankach, które dawno straciły. Młodzież potrzebuje autorytetu, przykładu. Wy będziecie takim przykładem dla innych - grzmiał przy stole. - Monisia zawsze była uosobieniem wszelkich cnót. Za zdrowie rodziców, którzy ją tak dobrze wychowali - wzniósł toast winem domowej roboty.
Krztusiłam się, pijąc kompot. Ja w roli przykładu dla młodych panien!
Wzruszony Krzysiu nawet nie próbował mnie pocałować. - Jakoś przebłagamy proboszcza - szeptał mi do ucha, pojęcia nie mając o naszym dziecku.
Nie miałam ochoty błagać nikogo o cokolwiek. Postanowiłam, że wmówię Janowi, iż to jego dziecko. Mariola miała racje. Nie ja pierwsza tak zrobię.
W miasteczku czułam się jak przybysz z obcej planety. Ja tam już nie należałam. Jan dawał mi nadzieję na lepsze życie - skoro nie mogłam mieć Iwo. Sam wykształcony, nie będzie zabraniał mi studiować. Pozujący na kogoś z artystycznej bohemy nie zamknie mnie w czterech ścianach domu. To była kalkulacja, nie miłość.
I nie zawiodłam się. Na wieść o dziecku wprawdzie nie wykazał nadmiernego entuzjazmu, ale - jak stwierdził - Czas się ustatkować tak czy owak - a jeśli już, to dlaczego nie ze mną. - Pobierzemy się - oświadczył po namyśle.
Tylko o ślubie kościelnym słyszeć nie chciał.
Wiedziałam, że sprawię rodzicom zawód. Nie wiedziałam, że złamię im serca na zawsze. Tego nie przewidziałam.
Zresztą, chcę być szczera. Wtedy byłam skłonna zapłacić każda cenę, żeby wyrwać się z miasteczka. Tak ja mówiłam, Jan o kościelnym ślubie słyszeć nie chciał. Dla moich rodziców z kolei inny się nie liczył. Próbowałam go przekonać - bezskutecznie. Załamałam się. Dla moich rodziców życie na „kocią łapę”, jak nazywali związki zawarte w urzędzie, było gorszą hańbą niż panieńskie dziecko.
Awantury o ślub kościelny spowodowały, że Jan zaczął się wycofywać z obietnicy małżeństwa. Wpadłam w panikę.
- Co ja zrobię? - wypłakiwałam się Marioli. - Przecież nie wrócę z bękartem do rodziców. Ciotka Honorata mnie wyrzuci z domu.
- Dasz sobie radę - Mariola zawsze widziała jakieś wyjście z sytuacji. Nawet tam, gdzie go nie było. - Pójdziesz do pracy, wynajmiesz mieszkanie i jakoś to będzie - pocieszała. - Gdyby to było dziecko tego przystojnego marynarza to przynajmniej nie martwiłabyś się z czego będziesz żyć - dodawała.
Gdyby! Przecież z pensji bibliotekarki nie wynajmę mieszkania. Zresztą, kto je wynajmie pannie z dzieckiem? Za co będę żyć?
I wtedy wpadałam na szatański pomysł. Napisałam do Iwo list. Poinformowałam go, że jestem w ciąży, że sprawy się skomplikowały. Nie, niczego się od niego nie domagałam. Napisałam, iż dam sobie jakoś radę. Pamiętam przecież, że lojalnie uprzedził mnie, iż jest żonaty.
Odpowiedź przyszła, jak byłam już oficjalnie zaręczona z Janem. Iwo odpisał mi, że będzie łożył na dziecko pod jednym warunkiem: nie będę domagać się od niego oficjalnego uznania go. On ma szczęśliwa rodzinę, której nie chce rozbijać. Mam założyć konto w banku, a on będzie mi przysyłał regularnie alimenty.
Miałam też te pięćset dolarów od niego. Nie wydałam ich, bo jak? Wszystkie prezenty, które mi podarował, nadal leżały w walizkach w mieszkaniu Marioli. Założyłam dolarowe konto. Iwo dotrzymał słowa. Zasilał je konto regularnie.
- Poczekaj - Kasia z wrażenia aż się zakrztusiła. - To napisałaś, że to jego dziecko?
- Tak. Widzisz, zaraz po naszym rozstaniu Iwo wypłynął w ośmiomiesięczny rejs. Zakładałam, iż nie będzie zbyt dociekliwy. Bardzo zależało mu na rodzinie. Kochał żonę, dzieci. Ja byłam tylko przygodą. Alimenty za uniknięcie skandalu i małżeńskich komplikacji to była niewygórowana cena. Zgodził się płacić mi za milczenie.
- No, no! Jak na dziewiętnastoletnią panienkę z dobrego domu to zaskakujące zachowanie. Jakie ty książki czytałaś? Skąd te pomysły?
- Z rozpaczy. Ja naprawdę nie wiedziałam, co mam robić.
Oczywiście, najprościej byłoby wyjść za mąż za Krzysia. Proboszcz udzieliłby nam rozgrzeszenia, rodzice zachwyceni perspektywą posiadania wnuka wybaczyliby nam bez słowa. Tylko że ja nie chciałam Krzysia.
Jan po długich namowach zgodził się złożyć wizytę moim rodzicom. Ja nic im nie mówiłam. Ze strachu napisałam tylko, że przyjadę z niespodzianką. I żeby nikogo w ten dzień nie zapraszali.
Zjawiliśmy się w sobotę na obiad. Rodzice patrzyli na Jana bez cienia sympatii. Już od pierwszego momentu zaczęli coś podejrzewać. Usiedliśmy do stołu. Jan bez wstępów oświadczył, że prosi o moja rękę, bo jestem w ciąży. Zapadła cisza.
- Monika, to prawda? - chciał się upewnić ojciec.
Gdyby wzrok mógł zabijać, padłabym trupem na miejscu. Przytaknęłam. Spuściłam głowę. Nie miałam odwagi spojrzeć na matkę.
- Jak pan to sobie wyobraża? - zagrzmiał ojciec, z furią ciskając łyżkę na stół.
Nigdy nie widziałam go zdenerwowanego. Nigdy nie podnosił głosu. Teraz ledwo hamował się, żeby nie krzyczeć.
Jan spokojnie wyjaśnił, że dlatego tu jest, bo jest człowiekiem honoru. Skoro jestem w ciąży - on się ze mną ożeni. Jest dorosły, ma mieszkanie i pracę - utrzyma rodzinę.
- Pan? Człowiekiem honoru? Uwiódł pan niewinną dziewczynę i śmie mówić o honorze?
Myślałam, że ojciec dostanie apopleksji.
- Jak mogłaś nam to zrobić? - wyszeptała blada jak ściana matka i wyszła z pokoju.
Płakałam. Głowę spuściłam jeszcze niżej. Chciałam uciec, ale nie miałam siły wstać.
Jan też się zdenerwował. - Nie ma powodu robić scen i awantur - stwierdził wstając od stołu.
- Nie ma powodu?! - ojciec szarpnął krawat, jakby go dusił. - Jeszcze raz pytam, jak pan to sobie wyobraża?
Na wieść, że planujemy ślub cywilny, poczerwieniał, walnął pięścią w stół i krzyknął: - Tego już za wiele! Moja córka nie będzie żyć na kartę rowerową! - chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zabrakło mu głosu.
Zaczął się naprawdę dusić. Wpadła z krzykiem matka. Jan się przestraszył, że będzie miał go na sumieniu. Rzucił się na ratunek. Ja siedziałam jak sparaliżowana. Obiadu nie jadł nikt.
Kiedy ojciec doszedł do siebie i zaczął znów normalnie oddychać, Jan przestraszony nie na żarty oświadczył, że skoro to takie dla nas ważne, on właściwie nie ma nic przeciwko kościelnemu ślubowi.
- Dla nas ważne a dla pana nie? - spytała cicho matka.
Myślałam, że serce mi pęknie z rozpaczy, jak patrzyłam na moich rodziców. Runęły ich tak pieczołowicie pielęgnowane marzenia o spokojnej starości wśród wnuków. Jan tutaj nie pasował, to nie był ich wymarzony zięć. Wiedziałam, że mi nigdy nie wybaczą. Zdrady, Krzysia, którego ubóstwiali, sprzeniewierzenia się wszystkiemu, co mi od zawsze wpajali. Patrzyli na mnie z takim wyrzutem, że serce mi pękało.
Na następną niedzielę zaprosili jednak Jana z jego rodzicami, bo skoro już doszło do czego doszło - jak smutno stwierdził mój ojciec - to jakoś trzeba będzie z tym żyć.
Prosto z mojego domu pojechaliśmy do jego rodziców. Patrząc na nich zaczynałam dopiero rozumieć Jana. To byli inni ludzie i inny świat. Matka Jana, kobieta na wskroś światowa, wyglądała jak moja koleżanka. Ubrana w młodzieżowe ciuchy, wymalowana, z burzą rudych włosów przywitała mnie serdecznie w progu. Ojciec, duchem nieobecny naukowiec, przywitał się z roztargnieniem. Wieścią o planowanym przez nas ślubie oboje nie wydawali się zaskoczeni.
- Monika, musisz być naprawdę wyjątkowa, skoro nasz syn zmienił poglądy na małżeństwo - ojciec pokiwał z uznaniem głową.
Matka Jana perspektywą posiadania wnuka nie wydawała się być zachwycona, ale też starała się nie dać tego po sobie poznać. Zaproszenie do moich rodziców przyjęli bez wahania. - Cieszę się, że poznamy się bliżej - powiedziała moja przyszła teściowa.
Mieszkali w dużym mieszkaniu, pełnym książek i obrazów. U mnie w domu były haftowane serwetki, szydełkowe narzuty i wypolerowane kryształy za szkłem. Tutaj nieład, czasopisma rzucone za fotelem, papierowe serwetki i uginające się pod stosem książek biurko pod oknem.
- Postanowiliśmy - powiedział z wahaniem Jan - że weźmiemy ślub kościelny.
- O - ucieszyła się jego matka - biała suknia, wianek mirtowy, ksiądz i druhny trzymające welon. Stary kościółek, zapach świec, organy. Jak romantycznie! - wzruszyła się.
Dla nich to był szczegół bez znaczenia. W tej ceremonii widzieli jedynie malowniczą scenerię.
Wiedziałam, że te dwa światy - moich i jego rodziców - nigdy się do siebie nie zbliżą. Było mi przykro, ale już za późno było na żal.
Przy obiedzie w zasadzie mówiła tylko matka Jana. Moja podawała do stołu i nie mogła zdobyć się nawet na nikły uśmiech. Mój ojciec zadawał pytania prokuratorskim tonem. Pozycja ojca Jana nie zrobiła na nim najmniejszego wrażenia. Moja matka na wieść, że rodzina bez żenady przyznaje się do tego, iż nie chodzi do kościoła, cierpiała w milczeniu.
- Świetnie pani gotuje - starała się jej przypodobać matka Jana. - I wszystko domowej roboty - zachwycała się.
- My jesteśmy rodziną, hołdującą wartościom tradycyjnym. Monika tak właśnie została wychowana - oświadczył mój ojciec.
Uzgodnili szczegóły wesela. W zasadzie to moi rodzice przedstawili scenariusz, a rodzice Jana zaakceptowali bez zastrzeżeń. Mój przyszły teść zobowiązał się pokryć połowę kosztów. Mój ojciec z godnością odmówił.
- W takim razie damy te pieniądze młodym na zagospodarowanie się - rozstrzygnął sprawę ojciec Jana.
Na ślubie moja matka płakała jakby to był pogrzeb. Bo dla niej był. Pogrzeb jej marzeń i nadziei. Ojciec stał z kamienną twarzą. Oczywiście, rodzice Krzysia nie przyszli. On sam gdzieś wyjechał. Wesele przypominało stypę. Nawet najbardziej rozrywkowi goście ze strony Jana tracili humor, patrząc na zaciśnięte usta i skrzywione twarze moich rodziców.
Wiedziałam, że rodzice nie wybaczą mi tego nigdy. Po mojej stronie stała tylko ciotka Honorata. Na wieść o tym, co się stało spytała mnie: - Czy ty Jana naprawdę tak bardzo kochasz?
Pokiwałam potakująco głową.
- To walcz o swoje uczucie - powiedziała z mocą. - Nie pochwalam tego, co zrobiłaś, ale skoro go kochasz, walcz o swoje szczęście. Nie daj go sobie odebrać, bo będziesz tego żałowała całe życie.
Nawet próbowała przekonać moich rodziców, żeby wybaczyli mi to, co zrobiłam, skoro zrobiłam to z miłości. Niestety, nie potrafiła ich przekonać. Za to oni zaczęli ją obwiniać za to, co się stało.
- Gdybyś lepiej pilnowała naszej córki - powiedziała cicho matka - nie doszłoby do tego.
Ciotka poczuła się tak urażona, że więcej się z nimi nie spotkała.
- Zamieszkałam z Janem. Tę część mojego życia znasz już dość dobrze - zwróciła się do Kasi.
- Tak mi się wydawało. Byłam przekonana, że ciebie też znam. Ileśmy to godzin przegadały - zaśmiała się Kasia. - A teraz widzę, iż wcale cię nie znałam. Nie podejrzewałabym nawet, że kryjesz takie tajemnice. Musze powiedzieć, iż zadziwiasz mnie.
- Poczekaj, zanim całkowicie zmienisz o mnie zdanie i potępisz moje postępowanie. Poczekaj, bo to nie koniec.

5. Rozmowa po latach

Monika sięgnęła po kieliszek.
- Nalej nam - poprosiła. - Na trzeźwo chyba nie starczy mi odwagi dokończyć tej spowiedzi.
- Nalać mogę, czemu nie, a potępiać cię nie mam zamiaru.
- Naprawdę?
- Moja droga, kto jak kto, ale ja życie znam. Dwadzieścia pięć lat temu byłaś inną osobą, robiłaś to co uważałaś za słuszne. Teraz nie ma sensu zastanawiać się, czy to było słuszne, czy nie. Było i koniec. Nie należy żałować przeszłości i rozpamiętywać jakichś starych grzechów. Z przeszłości trzeba jedynie wyciągać wnioski. Któż z nas jest całkowicie bez grzechu - stwierdziała filozoficznie. - Nie mam zamiaru potępiać cię, Monika, ani oceniać. Twoja historia jest tak frapująca, że jedyne o co proszę to ciąg dalszy. Co tam jeszcze chowasz w zanadrzu?
Jan był dobrym mężem. Miły, zabawny. Tyle, że nie zamierzał porzucać kawalerskich przyzwyczajeń. Znikał na całe dnie, a często i noce. Przysięgał, że mnie nie zdradza, ale nie będzie przecież narażał zdrowia naszego dziecka, zabierając mnie z sobą na imprezy.
Nie robiłam mu wyrzutów. Skoncentrowałam się na nauce. Chciałam skończyć szkołę, mieć zawód. Dla Jana oczywiste było, że pójdę do pracy. Często odwiedzałam ciotkę Honoratę. Odkąd wyszłam za mąż i byłam w ciąży, zbliżyłyśmy się do siebie. Ciotka od początku uczyła mnie francuskiego. Zawsze rozmawiałyśmy w tym języku w domu. To ona namówiła mnie, żebym zaczęła studiować romanistykę. Dzięki niej nie miałam czasu myśleć o niczym innym. Moje studium, lektury narzucone przez ciotkę, jej odpytywanie mnie z zadanego materiału nie pozostawiały czasu na roztkliwianie się nad sobą. Jestem jej ogromnie wdzięczna za to, co dla mnie zrobiła.
Na Uniwersytet Jagielloński dostałam się bez przeszkód. Maćka urodziłam w czerwcu, egzaminy zdałam w lipcu. W wakacje zajmowałam się tylko Maćkiem. Od października zaczęłam studiować i pracować w bibliotece. Dzieckiem, na szczęście, zajęła się sąsiadka. Mieszkała dwa piętra wyżej. Miała dwoje dzieci. Jedno tylko miesiąc starsze od Maćka. Jej mąż pracował razem z Janem. Nawet się ucieszyła, że dorobi sobie nie wychodząc z domu. Bo ona nie chciała iść do pracy. - Miejsce matki jest przy dzieciach - powtarzali oboje z mężem.
Mnie było to na rękę. Mogłam robić to, co chciałam. Przez pięć lat w zasadzie to ona wychowywała Maćka. My z Janem byliśmy rodzicami z doskoku. Każde z nas miało własne życie, dziecko było miłą rozrywką w niedzielę. A i to nie w każdą.
Moi rodzice odwiedzili nas tylko raz. Źle się czuli w naszym domu. Nie potrafili zaakceptować Jana. Pamiętam jak matka zobaczyła moją bieliznę w łazience. - Przyzwoita kobieta nie nosi czegoś takiego - zawyrokowała. - Czy on cię naprawdę szanuje?
Ja też odwiedzałam ich coraz rzadziej. Nie mogłam znieść wyrzutu w ich oczach.
Skończyłam studia, podjęłam pracę w szkole. Moi sąsiedzi wyprowadzili się. Sąsiadka urodziła trzecie dziecko i kupili domek na wsi. Zawsze marzyli o takim życiu, od jakiego ja uciekłam.
Maciek jakby się dopiero dla nas urodził. Już nie było go komu podrzucić na dzień czy dwa. Teraz mieliśmy obowiązki. Odprowadzić go do przedszkola, we właściwym czasie odebrać. Przynajmniej jedno z nas musiało być z nim w domu. Kiedy zachorował trzeba było brać zwolnienie z pracy. Nasze życie zaczęło się komplikować. Janowi szczególnie trudno było raptem się ustabilizować. Zmienić wieloletnie nawyki. Jan był świetnym kompanem do zabawy, ale jeśli chodzi o obowiązki, nigdy nie można było na nim polegać. Ja też nie byłam idealną matką. Miałam żal, że to ja muszę być stale w domu. Gotowałam obiady, nie mając pewności czy mój małżonek się na nich zjawi. Maciek był bardzo absorbującym dzieckiem.
- No, a Iwo? - spytała Kasia. - Co z nim?
- Nic. Miałam wyrzuty sumienia. Napisałam mu, że wyszłam za mąż za kogoś, kto zaakceptował nasze dziecko, więc teraz nie musi mi już przysyłać alimentów. Odpisał, iż bardzo się cieszy, że ułożyłam sobie życie, życzy mi szczęścia, na dziecko jednak płacić będzie. I płacił. Regularnie. Dolarowe przekazy przychodziły co miesiąc. W banku podałam adres ciotki Honoraty. Jej powiedziałam, iż to moje konto, na które wpływają pieniądze za korepetycje. Zrozumiała, że kobieta powinna mieć swoje pieniądze, nie uzależniać się całkowicie od męża. Nie pytała o nic.
Kasia kręciła głową. - I na co je wydawałaś? - dopytywała.
- Nie wydawałam. Przez lata ich nie ruszałam. Nie miałam odwagi. Bo co miałam powiedzieć Janowi? Doskonale wiedział, że od rodziców nie dostaję nic, a ciotka Honorata sama ledwo wiązała koniec z końcem. Oficjalnie miałam tylko moją nauczycielską pensję. Odkąd sama zaczęłam zajmować się Maćkiem, przestałam też udzielać korepetycji. Więc jak mu miałam wytłumaczyć, skąd są te pieniądze?
Mój ojciec miał pierwszy zawał. Pojechałam do rodziców na kilka dni z Maćkiem. Ich świat się zawalił, odkąd ja ich zdradziłam. Całe życie pielęgnowali marzenie o słodkiej córeczce. A gdy już wreszcie się mnie doczekali, zaplanowali mi całe życie. Więc kiedy ja zaczęłam realizować swój scenariusz - ich życie legło w gruzach. Stracili cel, radość, chęć do życia. Zostało im tylko rozczarowanie, żal, poczucie wychowawczej klęski. Mój widok tylko te uczucia potęgował.
Nie potraili nawet przełamać swojej niechęci do Maćka. Wnuka, o którym zawsze marzyli. Ale w ich marzeniach ojcem wnuka miał być Krzysiu. Zięć, który grałby z ojcem w warcaby, a matce pomagał w ogródku. Tymczasem z Janem nigdy nie znaleźli wspólnego języka. Maćka właściwie nie znali. Swoją niechęć do Jana przelewali bezwiednie na niego.
Próbowałam być dobrą córką, ale moje wysiłki z góry skazane były na niepowodzenie. Matka nie potrafiła ukryć żalu do mnie. Jej zdaniem, to przeze mnie ojciec dostał zawału. Nigdy nie powiedziała mi tego głośno, ale czułam, że tak myśli. Z Krzysiem, chociaż mieszkał w miasteczku z rodzicami, nie widywałam się. W czasie moich rzadkich wizyt schodziliśmy sobie z drogi. Wiedziałam, że ożenił się i ma dwoje dzieci..
Ojciec zmarł, kiedy Maciek szykował się do komunii. Matka została sama. Nie chciała przeprowadzić się do nas, chociaż proponowałam jej to nie raz. Mieliśmy już większe mieszkanie, mogliśmy dać jej osobny pokój. Nawet Jan próbował ją przekonać, niestety, bezskutecznie.
- Tu się urodziłam i tu umrę, powtarzała. -Kto będzie pielęgnował grób twojego ojca? - pytała oskarżycielsko. - Ty o nasze groby na pewno nie zadbasz - mówiła z wyrzutem. -Dopóki ja żyję, będzie inaczej.
Nie żyła długo. Bez ojca jej życie zupełnie straciło sens. Codziennie przesiadywała na cmentarzu lub w kościele. Tak mijały jej dni. Nie uprawiała ogródka, straciła zainteresowanie nawet swoimi kwiatami. Potrafiła godzinami wpatrywać się w okno, rozpamiętując przeszłość.
O tym, że jest ciężko chora, dowiedziałam się od Krzysia. Okazało się, że to on jej pomagał. Opiekował się nią, ale na jej prośbę nie mówił mi, jak bardzo jest z nią źle. Dopiero kiedy już było tragicznie, powiadomił mnie, zresztą wbrew jej woli.
Przyjechałam w ostatniej chwili.
- Mamo - całowałam ją po rękach - wybacz mi - prosiłam.
- Niech ci Bóg wybaczy, ja nie potrafię - to były jej ostatnie słowa.
Maciek zdał do renomowanego liceum. Rodzice Jana w nagrodę zabrali go na całe wakacje do Anglii. Mój teść wykładał w jakiejś tamtejszej wyższej szkole. My na urlop nie wyjechaliśmy. Jan miał już swoją własną firmę i był zajęty. Ja miałam wakacje, więc postanowiłam spędzić trochę czasu w domu rodziców, który po śmierci mamy stał zamknięty. Tylko Krzysiu zaglądał tam od czasu do czasu.
Nie miałam serca sprzedać domu, choć Jan mnie namawiał, bo pieniądze były mu potrzebne. Nawet zastanawiałam się, czy nie wypłacić moich dolarowych oszczędności od Iwo, ale jakoś stale odkładałam tę decyzję. Powiedziałam Janowi, że wreszcie na spokojnie przejrzę zawartość domu. Zastanowię się, co zabrać i chyba w końcu wystawię go na sprzedaż.
Siedziałam na podłodze obłożona albumami ze zdjęciami, zatopiona całkowicie we wspomnieniach. Tak zastał mnie Jan, który postanowił zrobić mi niespodziankę i przyjechał. Widząc, co robię, postanowił pójść na spacer. Wstąpił do baru, wypił kilka drinków, a po powrocie, oświadczył, że położy się spać.
Nie wszystkie zdjęcia były powklejane do albumów. Znalazłam kilka dużych kopert z luźnymi fotografiami. Rozsypałam je na dywanie. Prawie na każdym z nich ja z Krzysiem. Od zabawy w przedszkolu, przez szkołę podstawową, aż do średniej. Całe moje życie w miasteczku to byli rodzice i Krzysiu.
Dzwonek do drzwi wyrwał mnie z zamyślenia. Otworzyłam. W progu stał Krzysiu. Zupełnie jakbyśmy się porozumieli telepatycznie.
- Mogę wejść na chwilę? - spytał.
- Jasne, właśnie wspominam nasze wspólne lata - zaprosiłam go do środka.
Sposępniał patrząc na nasze zdjęcia. Nie rozmawialiśmy z sobą od czasu, kiedy postanowiłam być z Janem. Toteż na początku rozmowa nie bardzo nam się kleiła.
- Twój mąż w domu? - zapytał.
- W domu, śpi. Zmęczony - wyjaśniłam. - Napijesz się kawy? - zaproponowałam.
Zrobiłam kawę i po solidnym drinku.
- Przyszedłem spytać cię, co zamierzasz zrobić z domem - zaczął Krzysiu po długiej chwili milczenia.
- Jesteś zainteresowany? - wyrwało mi się.
Popatrzał na mnie z wyrzutem. - Nie mógłbym tu mieszkać - powiedział cicho.
- No tak, przecież mieliśmy tu mieszkać razem, były plany zrobienia osobnego mieszkania dla nas na piętrze - ugryzłam się w język.
- Moja siostra jest zainteresowana - przerwał milczenie Krzysiu. - Rozwiodła się i teraz z dwójką dzieci mieszka u nas. Postanowiła zostać w miasteczku. Już sobie znalazła pracę, a teraz szuka jakiegoś mieszkania. Ten dom bardzo jej się podoba.
- To nawet dobrze się składa, bo zdecydowałam że wystawię go na sprzedaż. W ten sposób będę miała problem z głowy.
- Myślałaś już o cenie? Spytał nie patrząc na mnie.
- Nie, nie zastanawiałam się nad tym. A ile proponuje twoja siostra?
- Wiesz co, najlepiej będzie jak uzgodnicie to miedzy sobą, powiedział wstając z fotela. - Miło było cię widzieć.
- Krzysiu, poczekaj, złapałam go za rękę. Przecież spędziliśmy z sobą kawał życia. Nasze najlepsze lata. Porozmawiajmy. Nie moglibyśmy znów zostać przyjaciółmi? Nie chciałam żeby tak po prostu sobie poszedł.
- Nie wydaje mi się, spojrzał mi w oczy. Nie wyobrażam sobie siebie w roli twojego i twojego męża przyjaciela.
- Nawet nie podziękowałam ci za to, że opiekowałeś się moją matka, szepnęłam.
- Nie ma o czym mowić.
Wyszliśmy przed dom. Siedliśmy na schodkach. „Ile razy tak siedzieliśmy?” - przemknęło mi przez głowę.
- Widziałam twoją żonę -zaczęłam. - Szczęśliwy jesteś?
- A ty? - odparował pytanie.
- Masz do mnie żal - stwierdziłam.
- Mam. Przykro mi to mówić, ale mam.
- Nawet teraz, kiedy jesteś żonaty i masz dwoje dzieci?
- Dwie córki - sprostował. - Nawet teraz.
- Widzisz... - chciałam się jakoś wytłumaczyć, ale co mogłam powiedzieć?
Zrozumiał i przerwał mi: - Nie musisz się tłumaczyć. Ja tylko się zastanawiam, w czym on okazał się lepszy ode mnie. Przecież byliśmy razem. Mówiłaś, że jesteś ze mną szczęśliwa i raptem on. Spałaś z nami obydwoma na zmianę? Przeprowadzałaś jakieś testy, kalkulacje? Ile razy żałowałem, że Maciek nie jest moim synem. Przepraszam - zreflektował się - nie mam prawa pytać cię o nic.
- Nie chciałam wrócić do miasteczka - wyznałam prawdę - za żadne skarby.
- To dlaczego mi o tym nie powiedziałaś? Przecież mogliśmy wyprowadzić się dokądkolwiek. Byłem przekonany, że to ty nie wyobrażasz sobie życia gdzie indziej. Widać nie znaliśmy się tak dobrze jak nam się wydawało.
- Widać. Krzysiu, przecież to ty nigdy nie chciałeś opuścić miasteczka.
- Ja? - roześmiał się. - Odrzuciłem propozycję pracy w Słupsku. Dla ciebie. Kolega z wojska proponował mi spółkę.
- Nigdy o tym nie mówiłeś.
- Przecież ty nie wyobrażałaś sobie życia bez mamusi i tatusia.
- Jak widać, wyobrażałam sobie.
- Właśnie widzę - Krzysiu wstał. - Pójdę już, nie ma co rozdrapywać starych ran.
Nie doszedł do furtki, kiedy zobaczyliśmy jego siostrę. - Przechodziłam - zaczęła - i proszę, jakie spotkanie.
- Wejdź - zaprosiłam. - Krzysiu mówił mi, że jesteś zainteresowana domem.
- Jestem.
- To dobrze się składa, nie musze szukać kupca. Myślałaś o jakiejś cenie? - spytałam.
- To ty sprzedajesz dom - roześmiała się siostra Krzysia. - Ty zaproponuj.
- Nie mam pojęcia - wyznałam szczerze. - Dom stary, wymaga remontu, ceny w miasteczku na pewno się różnią od tych w Krakowie. O jakiej sumie myślałaś?
- Szczerze mówiąc pytałam tu i tam - powiedziała po chwili. - Gdybyś zgodziła się sprzedać za pięćdziesiąt pięć tysięcy, mogłabym ci zapłacić od ręki.
- To załatwione - powiedziałam bez namysłu. - Skoro uważasz, że ten dom tyle jest wart możemy nawet jutro iść do notariusza.
- Poważnie?
- Najzupełniej.
- Monika, to wspaniale! Siedzę rodzicom i Krzysiom na karku już prawie pół roku. To cudownie! Zostawiasz meble?
- Wszystko. Zabiorę tylko pamiątki.
- To ja ci dopłacę - siostra Krzysia była uszczęśliwiona.
- Nie musisz, to nie antyki. Niewiele warte. To do jutra.

6. Będziesz babcią

Patrzyłam, jak odchodzą oboje. Ona aż podskakiwała z radości, Krzysiu szedł ze spuszczoną głową.
- Nie miałam pojęcia, że Jan słyszał naszą rozmowę. Byłam przekonana, że śpi.
- Teraz zaczynam rozumieć dlaczego się rozwiedliście - wtrąciła Kasia. - Jan dowiedział się prawdy.
- Właśnie.
Długo nic nie mówił, a ja niczego nie podejrzewałam. Słyszał nie wszystko, ale wystarczająco, żeby nabrać podejrzeń. Najpierw zaczął się bacznie przyglądać Maćkowi. Maciek, jak wiesz, jest podobny do mnie. Każdy mógłby być jego ojcem. Na szczęście. W tajemnicy studiował fotografie Krzysia z różnych okresów jego życia. Nie mógł uwierzyć, że tak perfidnie go oszukałam. Przecież był przekonany, że jest moim pierwszym i jedynym mężczyzną.
Wreszcie postanowił poznać prawdę. Cały czas w tajemnicy przede mną wysłał gdzieś do badania próbki DNA. Wyniki, oczywiście, wykluczyły jego ojcostwo.
- Wyobraź sobie, że on nadal nie wierzył. W końcu te badania dopiero zaczynały wchodzić w życie. Dla sądów to wtedy jeszcze nie były dowody. Sam też poszedł na badania. A na dodatek odkrył istnienie mojego dolarowego konta.
Ciotka była już bardzo chora. Opiekowały się nią pielęgniarki, ale my wpadaliśmy prawie codziennie do niej. No i pewnego dnia zobaczył na komodzie list adresowany do mnie. Z banku. Otworzył i zdębiał. Chciał wiedzieć, jak mogłam ukrywać przed nim ten fakt i od kogo są te pieniądze. Tego dowiedział się także.
Maciek był w maturalnej klasie, kiedy mój mąż odkrył swoje karty. Siedzieliśmy wieczorem sami w naszym ogromnym mieszkaniu. Jan włączył naszą ulubiona płytę, nalał whisky do szklanek.
Zapowiadał się miły, romantyczny wieczór we dwoje.
- Wiem wszystko - powiedział, patrząc mi w oczy. - Maciek nie jest moim synem tylko Krzysia. Przy okazji dowiedziałem się, że ja w ogóle nie mogę mieć dzieci. Komplikacje po śwince. Wiem, od kogo dostajesz regularnie dolarowe przekazy. Tylko nie wiem, niestety, za co. Dowiem się tego od ciebie, czy mam spytać nadawcę?
Szklanka wypadła mi z ręki. Tego się nie spodziewałam.
Jan bez słowa położył przede mną dwie koperty. Jedna w wynikami DNA, druga z dowodami na to, że jest bezpłodny.
- I co moja piękna? - spytał. - Dowiem się szczegółów z twojej mrocznej przeszłości dobrowolnie, czy będziemy brudy prać przed sądem?
To był długi wieczór. Jan spokojnie wysłuchał mojej spowiedzi. Nie dał po sobie poznać, jak bardzo go dotknęłam.
- Dam ci szansę na polubowne załatwienie sprawy - usłyszałam jego zmieniony głos. - Maciek zostanie moim synem. Jemu nie zamierzam komplikować życia, on nic tu nie zawinił. Pojedzie, jak było ustalone, na studia do Anglii. Aty, moja dziewico, jak tylko on wyjedzie, wyprowadzisz się stąd. Nie interesuje mnie dokąd, Przypuszczam, że do ciotki Honoraty. Te dolary są twoje. Domyślam się, że zarobiłaś je uczciwą pracą - nie mógł darować sobie złośliwości. - Natomiast wszystko inne moje. Zrzekniesz się notarialnie praw do naszego mieszkania, mojej firmy, pieniędzy na koncie. Jednym słowem, zrzekniesz się praw do wszystkiego. I dopiero potem weźmiemy rozwód. Bez orzekania o winie. Za obopólnym porozumieniem stron. Jasne?
- Zgodziłaś się?
- A co mogłam zrobić? Potulnie zgodziłam się na wszystkie warunki. Byłam szczęśliwa, że Maciek nie dowie się o niczym.
- A Krzysiu?
- Jemu też nie było sensu jeszcze bardziej komplikować życia, skoro Maciek miał pozostać synem Jana.
- Ciotka Honorata zmarła. Okazało się, że mieszkanie zostawiła Maćkowi. Mnie zapisała prawo do mieszkania w nim tak długo, jak to będzie konieczne. Gdybym wyszła ponownie za mąż, mam je opuścić.
- Coś takiego! - Kasia nie mogła usiedzieć spokojnie. - Czyli masz tutaj bardzo ograniczone prawa.
- Bardzo. Mogę mieszkać tak długo, jak długo będę sama. I jak długo będzie to tolerował mój syn.
- A co on na to?
- Na razie nie jest zainteresowany. Skończył studia, znalazł w Londynie pracę. Ale sama wiesz, jak to jest. To mieszkanie w starej kamienicy w centrum Krakowa warte jest fortune. Jak się ożeni może zmienić zdanie.
- I co wtedy zrobisz?
- Zaczęłam oszczędzać na własne. Część pieniędzy wydałam na remont tutaj, cześć jednak zachowałam. Dobrze zarabiam, odkąd mam stałe zlecenie na tłumaczenia. Poza tym udzielam korepetycji. Tu, w Krakowie, zawsze będzie wystarczająca liczba snobów chcących nauczyć się francuskiego. Mogę dyktować ceny, jakie chcę.
- To wiem, że nie żyjesz w nędzy - Kasia zamyśliła się. - Myślisz, że Iwo też chce wyjaśniać przeszłość? - popatrzyła zatroskana na Monikę
- Tego się boję.
- Jan chyba mu nie powiedział...
- Kiedyś byłam tego pewna, teraz nie wiem - Monika rozmazywała plamę na stole.
- Ta twoja przyjaciółka wiedziała o tym?
- Mariola? Tak, tyle że ona zniknęła dawno temu. Nawet szkoły nie dokończyła. Poznała jakiegoś bogatego Nowozelandczyka i wyjechała na Antypody. Przez pierwszy rok pisała, potem nasze kontakty się urwały. Nie mam pojęcia, co się z nią dzieje.
- E nie, nie ma się czym martwić. Monika, on zatelefonował z sentymentu. Wiesz, jak to jest po latach. Może też robi jakiś rachunek sumienia?
- A jak będzie chciał poznać Maćka? Przecież on jest przekonany, że to jego syn.
- Teraz? Sama mówiłaś, że kocha żonę i tamte dzieci.
- Kochał. Przez dwadzieścia pięć lat mogło się wiele zmienić.
- Monika, nigdy nie przepadałam za twoim byłym mężem, ale jego zachowanie w sprawie Maćka... Muszę przyznać, że to facet z klasą. Jego postawa zasługuje na najwyższy szacunek. No, słów mi brakuje, zachował się jak dżentelmen. Taki ze starych powieści. Przepraszam, zaczyna mi się trochę plątać język, ale to nie znaczy, że jestem wstawiona - zastrzegła. - Nie jestem. Aż dziw mnie ogarnia, ale nie jestem.
- Jan zachował się wspaniale - przytaknęła Monika. - Też jestem pod wrażeniem. I wiesz, szanuję go za to. Całe nasze życie to była pomyłka. I zobacz. Zdradzał mnie, to fakt. Chociaż był przez lata przekonany, że był moim pierwszym i jedynym mężczyzną, nie szukał zemsty za urażoną męską dumę. Nie starał się ukarać mnie za to, że go perfidnie okłamywałam całe życie. Dla Maćka zawsze był dobrym ojcem i nic nie zachwiało jego do niego uczucia. Może przez to, że dowiedział się, iż nie może mieć własnych dzieci? A może Maciek - on zawsze to powtarzał - jest takim synem, o jakim marzył? W końcu to on go wychował. Maciek nie zna nikogo innego.
- Fakt. Ludzie adoptują dzieci, kochają jak własne - dodała Kasia. - Niemniej, postawa twojego byłego męża zasługuje na najwyższe uznanie. Wypijmy za jego pomyślność.
- Wypijmy, bo zasłużył. Zaczęłam go doceniać dopiero po naszym rozwodzie. Nasze małżeństwo było grą pozorów. Teraz jest z tą swoją Myszką i chyba po raz pierwszy w życiu jest szczęśliwy. Jej nie zdradza. Tego jestem pewna. Ja wyszłam za niego z rozpaczy, on ożenił się ze mną z obowiązku. Po co? Jak dziś się nad tym zastanawiam, żałuję, że nie miałam więcej odwagi. Zmarnowaliśmy sobie nawzajem tyle lat. Często o tym myślę. Ale nie odwrócisz zdarzeń, które już się dokonały.
- Nie zawrócisz Wisły kijem - dodała Kasia.
- Właśnie. Maćkowi starałam się wpoić jedną zasadę. Rób, co chcesz, byle byś był szczęśliwy. Nie sugeruj się nigdy opinią innych. Ani moją, ani ojca, ani środowiska, ani babci, ani dziadka. Jak kogoś naprawdę pokochasz - walcz o swoje szczęście. To chciała mi przekazać ciotka Honorata. Ona też z powodu jakichś durnych konwenansów zmarnowała swoją szansę na szczęście. Taka widać wasza rodzinna tradycja.
- Widać.
- Moi rodzice byli wyjątkowi. Kasiu jak ich wspominam - sielanka. Zawsze i w każdej sytuacji. Jedno za drugim wskoczyłoby w ogień bez chwili namysłu. Tak się dobrać - to cud. Pasowali do siebie jak te przysłowiowe dwie połówki jabłka. Dokładnie. Dla matki ojciec był alfą i omegą. Bogiem i carem. Wyrocznią, która się nigdy nie myli. Ideałem, któremu nikt nie jest w stanie dorównać. Dla niego ona była najdoskonalszą kobietą. Zawsze młoda i piękna. Dla nich czas nie istniał. Nie widzieli swoich zmarszczek ani nadwagi. Jak sięgnę pamięcią, zawsze trzymali się za ręce. Nie do wiary!
- Nie do wiary. Moi wręcz przeciwnie - Kasia wpatrywała się w przestrzeń. - U nas zawsze były kłótnie, awantury no i w końcu rozwód rodziców. Ja rozwodziłam się cztery razy. Nawet chodziłam na sesje do terapeuty. Obwiniałam swoje zwichrowane dzieciństwo o to, że sama sobie nie potrafię ułożyć życia. No właśnie, ja mogłabym mieć jakieś usprawiedliwienie. Ale ty? Z takiej idealnej rodziny?
- Chyba wrodziłam się w jakąś prababkę ze złymi skłonnościami.
- Eee, nie jest tak źle. W końcu miałaś tylko tych trzech mężczyzn, jak na dzisiejsze standardy to niewiele.
- Jak już mam być szczera do końca, to muszę się przyznać, że nie tylko tych trzech. Kiedyś próbowałam odegrać się na Janie i miałam dwie przygody. Tak, to nawet nie były romanse.
- Ale odkąd Jan cię opuścił, to chyba nikogo nie miałaś?
- Raz. Pamiętasz tego twojego dostawcę z Berlina?
- Coooo? Naprawdę? Kiedy?
- Romansowaliśmy przez cztery miesiące. On był, on jest - poprawiła się - nadal żonaty. Trzymaliśmy nasz związek w tajemnicy, a jak się rozpadł, to już nie było o czym mowić.
- Monika, czy ty nie przestaniesz mnie zaskakiwać? Myślałam, że jesteśmy przyjaciółkami.
- Jesteśmy, przynajmniej ja mam taką nadzieję. Nie gniewaj się. Jednak wychowanie swoje robi. Ja nie potrafię mówić o swoim prywatnym życiu, a już na pewno nie o seksie. Sama się dziwię, że tak się dzisiaj rozgadałam.
- I broń Boże nie przerywaj w połowie! Wyrzuć z siebie wszystko. My się chyba przyjaźnimy na zasadzie przeciwieństw. Monika, a może ja tak zawsze zajęta sobą nigdy cie nie prosiłam o zwierzenia? - Kasia poczuła wyrzuty sumienia. - Może jestem egoistką, zapatrzoną w czubek własnego nosa? Przecież zawsze wpadałam do ciebie wygadać się, pożalić, pochwalić chwilowym szczęściem. Chyba nigdy tak naprawdę nie interesowałam się twoim życiem. Byłam pewna, że u ciebie zawsze wszystko jest pod kontrolą.
- Jak widzisz, nie wszystko. Nie, nie obwiniaj się. Pomogłaś mi wiele razy.
- Ja?
- Tak, ty. Zawsze byłaś obok, zawsze miałaś na wszystko zdrowy, racjonalny pogląd. Naprawdę wiele ci zawdzięczam.
- Nie żartuj.
- Nie żartuję. Dla mnie byłaś zawsze, mistrzynią błyskawicznego rozwiązywania wszystkich problemów. Ty jak Damokles - ciach i supeł przecięty. Nie doceniasz się, Kasiu.
- Jak Damokles mówisz? Pierwszy raz ktoś mnie obdarzył takim komplementem. Ja sobie to na ścianie zapiszę. Wielkimi literami. A ty się pod tym podpiszesz. Niech zawistni i potomni wiedzą, że sroce spod ogona nie wypadłam.
Śmiały się obie jak szalone.
Rozdział II
- Mamo, nie obudziłem cię? - dopytywał Maciek.
- Nie, wyciągnąłeś mnie spod prysznica - odparła.
- Jak dobrze usłyszeć twój glos.
- Twój też - zrewanżował się. - Co dobrego u ciebie?
- Stale ta sama historia - odparła. - Wakacje. Mam tylko kilku uczniów, niewiele tłumaczeń z firmy, jednym słowem nic ciekawego. Opowiadaj co u ciebie.
- A u mnie zmiany. Dlatego właśnie dzwonię.
- Mam usiąść, czy mogę sobie zrobić kawę?
- Możesz - uspokoił. - Wieści, jakie mam, nie są szokujące.
- Opowiadaj, kawę już mam. Właśnie siadam w swoim ulubionym fotelu - Monika ostrożnie postawiła filiżankę na stoliku.
- Przede wszystkim - zakochałem się.
- To wspaniale! Polka czy Angielka?
- Nasza mamo, nasza. Ania. Polka z krwi i kości. Blondynka, sto sześćdziesiąt dwa centymetry wzrostu, czterdzieści osiem kilogramów wagi, zielone oczy, włosy o barwie lipcowego miodu. Z wykształcenia polonistka. Dyplom zdobyła na naszej starej Jagiellonce. Pochodzi z podtatrzańskiej wsi. Góralka. Nie wyobrażasz sobie, jak pięknie potrafi opowiadać góralską gwarą. Do tego zapalona narciarka. Dziewczyna, jakich dziś się już nie spotyka. Umie nie tylko pięknie opowiadać, ale jeszcze piękniej słuchać. Mamo, pokochasz ją. Na pewno. Jej nie można nie kochać.
- Ooooo! Jeszcze nigdy tak o żadnej nie mówiłeś. Widzę, że wpadłeś po uszy, syneczku.
- Gorzej, ja bez niej nie wyobrażam sobie życia! To nie prawda, że wpadłem po uszy. Mnie już nie ma. Ja bez niej nie istnieję.
- A ona bez ciebie?
- Mamo, sama zobaczysz. już wkrótce.
- Nie mogę się doczekać.

7. Mieszkanie

- To nie koniec wieści - ostrzegł Maciek. - Lepiej może usiądź, mamo.
- Siedzę. Mów, nie trzymaj mnie dłużej w napięciu - śmiała się Monika. - Ja się z nią ożenię. Będziesz babcią mamo. Nie cieszysz się?
- Ogromnie się cieszę! Tylko głos mi odebrało ze wzruszenia. Mój mały synuś! Trudno mi uwierzyć, że będziesz poważnym ojcem rodziny.
- Mamo, to wspaniałe uczucie. Czuję się po raz pierwszy w życiu jak prawdziwy facet. Mam wspaniałą dziewczynę, która urodzi mi syna.
- Skąd wiesz, że syna?
- Wiem, czuję to. Nie tylko kobiety mają intuicję.
- Uściskaj naszą Anię, Maciusiu. Teraz mam was dwoje.
- Zaraz będziesz nas miała troje. Mamo, rzucam to swoje angielskie życie. Nie wyobrażam sobie, żeby moje dziecko wychowywało się gdzie indziej niż w Krakowie. Wracamy do domu mamo.
- Kiedy?
- W sierpniu. Bierzemy ślub piętnastego. Miesiąc miodowy w górach. Ja już załatwiłem sobie pracę na uniwersytecie. Będę pisał doktorat. To jest to, o czym zawsze marzyłem. Mam nadzieje, że zostanę najmłodszym profesorem w historii naszej szacownej uczelni. A moja Ania postanowiła poświęcić się wychowywaniu dzieci. Oprócz tego będzie pisała książki dla nich. Chce uchronić od zapomnienia góralską gwarę. Jak widzisz, mamy wspaniałe plany.
- Cieszę się i gratuluję. Wiesz, Maciek, ja już wcześniej myślałam, żeby poszukać jakiegoś mieszkania dla siebie. Mamy początek lipca... Nie wiem, czy zdążę znaleźć coś tak szybko, ale obiecuję się postarać.
- No coś ty, mamo! Mowy nie ma. Takie stare mieszkania w kamienicy są przecież dla wielopokoleniowych rodzin. Nawet o tym nie myśl! Żadnych przeprowadzek. Będziemy mieszkać razem. Czy to nie wspaniała perspektywa?
- Nie, młodzi powinni mieszkać sami to raz. Dwa - to mieszkanie jest twoje.
- Mamo, nasze. Ania to naprawdę wspaniała dziewczyna. Zaraz dam ci ją do telefonu. Na pewno się pokochacie i będziemy sobie mieszkać w zgodzie, szczęściu i przyjaźni. Mamo, nawet nie myśl o żadnej przeprowadzce.
Monika zamyślona odłożyła słuchawkę. - Będę babcią - uśmiechnęła się do siebie. - Babcia! Jak ten czas leci. - Krytycznie przyglądała się sobie, stojąc przed wielkim lustrem. - Ja babcią? - dziwiła się sama sobie. - Nie, nie wyglądam na babcię.
Przypomniała sobie swoją matkę. „No tak, ale ona urodziła mnie, jak miała prawie czterdziestkę - westchnęła. - A ja mam dopiero czterdzieści pięć. No dobrze, prawie czterdzieści sześć - uśmiechnęła się do swojego odbicia. - A jeszcze ten Iwo. Czego on chce? Nie dzwoni, może zapomniał - pocieszała się. - Może miał taki chwilowy kaprys, żeby mnie zobaczyć po latach, a teraz się przestraszył. Lepiej się nie rozczarowywać. Wszyscy się zmieniliśmy przez te ćwierć wieku. On i ja. On ma prawie sześćdziesiąt lat. Też się pewnie zestarzał... A swoją drogą, ciekawe, jak on teraz wygląda”.
Z rozmyślań wyrwał ją dzwonek telefonu.
- Pani Moniko, mogłabym na chwilę wpaść? - rozgorączkowany głos w słuchawce nie czekał na odpowiedź. - Blisko jestem. Parę kroków od pani domu. Muszę pani coś powiedzieć.
- Karolina? Wygląda, że masz jakąś poważną, nie cierpiącą zwłoki sprawę. Oczywiście, wpadnij, jestem w domu.
- Taka jestem pani wdzięczna - młoda kobieta rzuciła się Monice na szyję i wręczyła jej okazały bukiet. - Nawet sobie pani nie może wyobrazić.
- Co się stało?
- Pamiętam jak po rozwodzie pocieszała mnie pani i namawiała, żebym zrobiła coś dla siebie. „Musisz zmienić swoje przyzwyczajenia, przestać tęsknić za tym draniem. Tak sobie zorganizować na nowo życie, żebyś nie miała czasu na rozpamiętywanie”. Pamięta pani? No i zaczęłam uczyć się francuskiego. Strasznie mnie pani męczyła, była ogromnie wymagająca. Ja wiem, to było dla mojego dobra. Tak się pani bałam przez pewien czas, że naprawdę nie mogłam już myśleć o niczym innym.
- Aż taka byłam okropna? - roześmiała się Monika.
- Wspaniała. Była pani wspaniała! I pani zawdzięczam, że się nie rozkleiłam, tylko wzięłam w garść.
- Miło mi to słyszeć. Naprawdę.
- A dzisiaj, dzisiaj przyszłam podziękować i pochwalić się.
- Podziękowania zostaw, mów czym się chcesz pochwalić - zachęciła Monika, wstawiając kwiaty do wazonu.
- Otóż zaczepił mnie kiedyś na ulicy facet. Francuz. Zagubiony w naszym Krakowie, usiłował się dopytać o drogę na osławiony Kazimierz. Wytłumaczyłam mu. Wpatrzony we mnie nie mógł przestać mi dziękować i usilnie zapraszał mnie na kawę. Zgodziłam się. I wie pani co? Oświadczył mi się wczoraj. Specjalnie przyjechał. I ja jego oświadczyny przyjęłam.
- Przecież go nie znasz!
- Znam, był u mnie dwa razy. I ja u niego raz. Ależ jestem szczęśliwa! Wyjeżdżamy za tydzień. Do niego. Postawiłam wszystko na jedną kartę. Rzuciłam pracę, sprzedaję mieszkanie. Będę mieszkać w Paryżu! Musi mnie pani odwiedzić! Przecież to dzięki pani mogłam go poznać. Pani nauczyła mnie francuskiego. Nigdy nie przestanę być pani za to wdzięczna.
- Czekaj - Monika śmiała się, patrząc na podekscytowaną uczennicę. - Cieszę się, że jesteś szczęśliwa. Jesteś dzisiaj drugą osobą, która informuje mnie o swoim szczęściu. Epidemia jakaś czy co?
- A kto był pierwszy?
- Mój syn. Żeni się. Też jest zakochany do szaleństwa. Zostanę babcia, uwierzysz?
- Uwierzę we wszystko - śmiała się Karolina. - Niech żyje miłość!
- Zrobię kawę - zreflektowała się Monika. - Nawet cię niczym nie poczęstowałam. Piękne kwiaty. Dziękuję. Miło patrzeć na szczęśliwych ludzi - mówiła Monika, krzątając się po kuchni. - Ale, ale... Mówiłaś, że sprzedajesz mieszkanie?
- Tak, dwa pokoje ze ślepą kuchnią. I łazienka. W czteropiętrowym bloku. Szuka pani czegoś dla syna?
- Dla siebie. To mieszkanie jest syna.
- Rozumiem. Jakby się pani podobało, nie ma sprawy. Bo wie pani, to budownictwo z lat sześćdziesiątych. Metraż mały, za to z cegły. I ma prawdziwe podłogi. Chciałaby pani zobaczyć?
- Nawet bardzo. To proszę zostawić tę kawę. Jedziemy - Karolina nie lubiła marnować czasu. - Kawę wypijemy u mnie, a przy okazji pozna pani mojego Jeana.
Rozdział III
- Miałam dzisiaj dzień pełen wrażeń. Jeszcze nie mogę ochłonąć. Dzięki Kasiu, że zgodziłaś się ze mną spotkać. Mam do ciebie prośbę.
- Mów. Ja też miałam dzisiaj urwanie głowy. Ale pogoda! Monika, zanim przejdziemy do jakichś spraw, nękających nas obie, nacieszmy się widokiem naszego rynku i tą pyszną kawą. Nigdzie na świecie nie ma takich kawiarni jak w naszym Krakowie!
- Nie ma - zgodziła się Monika. - Maciek też tak twierdzi.
- Twierdzi, ale siedzi w tym wilgotnym, zamglonym Londynie.
- Już nie. To znaczy, jeszcze siedzi, ale wraca. Żeni się chłopak.
- Ooooo, co ty powiesz!
- Powiem więcej. Żeni się, dziewczyna w ciąży, będę babcią. Wracają do Krakowa, Maciek chce robić doktorat. Załatwił sobie etat na uniwersytecie.
- Ty babcią? Nie do wiary. Na siwo się ufarbuj, bo tak ci nikt nie uwierzy - śmiała się Kasia.
- Może skorzystam z twojej rady. Perspektywa zostania babcią zwalnia mnie też z drakońskiej diety - dowcipkowała Monika. - Już nie będę musiała martwić się nadwagą. Babci to nawet pasuje parę kilo więcej.
- Sama widzisz. Mniej stresów, zaoszczędzisz na fitness klubie i kosmetyczce. Już cię widzę, jak dostojnym krokiem spacerujesz po Plantach, pchając wózek z ukochanym wnukiem.
- Może z wnuczką.
- E tam, z wnukiem. To lepiej brzmi.
- Coście się tak uwzięli na wnuka! Ja tam wolałabym słodką wnuczkę w różowej sukieneczce z kokardką we włosach.
- Kto się uwziął?
- Maciek. Przekonany jest, że będzie miał syna. Ty - że będę miała wnuka.
- Widać tak ci pisane. Z dziewuchami tylko kłopot. Popatrz na nas - śmiała się Kasia. - Wnuk, mówię ci, tylko wnuk. W tej sytuacji - kontynuowała Kasia poważnym tonem - muszę zmienić zestaw ciuchów, jakie dla ciebie przygotowałam.
- Jakich ciuchów?
- Mam mnóstwo nowych rzeczy w sklepie. Odłożyłam dla ciebie taką seksowną kieckę. Ale teraz to już nieaktualne - zrobiła smutną minę. - Muszę otworzyć nowy dział. Dla babć. Wiesz, stonowane kolory. Najlepiej szarości. Długość za kolano. Może bluzki z żabotem? Ubiorę cię w starym krakowskim stylu. Do tego włosy w kok i perły na szyi. Tak, musisz wyglądać jak babcia.
- Daj spokój, Kaśka, mnie teraz nie do żartów.
- A co? Martwi cię ta perspektywa?
- Martwi mnie, że muszę kupić mieszkanie.
- Maciek cię wyrzuca? - zatroskała się przyjaciółka.
- Nie, a przynajmniej tak mówi. Ale czy ty chciałabyś mieszkać z teściową?
- Ja nie - bez namysłu odpowiedziała Kasia. - Chociaż z tą od drugiego męża do dziś jesteśmy w przyjaźni.
- Ja też nie.
- To mieszkanie jest duże - wtrąciła Kasia. - Trzy pokoje. Zmieścicie się.
- Trzy pokoje, ale w amfiladzie. Zmieścić to może byśmy się zmieścili, ale na dłuższą metę tak żyć się nie da. Dziecko będzie potrzebowało własnego pokoju, Maciek gabinetu. Ona, ta moja przyszła synowa, Ania, chce pisać książki dla dzieci. Ja przecież nie przestanę udzielać korepetycji. Wyobrażasz nas sobie razem? Nie, już postanowiłam. Muszę się wyprowadzić.
- I chcesz do mnie? - domyśliła się Kasia. - Nie ma sprawy. Wprowadzaj się.
- Nie, ale dzięki za propozycję.
- No to jaki problem?
- Znalazłam już mieszkanie.
- Kiedy?
- Dzisiaj. Wszystko wydarzyło się dzisiaj. Rano zadzwonił Maciek z nowina, po południu wpadła jedna z moich uczennic. Ona sprzedaje mieszkanie.
- I ty je kupujesz?
- Właśnie. Jest tylko jeden problem. Nie mam całej sumy, a ona wyjeżdża w przyszłym tygodniu.
- Czyli mam ci pożyczyć? Ile?
- Kaśka, mówiłam ci już, że ty jak ten Damokles. Ciach i po sprawie.
- Taki komplement do czegoś zobowiązuje - roześmiała się Kasia. - Ile?
- Dużo, ale za to na krótko. Wezmę kredyt w banku i ci oddam.
- Ile? Ile to jest dużo? - dopytywała Kasia.
- Sto dwadzieścia tysięcy.
- Mogę. I nie musisz brać kredytu z banku. Poczekam.
- Żartujesz? Przecież ja nie zarobię takiej sumy w parę miesięcy. Wezmę kredyt.
- Po co? Ja naprawdę mogę poczekać.
- Nie wiedziałam, że jesteś taka bogata.
- Bo nie jestem, ale... Cztery razy się rozwodziłam. I żaden z moich eks do biednych nie należał. Mam dwa sklepy, które prosperują wcale nieźle. Sto dwadzieścia tysięcy leży w zakresie moich możliwości. Kiedy je chcesz?
- Jutro.
- Nie ma sprawy. Teraz powiedz mi, co to za mieszkanie.
- Czteropiętrowy blok, wokół dużo zieleni. Naprawdę ładne miejsce. Mieszkanie pogomułkowskie. Dwa pokoje i ślepa kuchnia. Karolina jednak zrobiła z tego cacko. Połączyła kuchnię z pokojem. W miejscu pieca, bo kiedyś tam były piece, zrobiła gustowny kominek. Sypialnia mała, ale mnie, samotnej, starej kobiecie wystarczy. Mniejszy metraż - mniej sprzątania.
- Brzmi nieźle. Na okres przejściowy wystarczy.
- Jaki przejściowy?
- Przecież nie będziesz do końca życia sama. Znajdziesz sobie kogoś z dużą willą i znów odzyskasz powierzchnię do życia. Jednak teraz skoro czas nagli - może być - rozstrzygnęła Kasia.
- Nie zamierzam wychodzić za mąż ponownie. Za nikogo.
- Zarzekała się żaba błota a Monika zamęścia - roześmiała się Kasia. - Wypijemy po koniaczku? Tak tylko, dla spokojności - usprawiedliwiała się Kasia.
- Nawet po dwa - Monika zgodziła się od razu. - Jeden mnie chyba nie uspokoi.
- To po trzy - zawtórowała jej Kasia, przywołując kelnera. - Dla spokojności, dla zdrowotności i dla pomyślności. A potem zobaczymy. Kiedy chcesz się przeprowadzić? - spytała Kasia.
- Za miesiąc, a może wcześniej. Mieszkanie będzie wolne w przyszłym tygodniu. Jakaś kuzynka tej mojej uczennicy zabiera wszystkie meble. Muszę znaleźć kogoś, kto mi je odświeży, to znaczy pomaluje. Tam właściwie niczego nie trzeba robić oprócz malowania. W kuchni szafki i lodówka zostają, bo są tak wbudowane, że nie sposób ich ruszyć. Robione na zamówienie, z drzewa. W łazience szafki, bo to wyjątkowo duża łazienka. Z mieszkania ciotki Honoraty nie chcę zabrać nic, oprócz biurka. To biurko to pamiątka rodzinna po moim ojcu. Jedyna rzecz, jaką zabrałam z rodzinnego domu. Muszę kupić jakieś meble, które będą pasowały do mojego nowego apartamentu. 

8. Pakowanie

- Przecież fortunę wydałaś na odnowienie mebli po ciotce, na remont tego mieszkania. Myślę, że Maciek nie miałby nic przeciwko temu, żebyś sobie wzięła to i owo - perswadowała Kasia.
- Myślę, że nie miałby, ale ja nie chcę. Te meble są częścią tamtego mieszkania, zawsze były, więc niech zostaną na swoim miejscu. Poza tym Maciek nie będzie teraz dużo zarabiał na uczelni, żeni się, zaraz na świat przyjdzie dziecko. Lepiej niech ma urządzone mieszkanie.
- Widzę, że uczucia macierzyńskie biorą górę nad zdrowym rozsądkiem - roześmiała się Kasia. - No to niech ma to urządzone mieszkanie - podniosła kieliszek do góry. - I niech mu się wiedzie. Zresztą - dodała - mówisz, że to małe mieszkanie, więc chyba by tam nawet nie pasowały te mieszczańskie meble.
- Właśnie - Monika też się roześmiała. - Kupię sobie coś nowoczesnego dla odmiany.
- IKEA, musisz popatrzeć w IKEI. Nowoczesne i niedrogie meble, akurat w sam raz dla ciebie. I biurko też sobie kupisz. Zostaw wszystko - radziła Kasia.
- O, nie. Biurko zabieram. Maciek dostanie je po mojej śmierci.
- Widzę że już szykujesz mu spadek.
- Nie znasz historii tego mebla.
- Nie znam. Opowiedz, mamy czas.
- Mój ojciec zawsze z pietyzmem traktował ten mebel. To jedyna pamiątka z okresu bardzo dawnej świetności jego rodziny. Legenda mówi, że mój prapradziadek przegrał majątek w karty. Utracjusz był taki. Za ocalałe resztki fortuny kupił kamienicę w Krakowie. Dla szlacheckiej rodziny to był cios. Z godnością jednak znieśli tę odmianę losu. W krakowskiej kamienicy swoje mieszkanie wyposażyli w meble z majątku. Dziadek się jednak nie ustatkował. Wdał się w jakiś kosztowny romans i znów narobił długów. Wierzyciele nachodzili go coraz natarczywiej. Próbował ratować rodzinę od nędzy. Niestety, każde jego następne posuniecie tylko pogarszało sytuacje. Kamienica i wszystkie nieruchomości zostały wystawione na licytacje. Prapradziadek, kiedy dostał list informujący go o tym, zmarł rażony apopleksją na tym właśnie biurku. I dlatego ówcześni komornicy pozwolili je rodzinie zatrzymać. Nikt nie chciał tego mebla.
- To może ty też go nie chciej, jak taki pechowy - wtrąciła Kasia.
- O, nie, skoro to jedyna pamiątka, ma zostać. Rodzina została wyeksmitowana - kontynuowała Monika. - Ten mebel był ich jedyną pamiątką po dawnych, lepszych czasach. I ostrzeżeniem, żeby następne pokolenia nie powtarzały błędów dziadka. Rzecz się działa jeszcze przed pierwszą wojną światową. Wojna uratowała rodzinę ojca od całkowitej nędzy. Syn tego zmarłego utracjusza, mój pradziadek wsławił się czynami bohaterskimi i z wojny wrócił w stopniu pułkownika. Zrobił karierę w armii. Wyposażył dwie siostry, brata posłał na studia. Był na dobrej drodze do odbudowania rodzinnego majątku i prestiżu kiedy wybuchła druga wojna. Było różnie, ale mebel przetrwał. Rodzina też. Tylko majątku już nikomu nie udało się odbudować. Mój ojciec, spadkobierca tradycji i biurka, nie miał determinacji dziadka. Zadowalał się tym, co miał. Ciotka Honorata, jego siostra, jako stara panna nie miała szans. Tak więc z całej dawnej świetności tylko ten mebel przetrwał w dobrej kondycji. Legenda rodzinna mówi, że przy tym biurku właśnie ktoś z rodziny wpadnie na pomysł, jak odbudować świetność rodu. Nie mam pojęcia, na czym miałoby to polegać, ojciec jednak był przekonany, iż kiedyś taki dzień nadejdzie. Domyślam się, że marzył o tym, iż to jego syn okaże się tym zbawcą rodziny. Tyle, że nie miał syna tylko mnie. To biurko było jak święta relikwia. W jego szufladach ojciec trzymał najważniejsze dokumenty, zasiadał przy nim rzadko. Matka polerowała, chuchała na mebel, mnie długo nie wolno go było nawet dotknąć. Kiedyś zaproponowałam, iż będę przy nim odrabiać lekcje ale spotkałam się że stanowczym sprzeciwem. Dopiero po śmierci rodziców odważyłam się z niego korzystać. To bardzo wygodny mebel do pracy.
- Zaczynam rozumieć, skąd u ciebie te geny niegrzecznej dziewczynki. Po pradziadku, świeć panie nad jego duszą. Monika, zacznij pisać powieści, siedząc przy tym biurku. Może zrobisz oszałamiająca karierę I spełni się proroctwo?
- Ja? Żartujesz, prędzej Maciek zrobi światową karierę.
- To zostaw mebel Maćkowi.
- Zostawię, ale nie teraz. To najcenniejsza pamiątka, jaką mam. Poza tym przyzwyczaiłam się do tego biurka. Dobrze mi się przy nim pracuje. Maciek dostanie go w spadku. Wiesz, jak się tak zastanawiam nad urządzeniem mojego nowego mieszkania, to myślę, że do nowoczesnych mebli - nawet z IKEI - jeden staroć będzie idealnie pasował. Na zasadzie kontrastu. A Maciek ma całe mieszkanie w antykach.
- Też prawda - przytaknęła Kasia.
Rozdział IV
 - Przeprowadzka gorsza od pożaru - mruczała Monika, wyrzucając z szaf swoje ubrania. - Niemożliwe, żeby tego było tyle. To wręcz nie do wiary. Jak ja to zabiorę z sobą i gdzie to pomieszczę? Matko jedyna - załamywała ręce - może troche powyrzucać? Oddać komuś? Ale to takie dobre rzeczy! Moda ma tendencje do powtarzania się, kiedyś na pewno to wszystko mi się przyda. Tylko co ja mam z tym zrobić teraz? - stała w środku bałaganu z bezradnym wyrazem twarzy.
Dźwięk telefonu nie zrobił na niej wrażenia. - Niech dzwoni - machnęła ręka.
Telefon jakby zrozumiał i mając takie przyzwolenie, dzwonił natarczywie. - A niech cię, kimkolwiek jesteś! - Monika odkopała aparat spod warstwy ciuchów. - Haloo! - rzuciła nieprzyjemnym tonem.
- Przeszkadzam? - głos po drugiej stronie zdawał się nie przejmować jej nastrojem.
- Iwo! Nie, a właściwie tak. Nie szkodzi - plątała się w wyjaśnieniach
- Miło, że poznajesz mój głos. Pamiętasz o naszej randce?
- To aktualne? - odpowiedziała pytaniem.
- Jak najbardziej. Dwudziestego drugiego lipca. Proponuję five o'clock czyli o piątej po południu. Monika, jesteś tam? - dopytywał Iwo zaniepokojony przedłużającą się ciszą.
- Hmm, tak, dobrze, o piątej.
- Czy mogę też zaproponować miejsce spotkania czy może wolisz sama zadecydować?
Monika milczała.
- No dobrze - roześmiał się. - Widzę, że pozwalasz mi wybrać miejsce spotkania. Co powiesz na randkę pod pomnikiem Mickiewicza? Romantyczny spacer a potem kolacja przy świecach?
- Dobrze - zgodziła się bez wahania.
- Zapamiętasz czy mam ci jeszcze przypomnieć? - kpił sobie z niej w żywe oczy.
- Zapamiętam - odparła, jakby tego nie zauważyła. - Do zobaczenia.
- Monika, czy wszystko u ciebie w porządku? - głos Iwo zmienił się w jednej sekundzie. Teraz wydawał się być zatroskany. - Może moja propozycja komplikuje ci jakieś dawniejsze plany?
- Nie, nie - zaprzeczyła. - U mnie wszystko w porządku. Spotkam się z tobą dwudziestego drugiego lipca z przyjemnością. To do zobaczenia, będziemy mieli - mam nadzieję - dość czasu, żeby sobie opowiedzieć co słychać.
Iwo dawno się już rozłączył, a ona wciąż stała zamyślona ze słuchawką w ręce. „Dwudziestego drugiego to za tydzień - pomyślała. - Po co on chce się ze mną spotkać? Całe szczęście, że Maciek nadal za granicą. Ale Maćka chyba nie będzie chciał widzieć. O Boże! Mam nadzieję, że nie”.
Z furią zabrała się do układania rzeczy. W kartony wkładała to, co na pewno chce zabrać do nowego mieszkania, na stertę obok to wszystko, co miało być odłożone na potem. Spojrzała na piętrzącą się górę rzeczy całkiem dobrych, które naprawdę szkoda wyrzucić. „I co ja mam z tym zrobić? - zastanawiała się. Po chwili wpadła na pomysł. Ze schowka wyciągnęła drabinę. W przedpokoju były pod sufitem dwa ogromne pawlacze. Puste, bo po śmierci ciotki powyrzucała stamtąd zbierane latami graty. 'Tutaj przechowam to, czego nie mogę zabrać - postanowiła. - Maciek nie powinien mieć nic przeciwko temu'. Zaczęła przenosić i układać odłożone rzeczy. Po trzech godzinach pracy, wspinania się po drabinie, nurkowania w schowkach, przekładania tych samych rzeczy w tą i z powrotem, przestraszyła się na widok swojego odbicia w lustrze. Włosy potargane, twarz błyszcząca od potu, rozmazane resztki makijażu. Otarła twarz wierzchem dłoni. - A niech tam - zdecydowała - skoro tak, to spakuję jeszcze te naczynia, które zabiorę.
W przepastnym kredensie była zastawa dla pułku wojska. Po ciotce Honoracie, po jej rodzicach i te, które sama kupowała przez te wszystkie lata. Stała przez chwilę niezdecydowana, co chce zabrać. Złożyła następny karton, przygotowała stos gazet. 'Wezmę te kamionkowe - podjęła decyzje - do tamtego mieszkania będą bardziej pasowały od zabytkowej porcelany'. Zaczęła ostrożnie przekładać talerze, owijając kubki w papier. 'Ten serwis do kawy też zabiorę - postanowiła. - Lubię te filiżanki'.
Zapełniała już trzeci karton, kiedy ktoś zadzwonił do drzwi. Spojrzała na zegar. Północ. Kto to może być o tej porze?
Ostrożnie uchyliła drzwi. - Kaśka, co się stało?
- To ja się pytam, co się dzieje. Przejeżdżam, patrzę, a twoje mieszkanie oświetlone, zasłony odsunięte. Przyjęcie wydajesz i nie zawiadomiłaś mnie o tym? - dopytywała Kasia.
- Przyjęcia nie wydaję - mruknęła Monika. - Ale, jak widzisz, świetnie się bawię - wskazała na kartony. - Pakuję się.
- Właśnie widzę. I gdzie ty chcesz to wszystko zabrać? Do tej twojej dziupli?
- To nie tak dużo - usprawiedliwiała się Monika. - Większość zostawiam. Biorę tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
- Kiedy przyjeżdża Maciek?
- Drugiego sierpnia.
- To masz czas.
- Mam, ale chcę być już u siebie, zanim oni się tu zjawi. Ale co ty robisz o północy tutaj? - spytała Monika.
- Byłam na kolacji z takim jednym Włochem, a potem wpadłam jeszcze do sklepu, bo przypomniałam sobie, że muszę na jutro mieć dokumenty do skarbowego. No i właśnie wracałam do domu.
- Może głodna jesteś? - zapytała Monika.
- O tej porze?
- Ja bym chyba coś zjadła - Monika dopiero teraz poczuła głód.
Kasia przyjrzała jej się z uśmiechem. - Długo tak się pakujesz?
- Zaczęłam po czwartej.
- No, to chyba coś zjemy - zdecydowała Kasia. - Ale ty może weź najpierw prysznic, wyglądasz strasznie.
- Dzięki, zawsze wiesz jak człowieka pocieszyć - Monika bez słowa poszła do łazienki.
Siedziały przy stole z apetytem pałaszując kanapki.
- Mam pojutrze umówiony samochód i dwóch ludzi - mówiła Monika. - Jeszcze tylko muszę odłożyć książki, które chcę zabrać. Oni przywiozą więcej kartonów. Strasznie człowiek obrasta w rzeczy - poskarżyła się. - Skąd tego tyle? Zabieram może piątą część tego, co chciałabym zabrać, a sama zobacz, ile tego jest.
- Przeprowadzki mają jedną dobrą stronę - wtrąciła Kasia - pozbędziesz się mnóstwa niepotrzebnych rzeczy przy okazji.
- Ale ja nie chcę się już niczego pozbywać. Po śmierci ciotki wyrzuciłam mnóstwo nagromadzonych przez nią gratów. Teraz zostały już tylko potrzebne rzeczy.
- Widzę właśnie. No nic, synowa na pewno zrobi porządki po swojemu.
- Myślisz?
- Wiem - szepnęła Kasia tajemniczo. - Ale ty się już tym nie przejmuj. Nie twój problem.
- Zapełniłam te dwa pawlacze w przedpokoju - zwierzyła się Monika. - Chyba synowa pozwoli mi przetrzymać tam moje rzeczy?
- Bądźmy dobrej myśli, a co poza tym? Ten twój kochanek sprzed ćwierćwiecza nie dawał znaku życia?
- Dawał. Dzisiaj dał.
- Oooo! I nic nie mówisz? - Kasia patrzyła z wyrzutem na przyjaciółkę.
- Mówię, właśnie mówię. Mamy randkę dwudziestego drugiego lipca o piątej po południu pod Adasiem.
- Jak romantycznie. Pod Adasiem umawiają się zakochani.
- Daj spokój! Ja myślę, że jego intencje są mniej romantyczne.
- Zostawia sobie możliwość ucieczki na twój widok? Boi się, że na randkę przyjdzie gruba baba z wąsem i wtedy on czmychnie niezauważony? - śmiała się Kasia.
- Tak myślę. Dwadzieścia pięć lat to szmat czasu. Skąd on może wiedzieć, jak wyglądam?
- A on co? Odmłodniał o te dwadzieścia pięć lat? - oburzyła się Kasia. - Sześćdziesięcioletni facet to przecież dziadek. Pewnie ma obwisły brzuch i prostatę.
- Może ma. Jaki to był przystojny mężczyzna! W życiu takiego drugiego nie spotkałam - wyrwało się Monice.
- Był, dobrze powiedziałaś. Był przystojny. No, ale czasem rzeczywiście zdarzają się faceci którzy starzeją się z klasą. Taki Clint Eastwood na przykład. Ja go wolę takiego, jakim jest teraz niż dwadzieścia pięć lat temu. Jemu wiek dodaje męskiego wdzięku.
- Jemu tak - zgodziła się Monika. - Ale weź Olbrychskiego. Kiedyś to był facet, a spójrz teraz. Ruina. Wrak.
- To co, zakładamy się? - roześmiała się Kasia.
- O co?
- O to jak ten twój amant się starzeje. Opcja Clinta czy Daniela? Co obstawiasz?
- Nie wiem, chyba wolałabym opcję Daniela - westchnęła Monika.
- Źle mu życzysz czy boisz się zakochać ponownie?
- Ijedno, i drugie. A właściwie, jakie to ma znaczenie?
- Może nie ma, może ma. Idę, mam jutro od rana urwanie głowy.

9. Przeprowadzka

Kasia wstała z krzesła. - Po południu będę wolna, może ci w czymś pomoc?
- Zawsze możesz wesprzeć mnie moralnie - powiedziała Monika.
- Wesprę - obiecała Kasia. - I tę kieckę ci podrzucę. Musisz jakoś wyglądać na tej randce. Niezależnie od tego jak on wygląda.
- Nie będę się stroić.
- Będziesz. Kobieta zawsze lepiej się czuje, kiedy wie, że dobrze wygląda. Do jutra.
Monika zrezygnowana patrzyła na stojące wszędzie kartony. - Ludzie jakoś to robią - westchnęła - to chyba i ja przeżyję tę przeprowadzkę.
Nalała sobie kieliszek koniaku i usiadła w ulubionym fotelu. - Ciebie też już nie będę miała - pogłaskała mebel. - Ktoś inny będzie cię teraz wysiadywał. A może cię wezmę? Zaraz. Koło kominka byłoby wspaniałe miejsce dla ciebie. Zmieścisz się chyba. Nie potrzebuję stołu na sześć osób. Jakby tak mały stół, bokiem do ściany, dwa krzesła i regały na książki... Tak, wezmę cię - postanowiła. - Jutro jadę po meble. Musisz się zmieścić.
- Kasia, nie uwierzysz - Monika była podekscytowana. - Wszystko kupiłam w IKEI.
- Wszystko to brzmi groźnie, tych parę sprzętów do nowego mieszkania.
- Oprócz biurka biorę ten fotel - Monika nie zwracała uwagi na przyjaciółkę. - Jutro od rana jestem u siebie. Najpierw przywieziemy te kartony, biurko i fotel stąd, potem dowiozą nam z IKEI resztę. Panowie obiecali wszystko poskładać. Jak dobrze pójdzie, pojutrze będę zagospodarowana.
- Masz tempo - z uznaniem stwierdziła Kasia. - Pogratulować. Rozumiem, że jutro wieczorem robimy parapetówkę?
- Robimy - przytaknęła Monika. - Robimy wieczorem. Napalę w kominku.
- Ciepło przecież.
- Pootwieramy okna, a w kominku musi się palić.
- No skoro musi... A masz drzewo?
- Trochę mam w piwnicy, na jutro starczy.
- Ja przyniosę prowiant i napoje - zaofiarowała się Kasia.
- Napoje mam. Zawartość barku zabieram - roześmiała się Monika. - Ale coś do jedzenia przynieś. Nie wiem, czy będę miała czas, żeby cokolwiek kupić.
- Zamówię kolację - obiecała Kasia. - A teraz zobacz - wyciągnęła z torby sukienkę.
- To ta? - Monika nie potrafiła ukryć rozczarowania.
- Ta. Nie grymaś, tylko ją załóż. Ta kiecka robi wrażenie dopiero na ciele.
Monika bez przekonania poszła się przebrać.
- Nie do wiary! - wykrzyknęła po chwili. - To niewiarygodne!
- Mówiłam! Mówiłam! Cudo nie kiecka. Ten, kto ją zaprojektował i uszył wart jest Nobla.
- Wart! Ale leży! Jak druga skóra.
- Znalazłam ją - nie uwierzysz - w worku z używanymi rzeczami. Nowa, z metką - pocieszyła. - Ktoś się na niej nie poznał. Czasem przeglądam w zaprzyjaźnionej hurtowni używane rzeczy. Rzadko, ale zdarzają się skarby jak to. Surowy jedwab. Na wieszaku jak zwykła kiecka. Jak ubierzesz - cudo. Sobie bym zostawiła, ale mnie w tym piaskowym kolorze nie do twarzy. Za to tobie - świetnie. Skromnie, a elegancko. Klasa - cmoknęła z zachwytu. - Akurat na tę twoją randkę. Jak facet ma jakieś pojęcie o elegancji kobiet - oszaleje.
- Pojęcie to on miał - potwierdziła Monika. Myślisz, że zachwyci się kiecką?
- Zachwyci się tobą w tej kiecce - sprostowała Kasia.
- Do diabła, przecież nie chcę go uwodzić - zdenerwowała się Monika. - A jak zapyta o Maćka?
- Na pewno zapyta - stwierdziła Kasia. - Powiesz mu po prostu, że Maciek uważa Jana za ojca i nie chciałabyś rujnować mu życia. Zresztą, nie sądzę, żeby się przy tym upierał - bagatelizowała Kasia. - Ciebie chce zobaczyć. Uspokoić wyrzuty sumienia, że sobie dobrze poradziłaś. On też na pewno nie chce mieć komplikacji.
- Mam nadzieję.
- Nie myśl o tym. Płacił na dziecko, przestał, skoro dziecko się usamodzielniło i nigdy nie chciał być ojcem. Wszystko w porządku.
- Nic nie jest w porządku. Po co ja brałam od niego te pieniądze?
- Masz wyrzuty sumienia? Za późno. To już się stało. Facet nie zbiedniał, a dziecko przecież mogłoby być jego.
- Ale nie jest.
- Monika, nie myśl o tym.
- Staram się.
- Postaraj się bardziej. Przyjedzie, zobaczy, powspomina. Może pożałuje, że cię porzucił i wyjedzie - pocieszała przyjaciółka. - Ludzie na starość często robią takie rachunki sumienia. Wiesz, żałują straconych okazji. Zastanawiają się, co by było gdyby i takie tam. Nie rób tragedii z jednego spotkania.
- Nie będę - obiecała Monika. - Masz rację. Zjemy obiad, powspominamy i znów zapomnimy o sobie.
- No właśnie. Spakowana? - zmieniła temat Kasia. Prawie.
- To znaczy?
- Daj, skończymy pakować te pudła, żeby faceci mieli jutro co nosić. Maciek już wie, że się wyprowadzasz?
- Nie. Dowie się jak przyjedzie. Teraz żyje jak w gorączce. Likwiduje tam swoje sprawy, drży na myśl o spotkaniu z teściami. Ślub ma się odbyć trydziestego sierpnia. Podobno już wybrali suknię ślubną w Londynie. Ma teraz tyle innych zajęć, że nie mam serca zawracać mu głowy. Będzie miał niespodziankę.
- A ci teściowie to co? Nie lubią go?
- Nie, tylko to tradycyjna rodzina. Górale. Trochę przypominają mi z jego opowieści moich rodziców. Ja też mam się do nich wybrać. Zaraz jak tylko przyjadą dzieci.
- Będziesz miała gdzie jeździć na narty - dowcipkowała Kasia.
- Kiedy ostatnio jeździłaś?
- Przed rozwodem, parę lat temu.
- To teraz będziesz miała okazję częściej. Górale to gościnny naród. Religijni i bardzo do rodziny przywiązani.
- E tam, teściowie to problem Maćka. Jestem pewna, że da sobie z nimi radę.
- A ty dasz sobie rade jutro? - spytała Kasia. - Ja do wieczora nie będę mogła ci pomóc.
- Nie przejmuj się, będę miała dwóch osiłków do pomocy. Jak przyjedziesz z kolacją, wszystko już będzie na swoim miejscu.
- Trzymam cię za słowo.
- Świetnie się urządziłaś - chwaliła Kasia. - I rzeczywiście to bardzo spokojna dzielnica. Cicho tu jak na wsi.
- Większość mieszkańców to emeryci, jak zdążyłam się zorientować. Mili ludzie, mieszkają tu od lat, wszyscy się znają.
- Czyli bezpiecznie - podsumowała Kasia.
- Zobaczysz za parę dni, jak już poustawiam wszystkie drobiazgi, kwiatki, powieszę obrazy... - Monika była pełna entuzjazmu.
- Obrazy? Chyba obraz, bo ja nie widzę tu więcej miejsca niż na jeden - Kasia była sceptyczna.
- Nie bądź złośliwa. Ja wiem, że to nie mieszkanie w kamienicy ani twój dom o powierzchni trzystu osiemdziesięciu metrów kwadratowych, ale zobaczysz. Małe bywa piękne.
- Bywa - przytaknęła Kasia. - No nic, mam nadzieję, że wkrótce zamienisz to na coś większego.
- Nie chcę nic większego - zaprotestowała Monika. - Ale, ale, wypijmy za dobrą wiadomość.
- Jaką?
- Dostałam propozycję od mojej francuskiej firmy. Nie tylko na dalsze tłumaczenia dokumentów, ale też zorganizowania kursu francuskiego dla pracowników.
- To interesujące.
- Bardziej interesujące ma być wynagrodzenie - roześmiała się Monika. - Pojutrze jestem umówiona na negocjacje.
- Trzymam kciuki.
- Trzymaj. To leży w twoim interesie. Im więcej mi zapłacą, tym szybciej zwrócę ci dług.
- Tym sobie głowy nie zawracaj.
- Muszę, nie cierpię długów.
- Monika, drobiazgami głowy sobie nie zawracaj. Poza tym mam świetny kontrakt z włoską firmą, zarobię sporo pieniędzy. Wyjeżdżam za dwa dni do Rzymu. Zostanę we Włoszech dłużej. Może nawet dwa tygodnie. Połączę przyjemne z pożytecznym, czyli biznes z wakacjami.
- Z tym Włochem od późnych kolacji?
- Z nim. Angelo ma na imię.
- Jedź, należą ci się wakacje.
- A tobie nie?
- Nie w tym roku. Teraz muszę dopiąć kontrakt z Francuzami, potem wesele Maćka, a od września wracają moi uczniowie. Może w przyszłym roku.
- Do szkoły nie wracasz?
- Nie. Lubię uczyć w szkole, ale nie za te pieniądze, które mi oferują. Jako wolny strzelec zarabiam wielokrotnie więcej. I pracuję, kiedy mam na to ochotę. To też się liczy.
- Kiedy masz ochotę mówisz? To bardzo chętna jesteś, bo tyrasz po dwanaście godzin.
- Lubię to co robię.
- Niech ci będzie. Ja też lubię to co robię.
- I też tyrasz po dwanaście godzin - zrewanżowała się Monika.
- Tyram, ale na przyjęciach, wyjazdach na pokazy mody... Z ludźmi się spotykam. A ty siedzisz większość czasu w domu, za towarzystwo mając komputer. Chyba ci kota chociaż kupię, żebyś miała kogoś żywego przy sobie.
- Kota nie, jeśli już to gadającą papugę.
- To jest pomysł. Pogadasz sobie z kimś.
- Nauczę ją po francusku - zobowiązała się Monika. - Będziemy sobie konwersować jak kiedyś z ciotką Honoratą.
- Dziwaczejesz - skwitowała Kasia.
- Wcale nie - obraziła się Monika. - Po prostu z wiekiem coraz bardziej cenię sobie moje własne towarzystwo. To przyjemnie przebywać wciąż w towarzystwie inteligentnej osoby.
- Mnie wykluczasz? - spytała Kasia.
- Przecież o tobie mówię. W końcu to ty dotrzymujesz mi najczęściej towarzystwa.
- Dzięki. Na randkę gotowa?
- Jeśli chodzi o strój, to dzięki tobie tak. Jeśli chodzi o psychiczne przygotowanie, to jestem w trakcie.
- Czasu masz nie za dużo. Dam ci radę - nie przejmuj się. Bądź sobą. Mało mów, dużo słuchaj. Daj mu szansę się wygadać, wtedy unikniesz kłopotliwych zwierzeń. A jakby co, zawsze możesz się wymówić migreną.
- Mam wziąć sole trzeźwiące?
- A co to by szkodziło - Kasia była w wyśmienitym nastroju. - W Krakowie to nawet wypada. Ładnie się pali w tym kominku - zauważyła. - Naprawdę przytulne to mieszkanko.
Rozdział V
Święto 22 lipca w tym roku wypadało w piątek, a to oznaczało długi weekend. Kraków nigdy nie narzekał na brak turystów, ale w takich szczególnych sytuacjach wręcz "pękał w szwach". Dzień był upalny. Monika stała przy oknie pijąc kawę i patrząc w bezchmurne niebo. - Dzień jak marzenie - westchnęła.
Do spotkania z Iwo miała jeszcze mnóstwo czasu. Postanowiła dokończyć układanie książek na półkach. Musiała się czymś zająć. Planowane spotkanie wprawiało ją w nerwowy nastrój. Pytanie, czego on chce, spędzało jej sen z oczu. W dodatku nie było Kasi, jedynej osoby, z którą mogłaby porozmawiać o swoich obawach i która tak świetnie potrafiła rozpraszać lęki. Niestety, Kasia bawiła gdzieś we Włoszech.
Monika spojrzała na leżący na stole telefon komórkowy. “Nie, nie będę jej głowy zawracać, niech ma te swoje wakacje” - pomyślała.
Kasia tylko na pozór była taka rzeczowa i chłodna. W gruncie rzeczy  też tęskniła za ciepłym domem i ukochanym mężczyzną. Tyle, że zawsze trafiała jak przysłowiową kulą w plot.
Może tym razem jej się uda? Miała nadzieję Monika.Do Kasi była szczerze przywiązana i życzyła jej najlepiej.
Z westchnieniem zabrała się do układania książek. Kończyła zapełniać trzecią półkę, kiedy zadzwonił telefon.
- Kasia! - Monika aż podskoczyła z radości. - Halo! - zawołała radośnie. - Jak się masz?
- Ja? Świetnie, mamo. A ty? - usłyszała w odpowiedzi
- Maciek! Nie spodziewałam się ciebie.
- A kogo? Jest ktoś, o kim nie wiem?
- Nie, wiesz że nie. Po prostu byłam pewna, że to Kasia.
- A to tylko ja - powiedział syn z udanym smutkiem w głosie.
- No coś ty, synuś. Cieszę się, że dzwonisz. Mam nadzieję, że wszystko w porządku?
- U nas tak. Przyjeżdżamy drugiego sierpnia. Mamo, jesteś zaproszona do rodziców Ani na dziesiątego, pamiętasz?
- Pewnie, że pamiętam.
- A czy my ci za bardzo nie skomplikujemy życia? - dopytywał Maciek. - Bo właśnie rozważamy możliwość wynajęcia czegoś dla nas.
- Maciek, muszę ci coś powiedzieć. Mieszkanie jest dla was. To ja pomyślałam o czymś dla siebie i kupiłam sobie własne lokum. Właśnie kończę je urządzać.
- Ależ mamo! - oburzenie w glosie syna było szczere. - Jak mogłaś. Bez uzgodnienia z nami? Tak sobie po prostu kupiłaś? To nie jest fair.

10. Spotkanie

- Synu, mieszkanie po ciotce Honoracie jest twoje, poza tym dla mnie jest za duże. Natomiast dla nas wszystkich za małe. Ja doskonale rozumiem, że młodzi powinni mieszkać sami. Też byłam młoda, zapewniam cię, chociaż może trudno ci w to uwierzyć.
- Mamo, ty jesteś młoda - zaprotestował syn. - Tylko ja czuję się wobec ciebie nie w porządku. Wiem, ile włożyłaś serca, pracy i pieniędzy w to mieszkanie, więc...
- Nie ma żadnych więc. Cała przyjemność po mojej stronie. Nie przesadzaj z tym moim ogromnym wkładem. Ania na pewno i tak poprzestawia wszystko po swojemu.
- Skąd wiesz?
Och, synuś! Każda kobieta zrobiłaby to samo. To naturalne. Nie ma o czym mówić. Jako matka cieszę się, że będziecie mieli własny kąt.
- Kąt! Ładny kąt! Ponad stumetrowe mieszkanie. Wiesz, w jakim teraz mieszkamy?
- Jesteście rozwojową rodziną, należy się wam - ucięła Monika. - Powiedz lepiej, o której mam się was spodziewać, to zrobię obiad lub kolację.
- Damy ci znać. A gdzie będzie ta powitalna feta?
- W twoim, w waszym mieszkaniu - śmiała się Monika. - Pozwolę sobie tam raz jeszcze pogospodarować.
- Mamo, kochana jesteś.
- Ty też.
Monika skończyła układać książki. Przestawiła jeszcze kilka bibelotów, sprawdziła czy kwiatek ma dostatecznie mokrą ziemię. Nie było już nic więcej do zrobienia...
- Chyba czas się szykować - spojrzała na zegarek.
Rewelacyjna sukienka od Kasi wisiała na wieszaku. Monika wzięła prysznic i zawinięta w ręcznik przyglądała się swojej twarzy w lustrze.
- Nie jest źle - mruknęła - choć mogłoby być lepiej.
„No cóż, cudów już teraz nie zrobię, ale dobry makijaż zatuszuje to i owo - pomyślała sięgając po krem. - Tu trochę korektora pod oczy, tu trochę różu. W taki upał makijaż musi być bardzo delikatny”.
Była gotowa na długo przed czasem. Nie mogła wysiedzieć w domu. Postanowiła wyjść wcześniej i przejść się trochę nad Wisłą, by uspokoić nerwy. Bo denerwowała się bardziej niż chciałaby przyznać sama przed sobą.
„Nie ma czym się martwić - pocieszała się, wychodząc z domu. - Przyjechał i pojedzie. Znów zniknie na następne dwadzieścia pięć lat a może i na zawsze”. Fakt oszustwa nie dawał jej jednak spokoju. „Po co ja to zrobiłam? - po raz setny zadawała sobie to samo pytanie. - Po co napisałam mu wtedy, że spodziewam się jego dziecka? Liczyłam na to, że mimo wszystko rozwiedzie się z tamtą, żeby być ze mną? Ależ byłam głupia - robiła sobie wyrzuty. - No nic, teraz już przepadło. Może się nie wyda. Jak to powtarza Kasia, nie ma co rozpatrywać błędów przeszłości i wpadać z tego powodu w depresję. Co się stało, to już się stało i nic tego nie zmieni. A swoją drogą, ciekawe jak Iwo teraz wygląda? - skierowała myśli na inne tory. - Poznam go czy nie? A on mnie? Ależ to był przystojny mężczyzna! '
Spojrzała na zegarek. Do piątej miała jeszcze pół godziny. Usiadła na ławce skrytej pod ogromnym dębem. Wyjęła puderniczkę. Rzut oka w lusterko upewnił ją, że makijaż nie poniósł szwanku. Schowała puderniczkę i wyciągnęła paczkę papierosów. Z lubością zaciągnęła się dymem. Za pięć piąta wolnym krokiem ruszyła w stronę pomnika Mickiewicza. 'Jak my się znajdziemy w tym tłumie? - pomyślała z niepokojem.
Stopnie wokół pomnika były oblężone przez młodych ludzi. Wokół turyści karmili gołębie. 'Obejdę pomnik dookoła' - postanowiła. Zrobiła zaledwie parę kroków, kiedy wręcz zamarła.
Naprzeciw niej szedł Iwo. Poznała go od razu. W ręce trzymał jedną pąsową różę i uśmiechał się do niej. Stała jak wmurowana. Nie mogła się ruszyć.
'To niemożliwe - ogarniała ją coraz większa panika - to niemożliwe. Niesprawiedliwe. On nie może tak wyglądać! Tak nie może wyglądać sześćdziesięcioletni mężczyzna! '
- Monika! - usłyszała jego głos. - Piękna jak zawsze Monika. Jesteś piękniejsza niż w moich marzeniach.
Wręczył jej różę i czule ucałował dłoń. - Nie do wiary jak świetnie wyglądasz - komplementował.
Ona nie mogła wydobyć z siebie głosu.
- Tak bardzo się zestarzałem - dopytywał - że na mój widok rozczarowanie odebrało ci głos?
Wpatrywała się w niego szeroko otwartymi oczami i z wysiłkiem powoli się opanowywała.
'Zestarzał, dobre sobie! ' - pomyślała, a głośno powiedziała: - Oboje się postarzeliśmy, ale tobie do twarzy z siwizną.
Roześmiał się głośno.
- Dzięki, moja droga, za szczerość. Staram się nie widzieć moich siwych skroni, ale masz rację tylko w jednym. Ja się zmieniłem - ty wcale.
- Szarmancki jak zawsze. Moją siwiznę przykrywam farbą do włosów.
- Nigdy w to nie uwierzę - Iwo wziął ją pod rękę. - Ciebie czas się nie ima. Bardzo się cieszę, że w końcu starczyło mi odwagi spotkać się z tobą - powiedział. - Przejdziemy się trochę? Nie byłem w Krakowie od lat.
- Bardzo chętnie.
Szli przez chwilę w milczeniu.
- Zamówiłem stolik w restauracji u Wierzynka. Na szóstą - przerwał milczenie Iwo. - Naprawdę się cieszę że cię widzę.
Spacerując rozmawiali o niczym. Wymieniali banalne uwagi, ale każde z nich myślało o czymś zupełnie innym.
Monika otrząsnęła się z szoku. Teraz z przyjemnością opierała się na jego ramieniu i katem oka obserwowała wrażenie, jakie robił na mijanych kobietach. Żadna nie pozostawała obojętna na jego widok.
Iwo prezentował się znakomicie. Nienagannie ubrany, wysoki, o wysportowanej sylwetce. Siwizna ładnie kontrastowała z jego opalenizną.
W restauracji, kiedy już złożyli zamówienie u kelnera, Monika spytała: - Nadal pływasz?
- Tak - uśmiechnął się. - To jedyne, co umiem. I jedyne, co kocham. Pływam, tyle że już nie na statkach handlowych. Teraz włóczę się na jachcie po Morzu Śródziemnym. Więcej dla przyjemności niż z konieczności.
- Mieszkasz za granicą?
- Większą część roku - wyjaśnił. - Mam mieszkanie w Gdańsku, ale właściwie mieszkam na stałe w Hiszpanii.
- Co się sprowadziło do Krakowa? - dopytywała.
- Nie uwierzysz, ale tylko ty - Iwo spoważniał. - Naprawdę.
- Dawno chciałem się z tobą spotkać tyle, że brakowało mi odwagi. Niedawno dowiedziałem się, iż rozwiodłaś się z mężem, więc pomyślałem, że mogę się w końcu odważyć zaproponować spotkanie.
- Dowiedziałeś się? Jak?
- Monika - ujął ją za ręce. - Ja mam wyrzuty sumienia od ponad dwudziestu pięciu lat. Skrzywdziłem cię. Pamiętam o tym każdego dnia. I nie zachowałem się wtedy jak dżentelmen. Chciałem to jakoś naprawić już dawno temu - patrzył jej prosto w oczy - ale nie chciałem ci komplikować życia jeszcze bardziej.
- Nie mówmy o tym - poprosiła.
- Będziemy o tym mówić - nadal był poważny. - Po to tu przyjechałem. Muszę ci wytłumaczyć. Ja wiem - pocałował jej dłoń - że to już niczego nie zmieni, ale nie chcę, żebyś myślała o mnie jak o draniu bez serca.
- Nigdy tak o tobie nie myślałam.
- Szkoda, byłoby mi łatwiej - mruknął. - Bo byłem draniem. Zdaję sobie z tego sprawę.
- Postawiłeś sprawę jasno - Monika najchętniej zapadłaby się pod ziemię. - Byłeś żonaty, nie ukrywałeś tego. Nadal jesteś?
- Nie, już od paru lat nie.
Kelner ustawiał przystawki. Iwo nie zwracając na niego uwagi mówił: - Po naszym rozstaniu wypłynąłem w rejs. Kiedy dostałem list od ciebie, zaproponowałem alimenty i nic więcej. Jednak każdego dnia myślałem o tobie i naszym dziecku. Kiedy dojrzałem do tego, żeby zawiadomić cię, że chcę mieć to dziecko z tobą, ty przysłałaś mi wiadomość, że wychodzisz za mąż. I nic ode mnie nie chcesz. To był dla mnie cios. Pocieszyłaś się tak szybko. Trudno, pomyślałem, nie mam prawa ingerować w twoje życie. Wybrałaś. Ale martwiłem się o ciebie. Nie byłem tak zupełnie pewny czy to prawda, czy tylko napisałaś tak z powodu urażonej ambicji. Poprosiłem człowieka, żeby dyskretnie dowiedział się, jak naprawdę sobie radzisz. Poinformował mnie, iż naprawdę wyszłaś za mąż, a twój mąż dał naszemu synowi swoje nazwisko. Wtedy uznałem, że najlepsze co mogę zrobić to zniknąć z twojego życia na zawsze. Skoro byłaś szczęśliwa z innym - musiałem się z tym pogodzić. Sam sobie byłem winny. Zastanawiałem się wiele razy, czy gdybym od razu uznał dziecko, zgodziłabyś się na mnie poczekać. Ale już było za późno. Wysyłałem ci pieniądze. Tyle przynajmniej mogłem zrobić. Od czasu do czasu dowiadywałem się, co u ciebie. Nadal byłaś mężatka, nasz syn studentem. Nigdy nie poprosiłem o jego zdjęcie, nie chciałem. Wydawało mi się, iż łatwiej sobie z tym wszystkim poradzę nie wiedząc, jak on wygląda. Podobny do mnie? - spytał.
- Nie - odparła Monika z trudem opanowując łzy. - Nie. Podobny jest do mnie.
- To musi być przystojny chłopak - cicho powiedział Iwo. - Czy on wie....
- Nie - przerwała mu. - Jest przekonany, że to mój były mąż jest jego ojcem.
- Twój mąż musi być wspaniałym facetem.
- Pod tym względem tak - przyznała. - Mają z Maćkiem doskonały kontakt. Zawsze traktował go jak swego rodzonego syna. Rozwód nic nie zmienił.
- Są prawdziwi mężczyźni na tym świecie - Iwo mówił najzupełniej poważnie. - Nigdy sobie nie wybaczyłem tego, jak się wtedy zachowałem. Jak łajdak. Jak ostatni łajdak. Myślałem o tym codziennie przez ostatnie dwadzieścia pięć lat. Nie proszę cię o wybaczenie - powiedział cicho. - Wiem, że to niemożliwe, ale chcę, żebyś wiedziała, iż troszczyłem się o ciebie. Dowiadywałem, czy niczego nie potrzebujesz. Byłem zawsze gotowy pospieszyć ci, wam poprawił się, z pomocą.
Monika patrzyła w talerz, nie mając odwagi podnieść wzroku. Tego nie przewidziała. Czegoś takiego nie brała pod uwagę. Nie przypuszczała, że będą go dręczyć wyrzuty sumienia.
'Co ja najlepszego zrobiłam? ' - miała ochotę się rozpłakać.
- Zaraz wrócę - powiedziała, szybko biegnąc do toalety.
Oparła się o umywalkę i spojrzała na siebie w lustrze.
'Powiem mu. Muszę mu powiedzieć o tym oszustwie. Nie mam innego wyjścia. Powiem mu o tym na koniec naszego spotkania' - postanowiła. Ta decyzja wyraźnie jej ulżyła. Spokojnym krokiem wróciła do stolika.
- Nie mam prawa cię o nic pytać - kontynuował Iwo po powrocie Moniki. - Ale dlaczego nie mieliście dzieci?
- Mój mąż nie mógł być ojcem - odpowiedziała. - Może teraz dla odmiany opowiesz mi o sobie. Dlaczego się rozwiodłeś? Nic właściwie o tobie nie wiem - chciała zmienić temat, zyskać na czasie.
- Moja historia jest banalna aż do bólu - zaczai bez oporów. - Kiedy się poznaliśmy, byłem żonaty, miałem dwójkę dzieci i morska karierę przed sobą. Kochałem swoją rodzinę. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Jak każdy, kto spędza większość czasu poza domem, idealizowałem ich sobie. Oni mnie zresztą też. Spędzałem w domu dwa, trzy miesiące w roku. Zawsze wtedy było święto. Dzieci, obdarowywane prezentami, szalały z uciechy. Żona z dumą oprowadzała mnie po znajomych. Przypuszczam, iż głównie z tego powodu, że dobrze prezentowałem się w kapitańskim mundurze. Dom zawsze był pełen gości. Telefon dzwonił nieustannie. Trochę czasu musiałem poświęcić statkowi, a trochę na różne interesy zabezpieczające byt mojej rodzinie i już byłem znów na pokładzie, w drodze na kolejny paromiesięczny rejs. Wszystko wyglądało idealnie do czasu, kiedy morskie firmy zaczęły upadać i raptem znalazłem się na lądzie. Bez pracy. Nie martwiłem się tym zbytnio, bo finansowo byliśmy zabezpieczeni bardzo dobrze. Snułem plany pozostania na lądzie na stałe. I tu pojawił się problem. Okazało się, że nie mamy o czym z sobą rozmawiać. Dzieci, dorosłe już przecież, przyzwyczajone do życia beze mnie, zupełnie nie potrafiły zaakceptować mnie w roli ojca na stałe. Żonę zaczynały denerwować moje przyzwyczajenia. Ona też przywykła do życia beze mnie. Próbowaliśmy jakoś poukładać sobie wszystko na nowo, ale... Pewnego dnia spakowałem swoje rzeczy i postanowiłem się wyprowadzić. Nikt nie protestował. Moje odejście zostało przyjęte z wyraźną ulgą. Przyznam się, że ja też odetchnąłem. Wiedziałem, że w moim zawodzie to częste przypadki, nigdy jednak nie przypuszczałem, że mnie to też spotka. Teraz wiem, iż miłość i przyjaźń wymagają czasu i pielęgnacji. Trzeba zapracować sobie na wspomnienia, które pozwolą w przyszłości łagodzić kryzysy.

11. Rozkosz

- A myśmy nigdy nie mieli żadnych wspomnień - kontynuował swoją opowieść Iwo. - Moja żona spędzała życie sama lub towarzyszył jej ktoś inny. Ja byłem tylko przygodą. Z dziećmi też niewiele mnie łączyło, oprócz zwożonych im z całego świata prezentów. Nie ja grałem z synem w piłkę, nie ja uczyłem moją córkę pływać, nie ja chodziłem na wywiadówki... Byłem dla nich świętym Mikołajem. Kimś, kto zapewniał im byt, przysyłał pieniądze. Kimś nierealnym, do kogo pisało się listy zaczynające się od słów: „Kochany tato przywieź mi”... Oni byli dla mnie bazą na czas lądowych postojów. Kimś, do kogo się tęskni. Bo każdy lubi mieć jakieś miejsce, gdzie ktoś na niego czeka.
- Układ funkcjonował idealnie do czasu zderzenia z rzeczywistością. Jako realny ojciec i mąż pojawiłem się po prostu za późno. Nie, nie mam do nich o to pretensji. Sam tak wybrałem - przyznał bez smutku.
- Zostawiłem im wszystko. Wyjechałem z kraju. Zamustrowałem się na statek w Kanadzie. Po tylu latach pływania wszędzie mam przyjaciół. Spotkałem mojego dawnego pierwszego oficera. On zaczynał interes z jachtami. Też się rozwiódł, podobnie jak ja. Z nową żoną postanowił zacząć od nowa życie w Hiszpanii. Jak każdy z nas, on też nie potrafił się wyrzec morza. To silniejsze od nas - uśmiechnął się. - Morze to nasza żona, kochanka i matka.
- Kolega zaproponował mi spółkę. Interes okazał się strzałem w dziesiątkę. Mamy teraz cztery jachty, które czarterujemy wraz z załoga bogatym, znudzonym turystom. Mój wspólnik, odkąd ponownie został ojcem, większość czasu spędza na lądzie. Ja wolę pływać. Z moją rodziną utrzymujemy poprawne stosunki. Dzieci informują mnie regularnie, jak rosną moje wnuki, a żona wyszła ponownie za mąż. Za bardzo sympatycznego człowieka, na którego moje dzieci od dawna wołały wujku. Ja cieszę się nieskrępowana wolnością. Banalna historia, prawda?
- Starzeję się. I coraz częściej myślę o tym, co by było, gdybym inaczej pokierował swoim życiem. Często myślałem o tobie, Monika. Spotkaliśmy się nie w tym momencie życia. Ten czas, jaki spędziliśmy razem, był najwspanialszym okresem w moim życiu. Naprawdę. Już nigdy z nikim nie byłem tak szczęśliwy jak z tobą. I przyznam ci się, że żadna kobieta nigdy nie patrzyła na mnie tak jak ty. Żadna.
- Muszę ci coś powiedzieć, Iwo - zaczęła Monika, ale przerwał jej ktoś głośnym wołaniem.
- Nie wierzę własnym oczom. Kapitan Nowaczyński we własnej osobie! - starszy mężczyzna szedł przez salę, nie przestając wykrzykiwać. - Nie do wiary! Jaki ten świat jest mały! Iwo, stary druhu, co ty robisz w Krakowie?
- Kapitan Roman Maczyński - przedstawił się Monice starszy pan.
- Właśnie zjedliśmy kolację. Moja przyjaciółka Monika Kowalska.
- Ja też nie jestem sam. Mielibyście coś przeciwko temu, gdybyśmy się przysiedli? Jola! - wołał, nie przejmując się pozostałymi gośćmi. - Jola, tutaj jestem!
- Iwo! Co za niespodzianka! - młodsza od swojego towarzysza o dobre trzydzieści lat roześmiana brunetka szła w ich stronę. - Ty w Krakowie? Co za zbieg okoliczności!
- Skoro zjedliście już kolację, chodźcie z nami w jakieś bardziej wesołe miejsce - wołał wyraźnie podochocony Maczyński. - Gdzieś, gdzie grają, śpiewają i wiedzą, jak się bawić.
- Może innym razem - powiedział Iwo.
- Żadnym innym! Kto wie, czy będzie inny. Pani Moniko, porywam panią - kapitan Maczyński nie zamierzał rezygnować.
- Roman! Naprawdę, daj spokój - mitygował go Iwo.
- On może i da ci spokój - roześmiała się Jola - ale ja nie zamierzam. Idziemy - zakomenderowała. - Nawet nie przypuszczasz, kogo dzisiaj jeszcze spotkasz. Chodźcie, szkoda czasu.
- Dorożka! - wołał tubalnym głosem Maczyński. - Dorożka! Zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz, zaczarowany koń - recytował. - Jedziemy do hotelu.
- Nie gniewaj się Monika - szeptał jej Iwo do ucha. - To mój serdeczny przyjaciel. Zabawimy chwile i urwiemy się wkrótce. Obiecuję - przytulił ją do siebie.
- Hotel Cracovia - wołał Maczyński. - Tam spotkacie kilka osób, które już czekają na nas w barze.
W barze rozochoconemu towarzystwu przygrywała cygańska kapela. Ich wejście zostało powitane owacyjnie. Obecni mieli już wyraźnie w czubie. Szampan lał się strumieniem. Wszyscy bawili się świetnie. Monika została porwana przez jakichś nieznanych jej ludzi. Trzymając kieliszek w ręce, starała się zorientować, kto jest kim. Przedstawiali jej się wszyscy po kolei. Choć się starała, nie nadążyła zapamiętywać imion. Ktoś po francusku wzywał pomocy.
- Nic nie rozumiem! - krzyczał przystojny brunet. - Czy nikt nie mówi normalnym jeżykiem?
- Jakiś problem? - Monika zapytała nienaganną francuszczyzną.
- Mon dieu, wreszcie ktoś cywilizowany! - brunet chwycił ją w objęcia. - Kochana, z nieba mi spadłaś. Chcę im powiedzieć, że jestem zauroczony Polską, a nikt mnie nie rozumie - skarżył się.
- Pani Moniko, aniele stróżu naszych francuskich przyjaciół. Czy ja miałem zły pomysł, żeby was tu przywieźć? - dopytywał z przejęciem Maczyński. - Wypijmy za przyjaźń z żabojadami i całą Unię Europejską.
Monika ze śmiechem piła szampana. „A niech tam - pomyślała. - Ale gdzie Iwo? '
Iwo właśnie śpiewał do mikrofonu w duecie z przyjaciółką Maczyńskiego 'Oczy czarne'. Cyganie grali, zebrani w barze wtórowali nieskładnymi głosami.
Zabawa rozkręcała się na całego. Gwar różnojęzycznych głosów zlewał się w jedno. Barmani strzelali korkami od szampana, sięgali po opasłe butle whisky i ginu. Francuzi domagali się polskiej wódki. Monika piła szampana śmiejąc się z dowcipów Francuzów, nad którymi mimowolnie objęła patronat. Ci zachwyceni, że mogą wreszcie porozmawiać we własnym języku nie pozwalali jej oddalić się nawet na krok. Iwo gdzieś przepadł.
Monice wydawało się, że wciąż ma ten sam kieliszek w dłoni, ale szum w głowie podpowiadał, że szkło stale to samo, a zawartość ciągle ktoś uzupełnia. W pewnym momencie poczuła, że bar zaczyna wirować wokół niej.
- Pardon - powiedziała cichym głosem. I chwiejnym krokiem udała się w stronę toalet. Stała chwilę przed lustrem, ochlapując się zimną wodą. Kiedy poczuła, że znów panuje nad sobą, postanowiła wyjść. Zniknąć po angielsku. 'Za stara już jestem na takie imprezy' - pomyślała nie bez żalu. Z toalety skierowała się prosto w stronę recepcji.
- Taksówkę proszę, ale szybko - powiedziała do młodej dziewczyny za kontuarem.
- Proszę usiąść, taksówka już jedzie - usłyszała jej głos.
- Monika, nie chcesz chyba wyjść bez pożegnania? - to Iwo zmaterializował się nie wiadomo skąd.
- Nie chciałam psuć ci zabawy - zmieszana nie wiedziała, co powiedzieć
- Znów nieporozumienie - roześmiał się. - Ja już od dłuższego czasu próbowałem cię stamtąd wyrwać, ale bawiłaś się tak świetnie...
- Ja? - spytała szczerze zdumiona Monika.
- Ty, ale nie mówmy już o tym. Chodź - wziął ją za rękę.
- Ale taksówka już jedzie - oponowała.
Iwo pochylił się ku recepcjonistce. Wręczył jej banknot i poprosił, żeby wynagrodziła taksówkarza.
- Chodź - nalegał ciągnąc Monikę za rękę. - Mieliśmy przecież porozmawiać - poprowadził ją w stronę wind.
Młody chłopak w czerwonym uniformie uprzejmie przytrzymywał im drzwi.
- Dwunaste - zadysponował Iwo.
Monika milczała, nie chciała wszczynać sporu w obecności windziarza.
- Tędy - Iwo stanowczym gestem prowadził ją pod ramię. - Trzecie drzwi po lewej.
Pod drzwiami pokoju czekał już kelner z wózkiem. Iwo bez słowa otworzył drzwi, kelner wtoczył wózek.
- Dziękujemy, dalej już poradzimy sobie sami - odprawił go Iwo. - Spójrz jaki widok - objął ją ramieniem i skierował ku oknu. - Cały Kraków u naszych stóp.
- Rzeczywiście, widok wspaniały - przytaknęła.
- Nigdy właściwie nie znałem tego miasta - zwierzył się jej. - Byłem tu może ze trzy razy w życiu.
- A ja kocham to miasto - powiedziała cicho.
- Monika...
- Muszę ci coś wyznać - przerwała mu. - Muszę, bo potem może być za późno.
- Na co za późno? - dopytywał, schylając się coraz niżej. - Mam wrażenie, jakby czas się cofnął - szeptał Iwo.
Szarpnęła się do tyłu. - Iwo, ja...
- Co ja? - uśmiechał się, patrząc jej głęboko w oczy.
- Ja... - zawahała się chwilę. - Ja... Mnie już dawno nikt nie całował - szepnęła.
Odsunął się od niej i przez chwilę wpatrywał się w nią badawczo. - Głupi byłem, że dopuściłem do tego, iż ktokolwiek oprócz mnie śmiał cię w ogóla całować - szepnął.
Poczuła, jak obejmują ją silne ramiona mężczyzny, na którego czekała tyle lat. Nie była zaskoczona reakcją własnego ciała. Wiedziała od zawsze, że liczy się tylko Iwo. Że tylko jego dotyk jest zdolny wywołać taką reakcję. Jak wtedy, jak za pierwszym razem.
Całe jej ciało przebiegł dreszcz już po jego pierwszym dotknięciu. Fale ciepła i rozkoszy rozlewały się po całym jej ciele. Czuła, że mdleje. Szeptała jakieś słowa bez sensu. Pierwszego orgazmu doznała, zanim rozpiął jej haftkę stanika. 'To nie może być prawda' - pomyślała. A jednak była. Widziała ciemnie oczy kochanka i czuła, że wpada w jakąś otchłań. Takiego uczucia nie doznała z żadnym ze swoich partnerów. - Iwo! Iwo! Iwo! - krzyczała, przyciągając go do siebie najbliżej, jak mogła. - Iwoooooo!
Tulił ją do siebie jak dziecko. Całował jej włosy i dłonie. - Monika - dmuchnięciem delikatnie odsuwał jej kosmyki włosów. - Monika, to nie do wiary. Jesteś najbardziej uroczą czarodziejką, jaką znam.
Powoli wracała do rzeczywistości. Leżała, tuląc się do niego i chciało jej się płakać. Nic nie było tak, jak sobie wyobrażała. Nie chciała iść z nim do łóżka. 'Chciałaś - natychmiast zaprzeczyła sobie samej. - Chciałaś, od pierwszej chwili tego chciałaś'.
Leżeli przytuleni nic nie mówiąc.
- Muszę już iść - Monika wyswobodziła się z jego ramion. - Muszę.
- Zostań - poprosił - jeszcze chwilę. Musimy porozmawiać. Chciałaś mi coś powiedzieć - przypomniał.
- Chciałam - zerwała się z łóżka. - Chciałam, ale teraz...
Zniknęła za drzwiami łazienki. 'Jak mam mu to teraz powiedzieć? - zastanawiała się, wpatrując się w lustro. - Jak? '
Uderzyła dłonią w ścianę. 'Po co ją się z nim w ogóle spotkałam? '
Iwo pojawił się za jej plecami. Delikatnie objął ją i spytał: - Czekasz na mnie? Weźmiemy razem prysznic?
Chciała zaprotestować, ale nie dał jej na to szansy. 'Co ja robię? - przemknęło jej przez myśl. - Co ja najlepszego robię? '
Iwo tymczasem puścił strumień gorącej wody i pociągnął ją za rękę do kabiny. Przestała myśleć o tym, co robi. Poddała się pieszczocie wody i mężczyzny.
- Monika - Iwo miał poważny wyraz twarzy. - Monika, poprzednio spotkaliśmy się nie w tym, co trzeba, czasie. Może teraz spróbujemy jeszcze raz?
- Co masz na myśli?
- Może teraz spotkaliśmy się we właściwym czasie i miejscu? Ja myślałem o tobie przez te wszystkie lata. Powiedziałem ci też, że czas spędzony razem z tobą był najlepszy w moim życiu. Ijak widać, nadal jest nam dobrze razem. Co ty na to?
- Nie wiem, Iwo. Każde z nas ma swoje życie, bagaż doświadczeń. Nie wiem, czy to dobry pomysł.
- No właśnie - bagaż doświadczeń. Jesteśmy mądrzejsi - uśmiechnął się do niej. - Wolni oboje. Spróbujmy. Poza tym jest przecież nasz syn - dodał.
Miała ochotę krzyczeć: 'Mój syn, nie nasz'. Wzięła głęboki oddech, zdecydowana powiedzieć mu o oszustwie. - Iwo, nasz syn... To znaczy... - spojrzała na niego i cicho dodała: Zostawmy ten temat.
- Masz rację - przyznał. - Strasznie to wszystko zagmatwane. Z mojej winy - dodał. - Masz rację, zostawmy ten temat. Na razie.

12. Babsztyl

Dla Moniki zabrzmiało to jak ostrzeżenie. Na razie?
- Wiem, rozumiem, pojawiłem się znienacka. Nie mam zamiaru niczego burzyć. On, nasz syn - poprawił się - ma rodzinę, ojca. I jak mówisz kochających dziadków. Naprawdę nie mam zamiaru rujnować mu życia. Nie, mam tylko nadzieję, że kiedyś dowie się prawdy. I jakoś mi wybaczy. Ale teraz nie mówię o nim. Mówię o nas, Monika. Czy ty mi wybaczysz i dasz nam szansę? Spróbujmy zacząć wszystko od nowa.
- Jak ty to sobie wyobrażasz? - prawie krzyknęła. - Ty masz swoje statki gdzieś tam w świecie, ja mam tutaj swoje życie. Pracę, przyjaciół i... - zawahała się - rodzinę. Jak ty to sobie wyobrażasz?
- Nie proszę cię - powiedział cicho - o to, żebyś rzuciła wszystko od razu. Jak wtedy, pamiętasz? Nie. Proszę cię tylko o szansę. Ja mogę zrezygnować z pływania.
- Tak ci się tylko wydaje. „Morze jest dla mnie matką, kochanką, żoną” - przypomniała mu jego własne słowa.
- Monika, może dorosłem do tego, żeby ożenić się z kobietą. Prawdziwą kobietą z krwi i kości. I być mężem. Takim prawdziwym. Na stałe. Na co dzień. Na dobre i na złe. Budzić się i zasypiać obok ukochanej osoby. Obok ciebie... Może wreszcie dorosłem.
- Może - patrzyła na niego i miała ochotę się rozpłakać. - A może nie? Może ci się tak tylko wydaje. Pojawiłeś się znienacka po dwudziestu pięciu latach milczenia i po jednej nocy znów chcesz zmienić moje życie. Bo ty tego chcesz. A ja?
- No właśnie cię pytam - odparł, wpatrując się w nią intensywnie. - Czego ty chcesz? O nic nie proszę. Nie nalegam. Pytam tylko czy dasz nam szansą. Monika, ja tej szansy nie zmarnuję, jak wtedy. Tego jestem pewien. Po jednej nocy, mówisz. Nie ma znaczenia po ilu. Ja wiem, jestem pewien, że chcę być znowu z tobą.
- A ja nie jestem pewna.
- Ale dasz nam szansę? Proszę...
Milczała, nie wiedząc, co powiedzieć. Z jednej strony miała ochotę posłać go do wszystkich diabłów. Do piekła, w jego najgłębsze otchłanie. Żeby już nigdy z nich nie wypłynął. Zranić go. Zranić tak głęboko, żeby już nigdy nie wrócił. Nawet na chwilę. Pozbyć się go na zawsze. Ale z drugiej strony na wspomnienie minionej nocy miała ochotę rzucić mu się na szyję i krzyknąć: - Zostań. Zostań i nigdy już nie wyjeżdżaj.
Tylko co on powie na to, że go oszukiwała tyle lat? Jak zareaguje? A może on chce być teraz ze mną z poczucia winy? Przecież to nie jego dziecko. Co będzie, jak się o tym dowie?
- Monika, popatrz na mnie - usłyszała cichy głos Iwo. - Popatrz tylko. Przestań wpatrywać się w ten dywan. Jestem tu czy tego chcesz czy nie. Jestem. Chce wiedzieć czy dasz nam tę szansę? Monika, szkoda marnować takiej okazji, jaka nam się trafiła ponownie. Raz już ją zmarnowaliśmy. Z mojej winy, pamiętam o tym. Teraz możemy zacząć jeszcze raz. Niewielu ludzi dostaje druga szanse. Wiesz o tym tak samo dobrze jak ja. Powiedz coś!
Podniosła głowę i spojrzała mu prosto w oczy.
- Nic nie mów! - krzyknął. - Lepiej nic nie mów. Zostawmy to. Ja będę walczył o naszą drugą szansę. Obiecuję. Ty się zastanów spokojnie. Nic nie mów. Nie obiecuj, nie posyłaj mnie do wszystkich diabłów. Po prostu pozwól mi działać. Udowodnię ci, że mówię poważnie. Zależy mi na tobie.
- Iwo, tyle lat minęło, już nie jesteśmy tacy sami - zaczęła.
- I całe szczęście, że nie tacy sami - roześmiał się. - Przynajmniej ja. Zmieniłem się, na szczęście. Monika, chcę być z tobą. Tego jednego jestem pewien. I udowodnię ci. Zobaczysz. A teraz chodź, pójdziemy na spacer jak stare krakowskie małżeństwo.
- Muszę do domu. Popatrz, jak ją wyglądam.
- Pięknie wyglądasz - pocałował ją w czoło. - Najpiękniej na świecie.
- Wariat! Przecież muszę się przebrać.
- To znaczy, że pójdziemy na spacer - Iwo wrócił dobry humor. - W tym hotelu są jakieś sklepy. Chodźmy, kupimy ci coś na zmianę - zdecydował.
- Wariat - powtórzyła. - Ja tu mieszkam - przypomniała mu.
- To jedziemy do ciebie - zdecydował. - Zrobimy po drodze zakupy - cieszył się jak dziecko. - Świeże bułeczki, mleko... I zrobię nam wspaniale śniadanie.
Patrząc na jego entuzjazm roześmiała się serdecznie. - Z tobą nie można poważnie rozmawiać - zwichrzyła mu włosy.
- Można. Jestem strasznie serio. Poważny facet z siwą czupryną.
- Nic się nie zmieniłeś, Iwo.
- Zmieniłem. To tylko przy tobie młodnieję. Czuję się, jakbym miał o połowę mniej lat.
Szli spacerkiem w stronę domu. Wstąpili do piekarni, skąd dochodził apetyczny zapach świeżego pieczywa. Iwo wdał się w pogawędkę ze sprzedawczynią. Roztrząsali problem wyższości smaku bułeczek z makiem nad kajzerkami. Rogali nad drożdżówkami. Monika z zainteresowaniem patrzyła jak oczarowana sprzedawczyni podsuwa mu coraz to nowe wypieki do spróbowania. Iwo dyskutował jak rasowy cukiernik smakosz. Kosztował, cmokał. Chwalił jedne wyroby, delikatnie krytykował drugie.
- Będzie pan tu do nas zaglądał? - zapytała sprzedawczyni, wpatrzona w Iwo.
- Zawsze - obiecał z ukłonem. - Zawsze ilekroć tu będę. A chyba będę coraz częściej.
- Chwalić Boga - zawołała. - Takich jak pan to już się teraz nie spotyka. Dam panu coś jeszcze - mówiąc wkładała nową paczuszkę do siatki.
- Zapłacę - Iwo trzymał pieniądze w dłoni.
- Ale co pan! To z serca - zawołała oburzona.
Iwo podziękował z uśmiechem.
Z piekarni wyszli z pękatą siatką. Monika kręciła głową z niedowierzaniem. - Ciebie tylko na zakupy wysyłać - powiedziała. - I kupisz dużo, i zapłacisz mało. Jak ty to robisz?
- Normalnie. Lubię kobiety i one mnie lubią - uśmiechnął się do niej. - Tylko co do ciebie nie mam pewności.
- Zarozumiały jesteś - odparła. - Na każdej spotkanej damie tak ćwiczysz swój urok osobisty?
- Ooo! - zawołał Iwo, unikając odpowiedzi. - Warzywniak. Kupimy witaminy.
- Świetnie - roześmiała się Monika. - Sam tu wchodzisz. Dobrze ci zrobi wizyta w tym sklepie. Idę o zakład, że tu twój urok na nic się nie zda. Baba, przepraszam, właścicielka tego kramu jest najbardziej odrażającą i nieprzyjemną istotą na ziemi. Tu kupują tylko masochiści. Ja ten sklep omijam z daleka. Dobrze ci zrobi wizyta tutaj - śmiała się Monika, popychając go w stronę drzwi - zarozumialcze.
- Dzień dobry! - zawołał Iwo przekraczając próg sklepu.
- Dla kogo dobry - Monika usłyszała skrzeczący glos. - Czego tak krzyczy - gderał głos. - Ma coś kupić, niech bierze. I towaru mi nie dotyka - ostrzegała.
Monika stała za szybą, uśmiechając się do siebie. - Dobra nauczkę dostanie - mruknęła.
Mijały minuty, a Iwo nie wychodził. Zaintrygowana podeszła bliżej szyby. Baba podparta pod boki perrorowała o czymś zawzięcie. Iwo przysłuchiwał się z uwagą. Sprzedawczyni zniknęła za drzwiami zaplecza. Po chwili wróciła z koszem jaj. Co ona robi? zastanawiała się Monika. Do sklepu wszedł klient, wyszedł po krótkiej chwili. Monika zapaliła papierosa. Iwo nadal tkwił w sklepie. Znów zajrzała przez szybę. Iwo ze sprzedawczynią dyskutowali o czymś ze swadą. Po następnym kwadransie nie wytrzymała i weszła do sklepu. Iwo właśnie wręczał babsztylowi pęczek rzodkiewek, jakby to był bukiet róż. Baba spłonęła rumieńcem.
- Pani pozwoli - powiedział Iwo na widok Moniki - moja żona. Muszę ci, Moniczko, powiedzieć, że tak sympatycznej sprzedawczyni i takiego pysznego towaru nie spotkałem w świecie. I jajeczka wiejskie, i twarożek domowy, i miodzik lipowy. Pani jest czarodziejką - zwrócił się do baby, która miała wypieki na twarzy z wrażenia. - Pani Lodzia - znów do Moniki - zna się na tym, co zdrowe. Grzybki. Mój Boże, ileż lat to ja już nie jadłem grzybów marynowanych! Pozwoli pani, że zapłacę. Czy jak pojawię się następnym razem to będzie pani dla mnie miała te obiecane gruszki w zalewie spirytusowej?
- Jutro już będą. Kiedy tylko pan przyjdzie - baba krygowała się za ladą, nie zwracając najmniejszej uwagi na Monikę.
- To przyjdę jutro - uśmiechnął się Iwo. - Koło południa, nie za wcześnie?
- W sam raz - zapewnił babsztyl. - Sama robiłam. W domu mam. Nawet dzisiaj mogłabym...
- Nie, proszę sobie nie robić kłopotu. Poza tym, za dużo dobrego byłoby na raz. Poczekam do jutra, pomarzę o tych pysznościach. I będę miał okazję znów z panią porozmawiać.
Położył pieniądze na ladzie. Baba wydała resztę.
- Nie pomyliła się pani? - spytał Iwo. - Za tyle wspaniałości to chyba za mało pani policzyła.
- Policzyłam za towar na sprzedaż - baba wyszczerzyła zęby w uśmiechu.
- Takich kobiet już dziś się nie spotyka - Iwo całował z atencją pulchną dłoń sprzedawczyni.
Baba zignorowała Moniki „do widzenia”. Za to Iwo odprowadziła aż do drzwi i jeszcze w progu upewniała się, czy na pewno jutro przyjdzie po obiecane gruszki.
- Nie wierzę - mówiła Monika. - Coś ty z nią zrobił?
- Nic, moja droga, nic. To przeurocza dama w średnim wieku. To ona oczarowała mnie do tego stopnia, że straciłem rachubę czasu, wybacz. Ale za to mamy jajeczka ze wsi od szwagra, twarożek z tego samego źródła, rzodkieweczki z ogródka uprawianego ekologicznie. Miodzik z pasieki księdza jakiegoś tam, nie zapamiętałem nazwiska, niestety. Grzybki, które ta urocza kobieta sama zbierała i marynowała. A wszystko za cenę jednego pęczka marchewki. Jutro dostaniemy gruszki w zalewie spirytusowej robione według przepisu jej prababki. A ileż cennych wiadomości uzyskałem od niej. Nie tylko o warzywach ale i o twoich sąsiadach.
Monika kręciła z niedowierzaniem głową.
Zbliżali się do domu. Zanim doszli do drzwi, Iwo zdążył jeszcze zamienić kilka słów z sąsiadką wyglądającą z okna na parterze, pomoc następnej wnieść zakupy i wymienić uwagi o pogodzie z sąsiadem z naprzeciwka.
- Mieszkam tu już jakiś czas - powiedziała Monika wchodząc do mieszkania - ale jeszcze nikogo nie znam. Ty za to za chwilę poznasz wszystkich.
- Monika, przebierz się - zignorował jej sarkazm. - Ja w tym czasie rozgoszczę się w kuchni i przygotuję nam przepyszne śniadanie. Wolisz jajecznicę ze szczypiorkiem czy jajka po wiedeńsku? - spytał z szelmowskim uśmiechem.
- Po wiedeńsku - odparła wzruszając ramionami.
Kiedy wyszła z łazienki stół już był nakryty. Iwo w jej fartuszku w kwiatki krzątał się w mikroskopijnej kuchni. - Siadaj, kochanie. Za moment wszystko będzie gotowe. Kawusia już się robi. Piękne masz filiżanki - mówił przysuwając jej krzesło. - Czujesz, jak pachnie? - nachylił się nad nią, muskając ustami jej włosy. - Czego to ją dla ciebie nie zrobię!
Patrząc na niego trudno było się nie uśmiechać. Śniadanie było doskonałe.
Iwo pilnował, żeby zjadła wszystko. Smarował jej bułki masłem, podsuwał rzodkiewki, dolewał kawy. Zapomniała o swoich obawach. Cieszyła się jego towarzystwem. Czuła się tak, jakby życie właśnie w tym momencie wróciło na właściwe tory. Iwo był tym właściwym mężczyzna na właściwym miejscu.
 Po śniadaniu troskliwie usadowił ją w fotelu przysuwając popielniczkę. - Teraz ja pozmywam, a ty opowiadaj - zarządził zbierając talerze ze stołu.
- O czym? - spytała.
- O wszystkim. O Krakowie, o swoich ulubionych miejscach, gdzie zaprowadzisz mnie na spacer. O marzeniach. O tym, co chciałabyś robić przez najbliższe lata.
- Pomogę ci - zaofiarowała się.
- Mowy nie ma. Z przyjemnością pozmywam sam. Marzyłaś kiedyś o dalekich podróżach? - spytał
- Nie. Chyba nie - odpowiedziała z wahaniem
- A ja tak. I wciąż marzę. Napodróżowałem się w życiu wystarczająco dużo, ale marzę o czymś zupełnie innym. Wsiąść sobie na jacht i popłynąć, gdzie oczy poniosą. Bez pośpiechu, zmartwień z załoga, bólem głowy o ładunek, zmartwień z powodu niezadowolenia pasażerów. Tak sobie po prostu płynąć i cieszyć się bezkresem wód. Posiedzieć parę lat na Wyspach Polinezyjskich. Żyć w zgodzie z naturą. Wstawać, kiedy chcę i zasypiać, kiedy jestem śpiący. Bez dźwięku budzika, telefonu i Internetu. Sam sobie być sterem, żeglarzem, okrętem. Marzę o tym, że mam talent i maluję to, co widzę. Te wspaniałe zachody i wschody słońca, igraszki promieni słonecznych na falach, marsowe miny burzowych chmur. Łopot żagli, kiedy wieje. I ciszę, kiedy nie ma wiatru.

13. Mężczyzna prawie idealny

- Pływałaś kiedyś na jachcie? - spytał
- Nie, nigdy.
- Nie masz pojęcia, jakie to romantyczne. Nigdzie nie czujesz się tak wolna jak na morzu. Nigdzie.
- Kochasz morze? - zapytała
- Kocham. Bezkres oceanu to piękno, którego z niczym porównać nie można. Jak sobie leżysz na pokładzie w rozgwieżdżoną noc kołysana na fali i wpatrujesz się w niebo, czujesz się jak król wszechświata. Tylko woda, gwiazdy i ty. I nic więcej się nie liczy, nie ma znaczenia. Dla takich chwil warto żyć. Monika, musisz ze mną popłynąć w rejs. Musisz.
- Nigdy nie pływałam.
- Widzisz, w życiu najpiękniejsze są tylko te dni, których jeszcze nie znamy, jak śpiewał poeta. To cudowne, że co jakiś czas możemy zrobić coś po raz pierwszy. Odkryć nieznane. Poczuć coś, czego istnienie dotąd tylko podejrzewaliśmy.
- Ale przecież ty pływasz całe życie! - wykrzyknęła.
- Pływałem, pływam, fakt. Ale nigdy tak jakbym chciał. To była moja praca, obowiązki. A ja chcę sobie popływać dla przyjemności.
- Masz przecież jachty, pływasz...
- Z turystami. Spełniając ich zachcianki, bo płacą mi za to. Nie, ja chcę czegoś zupełnie innego. Wolności. Wolności absolutnej. Żadnych kontraktów, zobowiązań, regulaminów.
- Przecież chyba możesz to zrobić, zrealizować swoje marzenia, stać cię na to.
- Stać - potwierdził. - Tylko że ja jestem niepoprawnym marzycielem. Chciałbym wybrać się w taką podróż z kimś bliskim. W samotności dostrzegasz tylko polewę piękna. To trzeba by przeżyć z kimś, kto cię rozumie, kto kocha to samo co ty, odbiera na tych samych falach. Jednym słowem z kimś, kogo się kocha. I kto kocha ciebie.
- Dużo wymagasz od życia - powiedziała zamyślona.
- Dużo? Nie, ja sobie tak tylko marzę. Ale moja droga, cóż warte byłoby życie bez marzeń? Tylko to trzyma nas przy życiu. Tajemnica. Co może zdarzyć się następnego dnia. I to też jest piękne. A co nam się zdarzy dzisiejszego popołudnia? Masz już plan co chcesz mi pokazać w ukochanym Krakowie? Wawel i kościół Mariacki zaliczyłem już w podstawówce - zastrzegł. - Kopalnię w Wieliczce też. Choć przyznam, że niewiele pamiętam z tej wycieczki. Były takie obowiązkowe trasy. Kraków-Wieliczka-Oświęcim.
- Zaliczyłeś już podstawówkę - z poważną miną odpowiedziała Monika. - Teraz czas na trasę szkoły średniej. Piwnica pod Baranami na początek. Miejsce akurat dla mnie, samych swoich spotkam?
- Baranów?
- Tak - dopowiedziała ze śmiechem. - Ale być baranem to nie tak źle.
- Nie aż tak?
- Chodź, skoro tak bardzo chcesz poznać Kraków. Pokażę ci taki nie dla turystów, lecz dla swoich.
Rozdział V
Siedzieli w kawiarnianym ogródku na rynku Starego Miasta. Księżyc wypłynął zza wieży kościoła Mariackiego dokładnie wtedy, kiedy trębacz zaczął wygrywać hejnał.
Słuchali w milczeniu.
- Teraz rozumiem, dlaczego kochasz to miasto - powiedział Iwo. - Takiej atmosfery nie ma chyba nigdzie na świecie. Czuję się jak przeniesiony w zaczarowany, bajkowy świat. Aż mam ochotę się uszczypnąć, żeby sprawdzić, czy to się dzieje naprawdę. Co za noc! Księżyc w pełni, niebo usiane gwiazdami i ty obok mnie.
Monika wpatrywała się w niego zamyślona.
- Ja też mam ochotę się uszczypnąć - szepnęła.
- Mam lepszy pomysł - roześmiał się, wstając od stolika.
Przygarnął ją do siebie, objął ramieniem. - Tak będziemy spacerować - zarządził ze śmiechem. - Gdzie teraz?
Monika z trudem ukrywała zmęczenie. Iwo zorientował się, że w przeciwieństwie do niego ona ma dość spacerów jak na jeden wieczór. Machnął ręką na dorożkę.
- Niech nas pan powozi tym zaczarowanym pojazdem - poprosił. - Chcemy nacieszyć się Krakowem.
- Nie ma sprawy - dorożkarz cmoknął na konia. - Jakieś szczególne miejsca czy tak sobie?
- Szczególne, według pana uznania.
- Robi się - dorożkarz poprawił się na koźle.
Iwo wręczył mu pieniądze.
Dorożkarz gwizdnął cicho. - Wio, maluśka! - zawołał. - Panie prezesie, pokażę państwu najpiękniejsze zakątki - zapewnił. Obejrzał się do tyłu, jakby chciał im coś powiedzieć, ale widząc ich przytulonych zrezygnował.
Iwo tulił Monikę do siebie, czasem całował jej włosy. Nic nie mówili, słowa wydawały się zupełnie niepotrzebne.
Podjechali pod dom. Iwo wręczył jeszcze jeden banknot dorożkarzowi, dziękując mu za wspaniałą przejażdżkę.
- Do usług pana prezesa! Gdyby coś, tu jest moja wizytówka - właściciel dorożki nie krył zadowolenia.
Idąc po schodach do mieszkania Monika czuła się skrajnie wyczerpana.
- Zmęczona? - troskliwie dopytywał Iwo.
- Trochę - przyznała
- Moja wina. Zbyt forsowne tempo narzuciłem - sumitował się.
- Nie, nie, to nie to - broniła się. - Po prostu za dużo wrażeń.
Wydawało jej się, że zaśnie, zanim dojdzie do sypialni.
Z westchnieniem ulgi wyciągnęła się na łóżku. Zamknęła oczy. Uśmiechnęła się do siebie, słysząc kroki Iwo wychodzącego z łazienki. Po chwili była wtulona w jego ramiona. Cmoknął ją w czoło. - Chcesz spać? - spytał szeptem
- Tak - powiedziała i roześmiała się głośno. - Nie, wcale nie chce spać, objęła go mocno. Nie teraz.
- Ja też nie jestem śpiący - zapewnił, ściągając z niej nocną koszulkę. - I po co to zakładałaś? Taka ładna rzecz! Szkoda, żeby się pogniotła.
Za oknem robiło się coraz jaśniej. Monika przytulona do Iwo czuła się najszczęśliwszą kobietą na ziemi.
- Obiecywałem ci, że będę się starał - szepnął Iwo. - Ze wszystkich sił. W dzień i w nocy. Przekonam cię, że warto spróbować jeszcze raz.
„Jaki on zarozumiały” - przemknęło jej przez głowę. Chciała mu coś odpowiedzieć, ale tylko westchnęła i zapadła w głęboki sen.
Obudziła się, kiedy za oknem był już w pełni słoneczny dzień.
- Która godzina? - spojrzała na zegarek. - Dwunasta. To już południe.
W domu panowała cisza.
„Gdzie Iwo? - zastanowiła się. - Pewnie czyta gazetę w pokoju. Nie pokażę mu się tak”.
Zerwała się z łóżka i szybko wbiegła do łazienki. Dom był pusty. Ani śladu Iwo. Rozglądała się w poszukiwaniu jakiejś wiadomości. „Tak mnie po prostu zostawił? Bez słowa? ' - nie mogła w to uwierzyć. Robiła kawę i wciąż miała nadzieję, że gdzieś znajdzie jakiś ślad. Nic. 'Tak sobie po prostu poszedł? ' Spojrzała na telefon. Żadnej wiadomości.
Wspaniały nastrój powoli się ulatniał. 'Jak on mógł? ' Nie smakowała jej kawa. Odstawiła filiżankę. Nalała sobie soku. Zapaliła papierosa. Wpatrywała się w telefon jak zahipnotyzowana. Ale telefon milczał. 'Nie, nie mógł mnie tak zostawić. Nie mógł! ' - chciało jej się płakać. Bez celu chodziła z kąta w kąt. Po godzinie nie wytrzymała.
Podniosła słuchawkę telefonu. Wybrała numer hotelu. Kiedy zgłosiła się recepcjonistka odłożyła telefon bez słowa.
'Nie, nie będę do niego dzwonić! - rozczarowanie powoli zamieniało się w złość. - Drań, przyjechał po dwudziestu pięciu latach jakby nigdy nic i zniknął bez słowa. A ja stara, głupia dałam się nabrać na jego urok jak dawniej. Nie jestem już młodą, zakochaną panienką. Nie będę znowu płakać przez niego. Nie będę. Jak zadzwoni jeszcze kiedyś, po prostu odłożę słuchawkę. Nie chcę go więcej znać. Nie chcę - łzy same płynęły jej po policzkach. - Drań. Uwodziciel. Łotr'.
Weszła do sypialni. Na widok rozrzuconej pościeli rozbeczała się na dobre. - Jak on mógł? Tak sobie po prostu poszedł?
Zaczęła się ubierać. Nie mogła usiedzieć na miejscu. Nie mogła zostać teraz w domu. Postanowiła wyjść. Gdziekolwiek. 'Szkoda, że Kasia jeszcze nie wróciła' - pomyślała wpuszczając krople do oczu, żeby zatuszować ślady łez.
Była prawie gotowa do wyjścia, kiedy usłyszała chrobot klucza w drzwiach wejściowych. - Panie Witku, tutaj proszę. Dziękuję za pomoc, sam nie wniósłbym tego wszystkiego. To jesteśmy umówieni, prawda? Jeszcze raz dziękuję i do zobaczenia.
W drzwiach stał uśmiechnięty Iwo. Obok niego stała walizka i kilka wypchanych reklamówek ze sklepów. W ręce trzymał czerwoną różę. - Moniczko, miałem nadzieje, że zdążę zanim się obudzisz - pocałował ją czule. - Nie chciałem cię budzić, tak smacznie spałaś. Nawet nie wiesz, jak pięknie wyglądasz, kiedy śpisz. Pozwoliłem sobie przywieźć moje bagaże tutaj, bo przecież nie będę biegał co rano do hotelu się przebrać - śmiał się łobuzersko. - Nie wyrzucisz mnie, prawda? A po drodze zrobiłem zakupy. Pani Lodzia, urocza niewiasta z warzywniaka, dotrzymała słowa i mamy obiecane gruszki w zalewie spirytusowej. Mam nadzieje, że nie jadłaś śniadania beze mnie?
- Nie - roześmiała się Monika zła na siebie, że tak źle o nim myślała przed chwilą. - Nie. Czekałam, aż wrócisz.
Grzeczna dziewczynka - pochwalił ją rozpakowując torby.
- A ten pan Witek? - spytała
- To twój sąsiad z domu naprzeciwko. Taksówkarz. Bardzo miły człowiek. Dzięki niemu uwinąłem się raz dwa. Bardzo gadatliwy. Sporo się dowiedziałem o twoich zwyczajach, sąsiadach i tak w ogóle o życiu.
- O moich zwyczajach? Przecież ja go nie znam.
- Ty jego może nie, ale on na ciebie zwrócił uwagę. 'Bardzo piękna, elegancka kobieta. Z klasą'. Tak powiedział o tobie. Ja się z nim zgadzam. Stąd od razu zrodziła się między nami nić sympatii. Pan Witek ma żonę i troje dzieci w wieku szkolnym. Tyra na taryfie dwadzieścia godzin dziennie, ale nie zamieniłby tej pracy na żadną inną. Powtarzam co usłyszałem - zastrzegł. - Raz wiózł nawet samego Kacpra Złotopolskiego i ma jego autograf. Nie znam serialu, ale pan Witek twierdzi, że jest bardzo życiowy i nie mam powodu mu nie wierzyć. To co jemy na śniadanie? - zmienił temat.
Monika nie mogła powstrzymać się od śmiechu. - Ty do jutra poznasz nie tylko wszystkich mieszkańców osiedla, ale też ich koneksje, stan rodzinny, upodobania, przyzwyczajenia i ich najtajniejsze sekrety. Jak ty to robisz?
- Ludzie wyczuwają, że ja darzą ich szczerą sympatią. Jak pytam 'Co słychać? ', to mnie to naprawdę obchodzi. Czar, moja droga, urok osobisty, bezpretensjonalność, szczery, otwarty wyraz twarzy - oto, moja śliczna, portret osoby, z jaką się zadajesz. Już taki jestem - dodał robiąc skromną minę - doskonały. Nie zauważyłaś tego jeszcze?
- Zarozumiały, arogancki, zbyt pewny siebie - zezłościła się Monika.
- To też, nie przeczę. Ale nie sądzę, żeby te cechy odbierały mi ten niesamowity czar osobisty jaki ze mnie emanuje. Monika - pocałował ją w rękę - nikt nie jest doskonały. Ja też. Do ideału brakuje mi może jakieś dwa procent zalet, ale pracuję nad tym cały czas - śmiał się łobuzersko. - To co, zjemy coś w końcu? Nie wiem jak ty, ale ja umieram z głodu.
- Za dwa dni będę musiał wyjechać - tłumaczył, podsuwając jej powidła śliwkowe domowej roboty pani Lodzi. - Wcześniejsze zobowiązania, niestety. Nie będę wolny wcześniej niż w listopadzie. Monika, chciałbym wiedzieć... Mamy szansę na drugi raz? Spójrz na mnie - prosił. - Powiedz, mamy?
- Chyba tak ale... Strasznie to wszystko skomplikowane.
- Niech będzie! - zawołał. - Skoro dajesz nam drugą szansę, nic nie może być zbyt trudne. Monika, pozałatwiam wszystko najszybciej, jak będę mógł. Zorganizuję pracę firmy z jak najmniejszym moim osobistym zaangażowaniem. Wszystko zrobię, żeby być z tobą. Wszystko. Właściwie już od nowego roku moglibyśmy zamieszkać razem w Hiszpanii - snuł wizje wspólnej przyszłości.
- Od nowego roku? Nie, mój syn za miesiąc się żeni, będę babcią. Mam kontrakt z firmą na siedem miesięcy. Nie mogę go tak po prostu zerwać. Kupiłam mieszkanie. Mam swoje zobowiązania.
- Nasz syn się żeni - powiedział cicho - razem będziemy dziadkami.
Monika spuściła głowę, nie wiedząc co powiedzieć.
- Jakie ty masz zobowiązania? - dopytywał Iwo. - Wszystko można rozwiązać. Jeśli masz problemy finansowe...
- Nie mam - prawie krzyknęła. - Nie proponuj mi niczego takiego. To moje życie. Pozwól, że nadal będę decydować co dla mnie dobre, a co nie.
- Ależ oczywiście, ja tylko... Monika, proszę, nie chcę niczego komplikować, ale gdybym mógł pomóc...

14. To jest miłość

- Iwo - zreflektowała się szybko - za wiele ode mnie wymagasz. Zjawiłeś się znienacka po dwudziestu pięciu latach i znów chcesz wszystko przestawić, wywrocić do góry nogami. Ja już nie mam dziewiętnastu lat. Mam swoje życie, przyzwyczajenia, zobowiązania. Musisz się z tym liczyć. Ja nie mogę wszystkiego rzucić tylko dlatego, że ty tak chcesz.
- Cicho, cicho - głaskał ja po włosach. - Niczego nie chcę burzyć ani stawiać na głowie. Zagalopowałem się - fakt. Ale to dlatego, że zupełnie zawróciłaś mi w głowie. Tego nie przewidziałem. Myślałem... Nieważne, co myślałem. Kocham cię Monika i chcę być z tobą. Aż tyle i tylko tyle.
- Kochasz? Skąd wiesz co to miłość? Może to kolejne zauroczenie?
- Nie, chyba zawsze cię kochałem, tylko sam przed sobą nie chciałem się do tego przyznać. Teraz, kiedy spotkaliśmy się ponownie, wiem, że to prawda. Monika, może zachowałem się wobec ciebie jak drań. Dwadzieścia pięć lat temu. Ale czy musimy zadawać sobie ból za błędy przeszłości? Ja byłem inny, ty też. Teraz jesteśmy innymi ludźmi. Mówię to z całą odpowiedzialnością za swoje słowa. Kocham cię. Chcę być z tobą. Zrobię wszystko, żebyś była szczęśliwa.
- Dajmy sobie trochę czasu - poprosiła.
- Dajmy - zgodził się. - Wiem, że chcesz tego samego, co ja. Poczekam. Monika, poczekam tak długo, jak będziesz potrzebowała. Wiesz co? - zmienił temat. - Wykorzystajmy te dwa dni najlepiej, jak możemy. Co masz w planie?
- Na te dwa dni? Nic - odpowiedziała.
- Świetnie. Wykorzystajmy pana Witka i pojedźmy sobie na dzień do Zakopanego. Co ty na to?
- Ale... Jak to? Tak zaraz?
- Dlaczego nie? Nie masz psa, papugi ani rybek w akwarium. Możemy po prostu zamknąć drzwi i wyjechać. Ubierz się w coś wygodnego, ja zaraz posprzątam i wszystko zorganizuję.
Stała przed otwartą szafą i miała ochotę zawołać: „Nie mam w co się ubrać na eskapadę w góry! '
Po dłuższym namyśle wybrała najbardziej sportowy strój, jaki znalazła. - Do diabła! -zaklęła. - Nie mam żadnych butów do chodzenia. Wszystkie na obcasie.
Tymczasem Iwo, ubrany w dżinsy, flanelową koszulę i adidasy, kończył rozmowę z panem Witkiem.
- Gotowa? - zajrzał do sypialni. - Nasz kierowca będzie za pół godziny.
Rozdział VI
Kasia długo naciskała dzwonek do drzwi mieszkania przyjaciółki. Cisza. 'Gdzie ona się podziewa? ' - zastanawiała się schodząc ze schodów. Przed domem rozejrzała się wokół jeszcze raz. Przyjaciółki ani śladu. 'Pewnie jest w dawnym mieszkaniu' - pomyślała, otwierając drzwi samochodu. Uruchomiła silnik kiedy usłyszała: - Poczekaj, Kaśka! Poczekaj!
Znów rozejrzała się wokół, ale Moniki nigdzie nie było widać. Ruszyła. Ktoś załomotał w dach auta.
- Kaśka, poczekaj! Krzyczę i krzyczę! Wracaj na parking.
- Monika? - w głosie Kasi słychać było niedowierzanie. - To ty?
- No coś ty, nie poznajesz mnie? Wracaj i zaparkuj! Strasznie się cieszę, że już jesteś.
Kasia z niedowierzaniem przyglądała się przyjaciółce. - Nie wierzę - powiedziała po długiej chwili. Monika stała w trampkach, dżinsach i dresowej bluzie. Bez makijażu i z włosami w kucyk. - To nie możesz być ty! Co się stało?
- No, co mi się tak przyglądasz? Niech cię uściskam. Opowiadaj, jak było w tej Italii.
- Tak sobie. Co tam Włochy, ty opowiadaj! Co się z tobą stało?
- Tak źle wyglądam? - zmartwiła się Monika. - O co ci chodzi?
- Źle? Wspaniale! Właśnie o to mi chodzi. Na zastrzyki z botoksu się zdecydowałaś czy co?
- Jakie zastrzyki, Kasiu?! Po prostu zaczęłam dbać o siebie. Codziennie chodzę parę kilometrów, wiesz, z kondycja u mnie ostatnio były kłopoty. Postanowiłam wziąć się za siebie.
- To widzę. Jestem żądna szczegółów jak kania dżdżu. On to sprawił? - spytała domyślnie.
- Nie będziemy roztrząsać tych problemów przed blokiem. Chodź do domu.
- Idę, idę. Żadna inna opcja w rachubę nie wchodzi - zrzędziła Kasia zamykając samochód. - I nie wyjdę, dopóki nie dowiem się wszystkiego. Umarłabym ze zgryzoty. Opowiadaj - nalegała. - Możesz zacząć od zaraz.
- Dzień dobry, pani Moniko. Małżonek kiedy wróci? - padło z okna parteru pytanie.
- Niedługo - odpowiedziała.
- Pani Moniko, może podwieźć?
- Nie, dziękuje panie Witku, nie dzisiaj.
- Do usług. Proszę pamiętać, kiedy tylko będzie pani chciała.
Kiedy weszły na klatkę schodową Kasia spytała: - Znasz ich wszystkich?
- Znam. To długa historia, Kasiu. Poczekaj, aż wejdziemy do mieszkania.
- Pani Moniko - na pierwszym piętrze otworzyły się drzwi - a pan kapitan to jeszcze jest?
- Nie, panie Ryszardzie, wyjechał.
- A to szkoda. Bo ja, wie pani, znalazłem te wycinki prasowe, o których rozmawialiśmy.
- Niech pan je trzyma pod ręką, kapitan wróci niedługo.
Kiedy znalazły się wreszcie za drzwiami mieszkania Moniki, Kasia oparła się o ścianę w przedpokoju z bezradnym wyrazem twarzy.
- Zacznij teraz, od razu, bo umrę z ciekawości. Co się tu dzieje?
- Właśnie - westchnęła Monika. - Też chciałabym to wiedzieć.
- Monika, wyglądasz wspaniale. Z bólem, ale muszę to przyznać. Jak po operacji plastycznej. Co ja mówię, lepiej! Marzena do ciebie się nie umywa. Co on ci zrobił?
- On? On zmienił całe moje życie - zaśpiewała Monika. - Całe. Wszystko. Zrobił ze mnie inną kobietę.
- To widzę. I to wszystko przez jeden dzień? - dopytywała Kasia
- Nie przez jeden. Cztery dni był ze mną. Byliśmy razem - poprawiła się. - Cztery! Wspaniałe! Cudowne! Niezapomniane dni! Kasiu, jestem zakochana, odurzona, otumaniona i taka szczęśliwa, że słów mi brak, żeby to wypowiedzieć.
- Widzę, widzę, zwariowałaś. I dobrze. Sama ci radziłam, żebyś się zakochała. Ale co on na to?
- On? Kocha mnie do szaleństwa. Jestem jego boginią, bóstwem, życiem i natchnieniem.
- Monika, opanuj się! Ikar też chciał dotknąć słońca. Powiedziałaś mu? Monika, powiedziałaś mu?
Z Moniki w jednej chwili uszło powietrze. Oklapła jak przekłuty balon. Osunęła się wzdłuż ściany i usiadła na podłodze.
- Ty to jesteś - wyszeptała. - Zawsze umiesz człowiekowi humor poprawić. Dlaczego?
- Twoją przyjaciółką jestem. Powiedziałaś mu?
- Nie - Monika schowała głowę między kolana. - Chciałam! Kilka razy chciałam. Nie było okazji.
- Nie było czy zabrakło ci odwagi? Monika, upadek jest tym boleśniejszy, im wyżej się wniesiesz. Uważaj, igrasz z ogniem.
- Wiem Kasiu, wiem. Ale co mogę na to poradzić?
- Nie wiem, co możesz, a czego nie. Wstawaj. Usiądźmy i opowiadaj od początku.
Monika z niechęcią wstała. Już w pokoju próbowała się otrząsnąć.
- Napijesz się czegoś? - spytała Kasia.
- Jasne. Ty domyślam się też.
- Na trzeźwo to chyba tego nie rozbierzemy.
- Chyba nie - zgodziła się Monika. - A jak ten twój Włoch?
- Nie zmieniaj tematu. Mój Włoch jak wszyscy przed nim. Miły, sympatyczny, żonaty. Znajomość bez zobowiązań, ale też bez wzlotów do nieba i bolesnych upadków. Nie mój Włoch jest tu tematem rozmowy.
- Szkoda - westchnęła Monika. - Mój Iwo to też nie najlepszy temat.
- Nie najlepszy? Kiedy patrzę na ciebie, przypomina mi się sentencja wygłaszana przez jedną z moich starych ciotek. Patrząc na kolejnych mężczyzn pojawiających się w rodzinie zwykła mowić: 'Kiedyś bywali mężczyźni, co to i jęczmień na oku samą swoją obecnością mogli zwalczyć, gdzież tacy jak tamci dzisiaj? '
- Stara panna pewnie? - domyśliła się Monika
- Wdowa. Wdowa wciąż wspominająca swego męża, niedościgły ideał.
- Chyba ją rozumiem - szepnęła Monika. - Mój Iwo to też niedościgły ideał.
- OOOOOhhhhhhooooooo! To aż tak?
- Kasiu, nie ironizuj. Nie znasz go.
- Mam nadzieje, że poznam. Zaczyna mnie interesować. Nawet bardzo mocno interesować. Czym on ci tak, do cholery, zawrócił w głowie? - Kasia nalewała koniak do kieliszków kręcąc z niedowierzaniem głową. - Ty, zawsze taka poukładana, akuratna, teraz zachowujesz się jak zakochana nastolatka.
- Bo ja jestem nastolatką! - zawołała Monika. - Przeszłości nie ma, nie liczy się. Wróciłam do punktu wyjścia. Odzyskałam mężczyznę mojego życia.
- Czekaj, spokojnie! Nie ekscytuj się tak - Kasia przestraszona nie na żarty próbowała uspokoić przyjaciółkę. - Kiedy on wyjechał? - spytała
- Tydzień temu, ale wróci. Jesteśmy w stałym kontakcie. Pisze, mailuje, dzwoni. Kasiu! Świat jest piękny! Taka jestem szczęśliwa!
Kasia patrzyła Monice prosto w oczy. Z dezaprobatą kręciła głowa.
- Wiem! - wybuchnęła Monika. - Wiem, świnia jestem! Perfidna baba. Oszustka. Nie mam pewności, czy on nie zjawił się tutaj targany wyrzutami sumienia o nie swoje dziecko. Nie wiem, co będzie, jak się dowie prawdy. Mam nadzieję, że się nie dowie - dokończyła cicho.
- To jak ty to chcesz rozegrać? - zainteresowała się Kasia.
- Nie wiem - Monika bezradnie spojrzała na przyjaciółkę. - Nie wiem. Mam nadzieję, że nigdy się nie dowie - powtórzyła.
- Nadzieję możesz mieć, to nie jest zabronione. Ale fakty... Będzie tu przyjeżdżał. Nieuniknione zatem, że spotka się z Maćkiem. Jak ty to chcesz ukryć?
- Ukryję - Monika była zdeterminowana. - Ukryję. Zobacz - ożywiła się raptem - uzgodniliśmy, że nie będziemy Maćkowi rujnować życia, a Maciek jest przekonany, że Jan jest jego ojcem. Jan - skoro do tej pory tego nie zrobił - nie zaprzeczy. Tylko Jan wie, że prawdziwym ojcem Maćka jest Krzysiu. Krzysiu nic o tym nie wie i się nie dowie. Iwo... Iwo jest przekonany, że to on jest ojcem mojego syna, ale na pewno nigdy o tym nie wspomni głośno. Poza tym wyjedziemy. Będziemy mieszkać gdzieś daleko. Niewykluczone, że będziemy podróżować. Do spotkań rodzinnych nie będzie znów tak wiele okazji. Takich rzeczy nie mówi się przez telefon. Więc... Więc jakoś to się wszystko poukłada.
- Jakoś? - Kasia podniosła brwi w górę w niemym geście dezaprobaty. - I chcesz budować swoją przyszłość na zasadzie 'jakoś to będzie'?
- A ty? Co ty byś zrobiła na moim miejscu?! - krzyknęła Monika. - No, powiedz! Co ty byś zrobiła?
- Szczerze?
- Tak, szczerze, pani Damokles. Specjalistko od błyskawicznego rozwiązywania problemów. Rach-ciach przetnij ten węzeł tak, jak tylko ty to potrafisz. No, co byś zrobiła na moim miejscu?
- Nie wiem.
- Czego nie wiesz?
- Nie wiem, co bym zrobiła na twoim miejscu.
- A widzisz! - Monika ukryła twarz w dłoniach. - A widzisz!
Siedziały obie zamyślone.
- Do diabła, może masz rację. Jakoś to musi być - odezwała się w końcu Kasia.
- Musi - zgodziła się Monika. - W przyszłą sobotę ślub Maćka - zmieniła temat.
- Wiem, już do mnie dzwonił - podchwyciła temat Kasia. - Nie wiem, czy wiesz, że jestem zaproszona na kolację.
- Którą ja zrobię na ich przyjazd - dokończyła Monika. - Pojutrze.
- Właśnie zastanawiam się co młodym kupić w prezencie. Od ciebie dostali kompletnie umeblowane mieszkanie, czyli talerze, garnki i pościel odpadają.
- Dlaczego?
- Pościel kupię może.
- Na pewno się ucieszą.
- Może. Masz jakiś pomysł co do koloru? Nie chciałabym narzucać im swoich gustów. Wiesz coś o tej swojej- za-chwilę synowej?
- Niewiele. A kolor... - Monika wyraźnie się ożywiła ucieszona zmianą tematu. - Maciek mówi, że ona uwielbia żółte tulipany. Wszyscy się śmieją jak jej nosi snopy tych kwiatów bo żółty przecież oznacza zdradę.
- Żółte tulipany mówisz... Ooo, to by nawet pasowało. Meble po ciotce w ciemnych brązach, żółta, jedwabna pościel będzie się ładnie komponować - przyznała Kasia.
- No widzisz, do jakiś konstruktywnych wniosków jednak dochodzimy.
- Dobra, to ja obstawiam pościel - Kasia podniosła kieliszek w górę. - Może dorzucę jeszcze to tego ręczniki do łazienki.

15. Spotkanie przyjaciółek

- Kasiu, jak długo możesz poczekać na zwrot długu?
- Nie zawracaj sobie tym głowy - nonszalancko powiedziała Kasia. - Oddasz jak będziesz miała.
- Bo ja chciałabym, zamiast prezentu, dać im trochę pieniędzy - wyznała Monika. - Wiesz, zanim Maciek zacznie zarabiać... A ona teraz do pracy nie pójdzie. Dziecko urodzi się już za parę miesięcy, gdzieś w okolicy świąt Bożego Narodzenia. Jednym słowem, będą potrzebowali pieniędzy i to sporo. Z tego, co wiem, z tej Anglii oprócz wspomnień niczego więcej nie przywiozą. Jej rodzice finansują wesele, do którego dokłada się Jan. Dziadkowie... znasz ich przecież. To wspaniali ludzie, ale można ich posądzać o wszystko, tylko nie o zakamuflowane oszczędności. Moja była teściowa zawsze miała tak zwaną lekką rękę do pieniędzy, a teść to typowy naukowiec, któremu rzeczy przyziemne zawsze były obce.
- Nie tłumacz się, wszystko się poukłada. Mnie naprawdę te pieniądze teraz nie są potrzebne.
- Biorę kredyt, ale dopiero za jakieś dwa miesiące. Wiesz, muszę w banku pokazać zaświadczenie o zarobkach, a kontrakt mam dopiero o września.
- Nie bierz kredytu.
- Wezmę. Chcę pooddawać wszystkie długi do końca roku, a kredyt spłacę z bieżących dochodów. Tak będzie lepiej. Mam już kilku nowych, prywatnych uczniów od października. Zresztą, teraz kończę tłumaczenie tej książki. Siedzę po nocach, żeby zdążyć przed wrześniem. Wezmę się do roboty - roześmiała się. - Będę zajęta od rana do wieczora, nawet nie zauważę upływu czasu.
- A jak się zjawi ten twój niedościgły ideał?
- Niech się zjawi jak najszybciej - zawołała Monika. - Dla niego zawsze znajdę czas.
- Tryskasz energią jak wulkan.
- Żebyś wiedziała. Mam po co żyć. Dla kogo. Wiesz, Kasiu, przez te wszystkie lata, kiedy myślałam czasem o Iwo, tłumaczyłam sobie, że tamta przygoda... no, wiesz. Zakochałam się, bo byłam młoda, głupia, niedoświadczona, a on mi zaimponował. Takie młodzieńcze zauroczenie. Ale teraz wiem, że to było prawdziwe uczucie. Po latach wszystko jest takie jak wtedy. Jakby czas się zatrzymał albo cofnął. On czuje tak samo. Dobraliśmy się jak te dwie przysłowiowe połówki jabłka. Z nikim i nigdy nie byłam taka szczęśliwa jak z nim.
Kasia nic nie odpowiedziała i Monika, żeby przerwać nagłą ciszę, znów zmieniła temat.
- A to mieszkanie to miałaś rację - strasznie małe.
- O, już ci nie wystarcza?
- Mnie tak, ale jak tu jest Iwo, to wydaje się mikroskopijne. Jak dla lalek. On je zupełnie przytłacza swoją obecnością.
- Widzę, że on nie tylko mieszkanie przytłacza... Dobra, dobra nie będę silić się na złośliwości. Niech go poznam w końcu, sama ocenię.
- Poznasz - obiecała Monika. - Poznasz i przyznasz mi rację, tego jestem pewna.
- Co to za książki? - zainteresowała się Kasia.
- O żeglarstwie. Zaczynam się dokształcać. Nie śmiej się. Masz, przeczytaj też - wręczyła jej książkę. - To o takim małżeństwie z Anglii. Zarażeni bakcylem żeglarstwa sprzedali farmę i kupili jacht. Zapakowali trójkę dzieci na pokład i udali się w wymarzoną podróż życia. To relacja z ich pierwszych trzech lat podroży.
- Pierwszych trzech? Życie na kilku metrach kwadratowych niestabilnej powierzchni z trojgiem dzieci? To powinno znajdować się w dziale horrorów.
- Nie śmiej się. Przeczytaj i wtedy pogadamy. Ludzie z pasją. Jakie to piękne móc zrealizować swoje największe marzenie - rozmarzyła się Monika
- Może i jest ktoś, kto o tym marzy - Kasia była sceptyczna. - Do mnie takie morskie przygody nie przemawiają. Byłaś kiedyś na jachcie? - spytała Monikę
- Nie, nigdy.
- No widzisz, to nie wiesz, o czym mówisz. To wspaniale wygląda, jak się obserwuje z brzegu. A jeszcze lepiej z tarasu jakiegoś ekskluzywnego hotelu. Ja byłam - Kasia wzdrygnęła się na samo wspomnienie. - Zaprosił mnie kiedyś taki jeden - imię jego niech będzie zapomniane. Najpierw było nawet przyjemnie. Słoneczko świeciło, pokład delikatnie się kołysał, szampan smakował wybornie. Ale w nocy wyleciałam z koi, bo zaczęło wiać. Nie żaden tam „perfect storm”. Po prostu wiało i morze huśtało mocniej. Chciałam napić się kawy - mowy nie ma. Wszystko, co nieprzymocowane, zaczęło fruwać. Kubek z jakimś płynem dostałam, ale napić się z niego nie było możliwości. W końcu zaczęłam wymiotować. Choroba morska... I tak trwało do momentu, kiedy zawinęliśmy do portu. Nie zapomnę chwili, w której stanęłam na stałym lądzie. Miałam ochotę całować ziemię a raczej beton na nabrzeżu. Nie, mnie nikt nigdy nie namówi na podobną eskapadę. A tu, mówisz, trzy lata na morzu z rodziną? I nie pozabijali się?
- Nie - śmiała się Monika. - Jedynie najstarsza córka gdzieś po drodze wyszła za mąż i opuściła pokład.
- Nie dziwię się jej. Ja też miałam ochotę opuścicić pokład za wszelką cenę. Cena małżeństwa z kimkolwiek nie wydaje się być ceną zbyt wygórowaną za możliwość stąpania po równym, stałym gruncie.
- Widzę, że żeglarstwo do ciebie nie przemówi
- Na pewno nie. Poza tym, wiesz, ile jest miejsca do życia na takim jachcie? Klaustrofobii można się nabawić, o guzach na rożnych częściach ciała nie mówiąc. To jak dom dla lalek, zaprojektowany przez architekta o sadystycznych skłonnościach.
- Przesadzasz.
Spróbuj, sama się przekonasz. Nie wszystkie marzenia koniecznie trzeba zaraz realizować -przestrzegała. - Większość takich zamierzeń kończy się kosmicznym rozczarowaniem. Ja, gdybym nie dała się namówić na tę wyprawę, pewnie do dzisiaj z sympatią patrzyłabym na białe żagle, majaczące gdzieś w oddali. Może nawet powiesiłabym sobie w domu jakiś landszafcik marynistyczny? A tak, na widok żaglowca na spienionych falach od razu dostaję mdłości.
- To może ta przemówiłaby do ciebie? - śmiała się Monika, podsuwając inną książkę. - To bardzo romantyczna historia. Poznali się na plaży. W Niemczech. Pokochali i postanowili ukryć swoją miłość przed zawistnym światem. Kupili jacht i wypłynęli w rejs, gdzie oczy poniosą. Po drodze robili przerwy na zarabianie pieniędzy na dalsze etapy podroży. Po czterech latach takiej włóczęgi ona zaszła w ciążę. Byli akurat gdzieś niedaleko Wysp Polinezyjskich i tam postanowili doczekać narodzin potomka. Dziecko urodziło się zdrowe, ale oni tak zakochali się w spokoju i urodzie wysp, że dopiero groźba kary za nieposyłanie dziecka do szkoły zmusiła ich do powrotu do cywilizacji. Teraz wiodą życie przykładnych obywateli Republiki Niemiec, ale marzą tylko o tym, że kiedy ich syn się usamodzielni, wrócą na swoje ukochane wyspy i do włóczęgowskiego trybu życia. Na łonie nieskażonej cywilizacją przyrody jak pierwotni ludzie.
- Cóż - skwitowała Kasia - różne są dewiacje ludzkie. Ja tam zdecydowanie wolę trochę komfortu na gruncie, który nie wymyka mi się spod nóg. I takie historie cię teraz pasjonują? - pytała, pociągając spory łyk koniaku. - No tak ogólnie, dobrze wiedzieć. Czy ty przypadkiem nie zaczynasz się dopasowywać do tego swojego ideału? Najpierw zaczniesz się ubierać tak jak on lubi, potem zaczniesz dzielić jego marzenia, następnie przejmiesz jego poglądy za własne. Doczekam się, że na pytanie, jaka pogoda, odpowiesz: „Iwo mówi, że mamy ładny dzień”.
- Nie wygłupiaj się.
- Ja? To ty zaczynasz się ogłupiać. Uważaj, będę cię ostrzegać przed utratą resztek zdrowego rozsądku.
- Ostrzegaj - zgodziła się Monika potulnie. - Ostrzegaj.
- Zrobię co w mojej mocy, tylko nie wiem, czy to na coś się zda. Zdaje się, że niewiele do ciebie dociera.
- No coś ty, wyciągasz zbyt pochopne wnioski - nadąsała się Monika
- Ooooo, pochopne! On był tu tylko cztery dni. A co będzie z tobą jak przyjedzie na pięć?
- Kaśka, nie wygłupiaj się, tak źle ze mną to jeszcze nie jest.
- Mam nadzieję - mruknęła Kasia.
Rozdział VII
Monika rzeczywiście sprawiała wrażenie osoby, dla której przenieść góry w inne miejsce to nic trudnego. Rzuciła się w wir pracy z zapałem, jakby od tego zależało jej dalsze życie.
Książkę przetłumaczyła w rekordowym czasie. Kursanci byli zachwyceni pasją, z jaką starała się przybliżyć im tajniki języka francuskiego. Uczniowie prywatni wychodzili od niej dobrze po północy a ona jeszcze znajdywała czas na spacery, wizyty u syna i Kasi. Zabiegana, wcale nie sprawiała wrażenia zmęczonej. Kasia nie mogła się nadziwić. Dotychczas Monika była osobą, która trzy razy musiała się zastanowić zanim podjęła jakąkolwiek decyzję. Teraz nie sprawiało jej to żadnych trudności. Stale w biegu, z telefonem komórkowym przy uchu, roześmiana, pełna energii, ubrana z niedbałą elegancją, ale nie zaniedbana. Nawet na wizyty w solarium potrafiła wygospodarować czas.
- Jak ty to robisz? - nie mogła nadziwić się Kasia. - Patrzę na ciebie i niedowierzam. Zupełnie jakbym poznawała nową osobę.
- Maciek też tak mówi - śmiała się Monika. - A mnie ubyło lat, przybyło werwy i sama widzisz jakie tego efekty.
- Czy ty w ogóle sypiasz? - dopytywała przyjaciółka
- Oczywiście i muszę cię zmartwić - sypiam doskonale. Wstaję o szóstej rano...
Kasia jęknęła rozdzierająco. - Chyba żartujesz? Powiedz, że żartujesz.
- Jestem wyjątkowo poważna, o żartach mowy nie ma. O szóstej rano pobudka.
- A spać chodzisz o której?
- Różnie, zwykle po północy.
- Dziewczyno, wykończysz się, tak nie można...
- Można, a nawet trzeba. Czy ty wiesz, że my - ludzie, ogólnie mówiąc - przesypiamy większą część życia?I po co? Dlaczego? To nie ma sensu i szkoda czasu. Żyć trzeba intensywnie. Mieć pasje. Czegoś chcieć. Dość zmarnowałam czasu na rzeczy nieistotne. To się więcej nie powtórzy. Nie żyjemy po to, aby spać i jeść. Jemy i śpimy po to, żeby żyć.
- Jakie ty książki czytasz?! - zawołała Kasia. - Jakieś zwariowane amerykańskie poradniki pod tytułem: „Jak być szczęśliwą i osiągnąć sukces”?
- Wcale nie czytam takich rzeczy. Sama doszłam do tych odkrywczych, rewelacyjnych wniosków.
Kasia kręciła z niedowierzaniem głową. - Sama, myślałby kto! Ten twój, jak mu tam, namieszał ci w głowie.
- Nie Kasiu, Iwo tylko sprawił, że zrozumiałam, co jest ważne.
Kasia kiwała głowa w niemym proteście.
- A tak w ogóle to muszę ci powiedzieć, że wyjeżdżam w drugi dzień świąt.
- Do niego? - domyśliła się Kasia. - A on, co? Nie może tutaj? Czasu nie ma czy mu nie po drodze?
- Może i po drodze, ale postanowiliśmy sylwestra spędzić w Paryżu. Czy znasz bardziej romantyczne miejsce?
- Kilka nawet - odparowała Kasia. - I to takich gdzie kochanek zjeżdża stęskniony a nie ty lecisz tam gdzie on cię zawoła.
- Przesadzasz - nadąsała się Monika. - Tak uzgodniliśmy.
- Już to widzę. „Moniczko, przyjedź tutaj, bo ja tu będę dwa dni”. Tak wyglądało to uzgodnienie?
- Mniej więcej, ale nie masz racji. Iwo wie, że święta chcę spędzić z dziećmi tym bardziej, że będzie ich już troje.
- Dobra, dobra, kiedy twoja synowa ma rodzić? - Kasia przerwała przyjaciółce.
- Lada dzień. Termin jest na dwudziestego grudnia, ale sama wiesz... W tych sprawach nic tak na pewno przewidzieć nie można.
- On tu miał być w listopadzie? - Kasia znów wróciła do osoby Iwo.
- Miał ale...
- Tak, tak, domyślam się, ważne sprawy zatrzymały go gdzieś w świecie.
- Monika, czy ty czasem nie podejrzewasz tego, co ja?
- Nie wiem, co ty podejrzewasz.
- Wiesz, dobrze wiesz. Ten cały twój Iwo przywykł do tego, że ma jedno miejsce, gdzie ktoś na niego czeka.
- Każdy musi mieć takie miejsce.
- Przedtem to była jego żona i dzieci. Gdy ich zabrakło - kontynuowała niezrażona Kasia - jesteś ty.
- To chyba fajnie, że ma, do kogo napisać, zadzwonić, komuś kupić prezent.
- Ja się pytam, czy on nadaje się do codziennego życia. Tydzień to siedem dni, sześć powszednich i jedna niedziela.
- Nie poznaję cię Kaśka, zgryźliwa się robisz.
- Może. Może się po prostu starzeję. Nie każdy ma takie szczęście, że jego zegar chodzi do tyłu. Rozumiem, że dla ciebie czas się cofa, a dla mnie biegnie do przodu. Przestajemy się rozumieć.

16. Antoś

Kasia wstała szykując się do wyjścia.
- No coś ty, nie obrażaj się. Boże, przepraszam, jeśli cię czymś uraziłam. Nie pokłócimy się chyba? - Monika patrzyła błagalnie na przyjaciółkę.
- Na ciebie nie mogę się obrazić. Ty jesteś chora. On ci coś zadał. Uroki odczynić by trzeba czy co? Sama już nie wiem.
- Kasiu, ja po raz pierwszy od lat jestem naprawdę szczęśliwa. Nie interesują mnie zagadnienia z cyklu, co wypada, co nie. Ja nigdy nie czułam się lepiej.
- Dobra, skoro tak... bądź szczęśliwa.
- Kasiu, a ty, jakie masz plany na świąteczno-noworoczny okres? Bo jak nie...
- Nie, nie, mną to ty się już zajmuj. Nie staraj się mnie uszczęśliwić. Nie czuj się winna, że ja sama zostaję. Tak nie jest. Święta, właściwie tylko jeden dzień, spędzę z moją jedyną pozostałą przy życiu ciotką. Już jej to obiecałam. A sylwestra w Krakowie. Przyjedzie ten mój Włoch, spędzimy razem trzy dni. On przyjedzie tutaj, nie ja do niego.
- Aluzję pojęłam - roześmiała się Monika.
- Chociaż tyle.
- Ale Wigilię spędzisz ze mną? - zapytała Monika
- To znaczy z tobą, Maćkiem Anią i nowo narodzonym? Nie, dzięki.
- Ty jak zwykle.
- Jak zwykle nie uznaję łzawych tradycji. Pierwszy dzień świąt to już nadto.
- Ja uwielbiam święta. Wiesz, co spędźmy Wigilię razem. Ja do Maćków pójdę po południu. Potem możemy świętować tutaj. Co ty na to?
- Nie zostaniesz z dziećmi nacieszyć się wnukiem?
- Nie, to ich pierwsze wspólne święta, niech się sobą nacieszą.
- Tak może być - przytaknęła Kasia. - Sklep zamykam dopiero o piątej po południu. U ciebie mogę być gdzieś około ósmej. A może raz ja wydam świąteczną kolację?
- Nie, tradycyjnie ja się tym zajmuję.
- Nie będę się upierać. Karpia w galarecie twojej produkcji zjem bardzo chętnie.
- To jesteśmy umówione.
- Monika, mam tu coś dla twojego wnuka pod choinkę. Kupiłam, bo nie mogłam się oprzeć. Daj im to w moim imieniu, jak już się urodzi..
Na dźwięk telefonu Kasia wstała zdecydowanie. - To pewnie ten twój ideał. Idę, nie będę wysłuchiwać twoich westchnień.
- Czekaj - Monika złapała ją za rękę. - To Maciek. Ania rodzi. Podrzucisz mnie po drodze do szpitala?
- Ubieraj się. Ale przecież dzisiaj jest dopiero piątego grudnia.
- Może to fałszywy alarm, ale Maciek jest tak spanikowany... Zresztą w tych sprawach nigdy nie wiadomo na pewno.
Rozdział VIII
Monika z dumą i przejęciem kąpała po raz pierwszy swojego wnuka. Bo jednak urodził się wnuk. Synowa stała obok sprężona jak do skoku. Gotowa w każdej chwili rzucić się na ratunek swojemu dziecku.
- Aniu, spokojnie, wiem, co robię. O, i Antoś też wie. Widzisz, jak się błogo uśmiecha? No już, malutki. Dzisiaj babcia cię kąpie, a od jutra twoi rodzice się tobą zajmą.
- Mamo, ale Ania jest taka słaba a ja...
- A ty akurat nie.
- Ale ja się boję.
- Czego? - Monika zawijała małego wprawnie w pieluchy. - Potrzymaj - delikatnie podała mu syna. - Widzisz, bardzo dobrze - pochwaliła. - Teraz daj go Ani. Trzeba Antosia nakarmić.
Oboje obserwowali, jak mały łapczywie zaczął ssać pierś. Monika pogłaskała syna po policzku.
- Nie do wiary - powiedziała. - Ty jesteś ojcem. Musisz być silny. I Ania, i Antoś teraz cię bardzo potrzebują.
- Ale ja nie wiem, co robię - zaprotestował Maciek.
- Dowiesz się. Spokojnie, wszystkiego się dowiesz. Po pierwsze trzeba dbać o Anię. Ja teraz pójdę do kuchni. Ania zajmie się małym, a ja Anią. Musisz jeść - pogroziła synowej palcem. - Zrobię ci potrawkę z kurczaka z ryżem - wyszła, uśmiechając się do siebie.
Mieszała w garnku, kiedy zadzwoniła jej komórka.
- Iwo, tak się cieszę, że to ty.
- Dzwoniłem już wcześniej, ale nikt nie odbierał. Zajęta? - dopytywał.
- Nawet bardzo. Wiesz, Ania urodziła ślicznego chłopaczka i ja wykazuję się w temacie idealna babcia.
- Mamy wnuka?! - wykrzyknął Iwo. - To wspaniale. Jaki jest? Duży? Opowiadaj.
- Pięćdziesiąt cztery centymetry mierzy sobie ten młody człowiek. Waży tyle, co trzy torebki cukru, czyli razem trzy kilogramy.
Ma bardzo mądre spojrzenie i dużo dystansu do otaczającego go świata
- śmiała się Monika.
- Z tatą rozmawiasz? - spytał Maciek, wchodząc do kuchni. - Uważaj, kipi!
Monika złapała pokrywkę garnka. Maciek wyjął jej telefon z ręki i radośnie zawołał: - Tato! Tego się nie da opisać! Musisz sam zobaczyć wnuka. Podobny do ciebie. Tak samo jak ty marszczy nos, jak jest z czegoś niezadowolony.
Pokrywka z hukiem upadła na ziemię.
- Oddaj! - Monika wyrwała synowi telefon. - To mój znajomy, nie Jan.
- Przepraszam, nie wiedziałem, byłem przekonany....
- Nic się nie stało. Halo! - zawołała, ale w słuchawce panowała cisza.
Po chwili dopiero usłyszała cichy głos Iwo. - Wiesz, jak on tak radośnie krzyknął „tato”, to zabrakło mi tchu. Niesamowite wrażenie. Tato - powtórzył. - Monika, jesteś tam?
Teraz jej zabrakło głosu. - Iwo, zatelefonuję do ciebie później. Przepraszam - wyłączyła telefon.
- Kto to był? - dopytywał Maciek. - Przepraszam, ale byłem przekonany, że rozmawiasz z tatą. Wydawało mi się, że powiedziałaś „nasz wnuk”.
- Wydawało ci się. Nie, to mój znajomy. Później ci wszystko wyjaśnię - straciła humor.
- Zrobiłem coś nie tak? - dopytywał syn. - Przepraszam za to nieporozumienie.
- Nie twoja wina. Nie masz za co przepraszać.
- A swoją drogą, kto to jest? Nic nie mówiłaś, że ktoś pojawił się w twoim życiu.
- To dawny znajomy.
- Jak dawny? - nie ustępował Maciek.
- Znałam go, zanim poznałam Jana. Nie widzieliśmy się ponad dwadzieścia pięć lat i jakiś czas temu mnie odwiedził.
- Czy to coś w rodzaju „stara miłość nigdy nie rdzewieje”? Brzmi jak z romansu dla kucharek.
- Nie śmiej się i nie obrażaj kucharek, bo sam będziesz gotował - zagroziła. - Teraz zmiataj mi stąd. Porozmawiamy później.
- Z nim później, ze mną później - mruczał pod nosem Maciek wychodząc z kuchni. - Mamo - wystawił głowę zza drzwi - to wspaniale, że kogoś masz.
Ania zasnęła razem z małym.
- Mogę? - zapytał Maciek, zaglądając do kuchni.
- Wchodź - zachęciła. - Ja już właściwie kończę. Podzielę na porcje zupę, potrawkę. Twoim zadaniem będzie tylko odgrzać. Masz wszystko dla Antosia? - pytała. - Nie chcę, żebyś biegał po aptekach, zostawiając ich samych.
- Mamo, mamy wszystkiego dla tuzina dzieci. Rodzina Ani, tata, ty, dziadkowie - nanieśliście wszystkiego tyle, że nie wiem gdzie upychać te dary. Moglibyśmy go przebierać co kwadrans, tyle ma ciuszków. Ania mnie martwi, że taka słaba.
- Nie martw się, daj jej spać tyle, ile będzie chciała. Ma dobrze się odżywiać i za parę dni wróci do formy. Tak to bywa - westchnęła. - Całe szczęście, że Antoś spokojny. Tylko je i śpi.
- I się uśmiecha, kawalarz mały - wpadł jej w słowo Maciek. - Mamo, a ta stara miłość to, kto?
- Odnowiliśmy znajomość - powiedziała z namysłem. - A co dalej, zobaczymy.
- Tata miał rację.
- W czym? - spytała.
- Jak cię zobaczył na naszym ślubie, powiedział, że musisz kogoś mieć, bo wyglądasz rewelacyjnie.
- Tak powiedział?
- Dokładnie.
- No cóż, może to i prawda.
- Poznam go? - zainteresował się Maciek.
- Poznasz, ale jeszcze nie teraz. Jadę do niego na sylwestra - powiedziała.
- Oooo! Można wiedzieć, dokąd?
- Do Paryża, na kilka dni.
- Fiu... Facet z klasą! - zawołał Maciek. - Wie, jak zauroczyć kobietę. Do Paryża! Romantyk jakiś. A może mieszka w Paryżu?
- Nie.
- No to romantyk - zawyrokował. - Która kobieta oprze się pokusie spędzenia kilku nocy w Paryżu?
- Maciek, ty się lepiej zajmij swoją Anią. O mnie pogadamy potem. Ona teraz potrzebuje...
- Wiem mamo, wiem. Zrobię, co tylko w mojej mocy. Kocham ją i naszego syna.
- Czasem sama miłość nie wystarcza.
- Ale ja wiem, co mam robić - Maciek się prawie obraził.
- Jestem pewna, że wiesz - roześmiała się Monika. - Pójdę już.
- Odprowadzę cię, nie będziesz sama chodzić po nocy.
- Daj spokój, synuś. Z przyjemnością się przejdę. Ucałuj ich ode mnie, jak się obudzą.
W drzwiach zderzyła się z byłym mężem i jego aktualną żoną.
- Zmiana warty - zażartowała. - Ja wychodzę, a wy wchodzicie. Śliczny ten nasz pierwszy wnuczek.
- Nie zostaniesz, choć na chwilę? - zapytał Jan.
- Nie, mam jeszcze mnóstwo zajęć. Dobranoc.
Szła wolno przez rynek, rozmyślając o swoim życiu. Ania z Maćkiem wyglądali na bardzo szczęśliwych. Były mąż też. A ona? „Jak ja z tego wybrnę? - zastanawiała się kolejny raz. - Musi się jakoś to wszystko ułożyć - szła coraz szybciej - musi. Iwo nie może się dowiedzieć, że go oszukałam. A jak się dowie? '
Z piskiem opon zatrzymała się taksówka.
- Pani Moniko, niebezpiecznie tak samej spacerować po nocy, podwiozę.
- Bardzo chętnie, panie Witku. Z nieba mi pan spadł.
Nie słuchała, co mówił do niej taksówkarz pogrążona we własnych myślach.
Nie mogła spać tej nocy.
Rozdział IX
Wyjeżdżając do Paryża była już zdecydowana. Powie Iwo o swoim oszustwie, ale dopiero po sylwestrze. Przed samym wyjazdem. 'Jeśli mnie naprawdę kocha - przekonywała samą siebie - to mi wybaczy. A jeśli nie? Trudno, nie będę go oszukiwać w nieskończoność'.
Iwo czekał z bukietem kwiatów. Na dworze,, jak na zamówienie, padał śnieg. Jadąc z nim do hotelu chłonęła widok miasta. Była w Paryżu tylko raz, dawno temu. Później obiecywała sobie wiele razy wrócić tu na dłużej, ale nigdy nie było okazji.
- Pokażę ci Paryż, jakiego nie zapomnisz do końca życia. Uwielbiam to miasto - mówił Iwo. - Jego atmosferę, urok, czar. Kraków jest piękny, ale inaczej. To miasto łączy w sobie w magiczny sposób przeszłość z teraźniejszością. Ludzie są inni niż w Krakowie. Zresztą, sama zobaczysz. Zaczynamy już od dzisiejszego wieczora. Masz coś przeciwko temu?
- Nie.
- Świetnie. Mamy pokój w hotelu, jak ze starych filmów. Znam właścicieli. Zatrzymuję się u nich zawsze, kiedy tylko tu jestem.
- Ty wszystkich znasz - nie chciała żeby to zabrzmiało jak wyrzut.
- Zazdrosna? - roześmiał się.
- No wiesz...
- Wiem. Znam mnóstwo ludzi, to prawda - wyjaśniał. - Lubię ludzi, już ci to kiedyś tłumaczyłem. Naprawdę obchodzą mnie ich problemy. I ludzie to wyczuwają. Poza tym, dobrze mieć przyjaciół. Gdziekolwiek się znajdziesz, nie czujesz się obco. Nie zniósłbym sytuacji, w której nie miałbym, do kogo zatelefonować.
- Prawdę mówiąc i ja nie wyobrażam sobie takiej sytuacji. A u ciebie to nie do pomyślenia. Ty nawet na bezludnej wyspie już po dwóch minutach oswoiłbyś kamień na plaży.
- Traktuję to jako komplement - śmiał się Iwo.
- Ja przez całe życie zdobyłam bardzo ograniczone grono znajomych, a przyjaciółkę mam jedną - Kasię, w głosie Moniki słychać było nutkę żalu.
- Za to tutaj, w Paryżu, zrobisz furorę. Poznasz więcej ludzi przez te klika dni niż możesz sobie wyobrazić.
Iwo miał rację. Doskonały francuski Moniki wzbudził powszechny podziw. Od właścicieli hotelu dostała butelkę szampana i kwiaty.
Wzruszona Nicole ściskała ją serdecznie mówiąc: - Co za czasy! My tu częściej mówimy po angielsku niż po francusku. Okropne, wierz mi. Ale nawet Iwo, którego ubóstwiam, nie mówi po francusku. A już, kto, jak kto, ale on powinien. Twój francuski jest doskonały. To tak miło móc wyrazić swoje uczucia w ojczystym języku. Monika, zawsze będziesz tu naszym najmilszym naszym gościem.
- Teraz ja będę zazdrosny - śmiał się Iwo. - Mówiłem ci, że zrobisz tutaj furorę.

17. Przestroga

Słowa Iwo sprawdzały się każdego dnia. Francuzi prześcigali się w komplementowaniu jej urody i wdzięku. W torebce miała już imponującą kolekcję wizytówek. Iwo promieniał z dumy.
- Pokazywać się z tobą to czysta przyjemność - szeptał jej do ucha. - Widok tylu pożądających cię mężczyzn sprawia, że czuję się jak król świata. Spośród tylu mężczyzn wybrałaś właśnie mnie.
- A nie boisz się, że te dusery zawrócą mi w głowie?
- Chcesz zapytać czy nie boję się, że rzucisz mnie dla innego? - zapytał, że śmiechem. - Boję, się. Oczywiście, że się boję.
Spojrzała na niego spod oka. Była zła. Wiedziała, że tego nie bał się wcale. „Jaki on zarozumiały - pomyślała. - Wie, że nie zamieniłabym go na żadnego innego”.
Dzień przed wyjazdem siedzieli w uroczym bistro. Monika nie miała humoru. Iwo był przekonany, że to z powodu ich jutrzejszego rozstania.
- Monika, nie bądź smutna - prosił. - Tak lubię, jak się uśmiechasz. Nie rozstajemy się przecież na długo.
- Wiem - powiedziała - wiem. Tylko jest coś, co chciałabym ci powiedzieć.
- Ja też. Wiesz, co? Porozmawiajmy sobie na spacerze. Tu stale nam ktoś przeszkadza. Zapraszam cię na romantyczny spacer po Paryżu nocą.
- To dobry pomysł - uśmiechnęła się. - Chodźmy na spacer.
Szli przytuleni. Żadne z nich przez długą chwilę nic nie mówiło. Wreszcie Monika wzięła głęboki oddech i zaczęła: - Chcę z tobą porozmawiać o Maćku.
- Właśnie - wpadł jej w słowo. - Widzę, że oboje chcemy porozmawiać na ten sam temat. Wiesz, myślałem o tym każdego dnia i doszedłem do wniosku, że jest za wcześnie mówić mu prawdę. Nie teraz. Zrozumiałem, że skrzywdzilibyśmy zbyt wielu ludzi. Jego, twojego byłego męża, dziadków. Zbyt wielu ludzi - powtórzył. - Nie mam prawa domagać się, żeby raptem zaczął do mnie mówić „tato”. On ma ojca. W tej sytuacji tylko twój były mąż miałby prawo powiedzieć mu prawdę. Myślę, że odłożymy to na jakiś czas. Teraz chciałbym, żeby mnie tylko poznał bliżej. Jako twojego przyjaciela i żeby zaakceptował i polubił. I może kiedyś łatwiej będzie mu to wszystko wytłumaczyć. Poza tym boję się. Zwyczajnie się boję, że on mógłby mnie znienawidzić. Ja już raz przegrałem swoją rodzinę. Żonę, dla której byłem wygodnym parawanem, dostarczycielem środków do luksusowego życia, dekoracją na sporadyczne wspólne wyjścia. Dzieci, z którymi mnie tak niewiele łączy. Owszem, mówią do mnie tato. Z grzeczności, a trochę może z wdzięczności za te wszystkie prezenty, jakie im dałem. Ale oprócz prezentów - nic. Żadne więzi uczuciowej, żadnych wspólnych przeżyć. Nawet fotografii wspólnych nie mamy zbyt wiele. Tak, nie potrafiłem być ani mężem, ani ojcem. A może nie chciałem? Może było mi tak wygodniej? Teraz zaczynam rozumieć, że ominęło mnie zbyt dużo ważnych rzeczy. Nie można mieć wszystkiego. Podroży po świecie i rodziny. Coś trzeba wybrać. Chciałbym, żeby z Maćkiem było inaczej. Chcę zasłużyć sobie na jego szacunek. Dlatego myślę, że zgodzisz się ze mną. A może to chciałaś mi właśnie powiedzieć, że lepiej na razie nie wtajemniczać go w naszą zawiłą - i co tu kryć - niezbyt chlubną przeszłość? - zatrzymał się i spojrzał jej w oczy. - Powiedz coś - poprosił.
Miała ochotę dotrzymać danego sobie słowa, ale... zabrakło jej odwagi.
- Masz rację - powiedziała, unikając jego wzroku. - Ja też uważam, że nie należy mu nic mówić. Kiedyś... pewnego dnia tak, ale nie teraz.
- Czy jak przyjadę do ciebie to poznasz nas? - spytał
- Tak, oczywiście, zresztą mówiłam mu już o tobie.
- Taaak?
- Powiedziałam, że jesteś moim dawnym znajomym, z którym spotkałam się ponownie po wielu latach. Teraz zaprzyjaźniamy się na nowo.
- Ładnie to ujęłaś - roześmiał się. - Zaprzyjaźniamy się, fakt. I poznajemy na nowo.
- Właśnie. Kiedy przyjedziesz? - zadała pytanie, by zmienić temat. Była zła na siebie, że jednak mu nie powiedziała prawdy.
- Już tęsknisz za mną?
- Wcale! - prawie krzyknęła. - Wcale za tobą nie tęsknię.
- A ja tak - powiedział poważnie. - Tęsknię za tobą cały czas. Nie znoszę, jak mi znikasz choć na sekundę z pola widzenia. Przyjadę najszybciej, jak tylko będę mógł. I pamiętaj, Monika. Żadnych nowych kontraktów, uczniów i zobowiązań. Od wakacji będziemy już stale razem. Ja pozałatwiam swoje sprawy. Dość pływania, włóczenia się po świecie. Jeśli - to tylko z tobą. Zaczniemy osiadłe życie na lądzie we dwoje. Hiszpania jest piękna, na pewno ci się spodoba - kontynuował, snując plany na przyszłość. - Na pewno polubisz mojego wspólnika i jego rodzinę. To wspaniali ludzie. Do Krakowa będziemy wpadali zawsze, kiedy tylko do niego zatęsknisz. Ciekaw jestem - zastanowił się chwilę - czy połkniesz bakcyla żeglarstwa.
- Jeszcze nie osiedliśmy na lądzie a ty już planujesz podróże?
- Nie, chce cię tylko przekonać do pływania dla przyjemności.
- Może się przekonam - powiedziała. - Dla mnie to będzie zupełnie nowe doznanie.
- Ze mną będziesz miała same nowe, bardzo intensywne doznania - zapewnił.
- Tego mogę być pewna, nudne to nasze życie z pewnością nie będzie.
- Wolałabyś nudę? - zapytał przekornie. - Nie wiem, co bym wolała. To wszystko dzieje się tak szybko. Przecież my się tak naprawdę wcale nie znamy.
- Monika, to nie problem. Będziemy się poznawać. Stale i wciąż odkrywać nawzajem swoje zalety i wady. To będzie bardzo interesujące życie - przytulił ją mocniej do siebie. - Pospacerujemy jeszcze czy wracamy do hotelu?
- Wracajmy - zdecydowała. - Rano musimy wstać dość wcześnie.
Rozdział X
Rozpakowywała walizkę, kiedy ktoś zaczął dobijać się do drzwi.
- Kaśka! Tak się cieszę, że cię widzę. Chodź, mam tu coś dla ciebie. Prosto z Paryża - mówiła, wręczając jej pakunek.
- Pamiętałaś o przyjaciółce? - śmiała się Kasia. - Czyżby Iwo aż tak cię znudził, że spędziłaś czas na zakupach?
- On mnie nigdy nie znudzi - powiedziała Monika z rozmarzoną miną. - To taki facet do wszystkiego. A jeśli chodzi o zakupy to te w jego obecności są tylko przyjemnością. Podoba ci się? - upewniała się Monika.
Kasia przymierzała podarowany jej szal przed lustrem. - Cudo, naprawdę, cudo. Opowiadaj, jak było w Paryżu.
- Cuuuuudownie! - wykrzyknęła Monika. - Wspaniale! Rewelacyjnie! W ciągu tych kilku dni poznałam więcej ludzi niż tutaj przez ostatnie lata. Och, jak to dobrze czasem wyruszyć z domu. Nowe miejsca, nowi ludzie. Człowiek sam poznaje siebie na nowo.
- Odkryłaś swoją nową osobowość? - śmiała się Kasia.
- Odkryłam. Ty podróżujesz co chwilę, to zdążyłaś się przyzwyczaić, Kasiu. A ja... Czuję, że staję się nową osobą. Wiesz, poznałam bardzo interesującą postać. Zobacz - wręczyła Kasi wizytówkę. - To właściciel wydawnictwa. Współpracuje z naszymi. Wiesz, tłumaczenie książek z francuskiego na polski i odwrotnie. Mam się z nim skontaktować. Gdyby udało mi się nawiązać z nimi współpracę... - rozmarzyła się - mogłabym zarabiać na tłumaczeniach.
- Byłabym wolna, mogłabym podróżować. Taką pracę mogłabym wykonywać wszędzie. Nie byłabym przywiązana do miejsca. Lap top do torby i już. Czy to nie świetna perspektywa?
- Rewelacyjna - Kasia umiarkowanie podzielała jej entuzjazm. - A zamierzasz podróżować?
- Zamierzam.
- Można wiedzieć, gdzie?
- Słuchaj, jest taki plan. Do wakacji ja tutaj pozamykam wszystkie swoje zobowiązania. Koniec z korepetycjami i kursami. Zamieszkamy w Hiszpanii. Na razie - zastrzegła. - Później zdecydujemy, co dalej.
- Taka mniej więcej improwizacja? Jakoś to będzie?
- Kaśka!!! Iwo ma firmę. Zobowiązania. Dobra. Dobra, wiem, co chcesz powiedzieć - uprzedziła komentarz przyjaciółki. - Poznasz go, zmienisz zdanie. A do Hiszpanii przeprowadzę się bardzo chętnie. Tam jeszcze nie mieszkałam.
- No i to jest argument, który do mnie przemawia - roześmiała się Kaśka.
- A widzisz - z satysfakcją powiedziała Monika.
- A Maciek? - zapytała Kasia.
- Jeszcze nic nie wie.
- Pytam o...
- Wiem, o co pytasz. Nie, nie przyznałam się do kłamstwa. Kasia, nie mogłam. Nie teraz. Sprawę Maćka odłożyliśmy na później.
Kasia bacznie przyglądała się przyjaciółce. Wzięła do ręki fotografię Iwo.
- Fajny facet. Przystojny, opalony, czarujący.
- Kaśka, ty go nie lubisz - Monika wyjęła jej z ręki fotografię.
- Nie wiem, czy go lubię, czy nie. Jeszcze go nie poznałam. Przypomina mi zbyt mojego męża numer dwa - zamyśliła się.
- Taki podobny?
- Nie z urody nie, ale z twojego opisu - pasuje jak ulał. - Też był przystojny, czarujący, rozchwytywany w każdym towarzystwie. Znał wszystkich i wszyscy jego. Pięć lat trwało, zanim zrozumiałam, że jestem dla niego dekoracją. Tłem, na którym on błyszczał jeszcze mocniej. Zrozumiałam, że stałam się jego cieniem. Ubierałam się tak, jak on mi doradzał. Czesałam się u fryzjera pod jego dyktando. Znajomych też wybierał mi on. Wygłaszałam poglądy, którymi on wcześniej mnie nafaszerował. Jednym słowem byłam nikim.
- Między nami jest zupełnie inaczej - zaprotestowała Monika.
- Między wami jeszcze nic nie ma. Wszystko dopiero się zaczyna, ale już widzę, że kroczysz tą samą drogą, co ja kiedyś.
- Kaśka, proszę...
- OK, więcej już nie skomentuję niczego -obiecała Kasia. - Zresztą przyszłam tu żeby zabrać cię na kolację. Założę się, że pewnie nic nie masz w lodówce.
- Nic - przyznała Monika. - Ale zawsze możemy coś zamówić.
- Nic nie będziemy zamawiać. U mnie czeka powitalna kolacja. Nie wykręcaj się, że jesteś zmęczona. Daję ci pół godziny na prysznic i tym podobne rzeczy... Poczytam sobie w tym czasie.
- Kasia, zobacz, walizki mam nierozpakowane...
- Daj spokój. To wszystko może poczekać. Przemeblowałam dom, nie poznasz go - zachęcała. - No, koniec dyskusji. Do łazienki, ale już! Zanim tak starannie przeze mnie przygotowane dania diabli wezmą.
Monika posłusznie poszła się przebrać.
- Ja też mam niespodziankę. Prawdę mówiąc nie jedną tylko kilka - mówiła Kasia, kiedy już usadowiły się przy stole. - Po pierwsze rozwijam firmę. Mój Włoch postanowił zostać moim wspólnikiem. Otwieramy trzy sklepy. Jeden w stolicy, jeden w Gdańsku i jeden we Wrocławiu. Jak to wypali, zaczniemy budować sieć. Rozszerzamy asortyment. Nie tylko ciuchy, ale buty, torebki, paski.
- To pewnie potrzebujesz pieniędzy - zmartwiła się Monika. - Wezmę ten kredyt.
- Nie musisz - uspokoiła ją Kasia. - Tak jak powiedziałam: oddasz, jak będziesz miała. To nie koniec zmian. Giovanni postanowił się rozwieść i wszystko wskazuje na to, że zostanie niedługo moim mężem numer pięć.
- Kasiu, a to niespodzianka. Czekaj, nic nie mówiłaś...
- Mówię, właśnie mówię. Nie, nie tak szybko. Nie pobiegniemy jutro do ołtarza. Najpierw on się musi rozwieść, potem firmę trzeba rozkręcić, a potem przeanalizować z prawnikami, który wariant spółki będzie dla nas najdogodniejszy. Formalnie zalegalizujemy nasz związek kiedyś tam. Teraz po prostu zamieszkamy razem.
- To stąd te zmiany - Monika z uznaniem rozglądała się po domu.
- Stąd. Uzgodniliśmy, że skoro zaczynamy nowe życie trzeba wymazać ślady przeszłości. Ja zmieniłam całkowicie wystrój swojego domu, a Giovanni pracuje właśnie nad urządzeniem domu w Rzymie. Będziemy mieszkać trochę tu, trochę tam. To taki test - zwierzyła się przyjaciółce. - Każde z nas urządza dom pod katem upodobań drugiej osoby. Jak nam się uda odgadnąć nasze gusty będzie to dobry znak na przyszłość.
- Ty niczego nie robisz konwencjonalnie - roześmiała się Monika. - Mam rozumieć, że on jeszcze nie widział twojego gniazdka? Nie, na czas sylwestra - bo tu jeszcze nie wszystko skończone - zamieszkaliśmy w hotelu.
- Nieskończone? - zapytała Monika.
- Po kolacji wyjaśnię ci, co jeszcze planuję. Wiesz, detale nadają ostateczny kształt projektowi. Charakter. A ja mam właśnie kłopoty z niektórymi z nich i potrzebuję twojej rady.
- Pochlebiasz mi, od aranżacji wnętrz to ty zawsze byłaś niekwestionowaną mistrzynią.
- E tam, zaraz mistrzynią! Przesadzasz. Ty masz dobre pomysły. Ale nie komplementujmy się nawzajem. Wypijmy po koniaczku i coś ci pokażę.
Omawianie szczegółów zajęło im czas prawie do rana.
W taksówce prawie zasypiała. Była szczęśliwa, że nie tylko ona zaczyna nowe życie.

18. Wypadek

Rozdział XI
Monika wracała z zajęć klnąc pod nosem swój pomysł włożenia botków na obcasie. Rano, kiedy wychodziła z domu, na ulicach leżał świeży śnieg. W południe słoneczko stopiło go prawie doszczętnie a teraz, późnym popołudniem ta roztopiona, nie wszędzie uprzątnięta dokładnie breja zamarzała. Chodnik przypominał tor przeszkód.
- Reprezentacyjna ulica - klęła pod nosem - a nie ma kto uprzątnąć chodnika!
Z trudem utrzymała równowagę, kiedy poślizgnęła się na lodzie. No, gdyby tu szła staruszka, już pewnie leżałaby ze złamaną ręką lub nogą.
- Niech to szlag! - krzyknęła, machając rękami i z impetem usiadła na oblodzonym chodniku przed elegancką restauracją.
- Nic się pani nie stało? - z restauracji wybiegł mężczyzna i nachylił się nad nią.
- Nie wiem, chyba nic. Tylko ręka mnie boli.
- Proszę pozwolić sobie pomóc - ostrożnie pomagał jej się podnieść.
- Gdzie boli? - zapytał troskliwie, kiedy syknęła z bólu.
- Noga, noga boli mnie bardziej.
W drzwiach restauracji pojawili się inni ludzie.
Mężczyzna z niepokojem patrzył na Monikę. - Zaraz zadzwonią po pogotowie, może pani iść? - spytał.
Monika próbowała zrobić krok, ale ból w lewej stopie nie pozwał jej na to.
Nie namyślając się wiele, mężczyzna wziął ja na ręce i zaniósł do środka.
- Ależ, nie... - próbowała protestować. - Ja sama, zaraz.
Nic nie mówiąc, mężczyzna wniósł ją do biura na zapleczu lokalu. Rozpiął jej futerko,
- Może wody? - zaproponował, łapiąc słuchawkę telefoniczną i wybierając numer pogotowia.
W drzwiach pojawił się kelner. - Czy mogę w czymś pomóc?
- Przynieś pani wody i dwa koniaczki. Napije się pani, prawda? Pogotowie już jedzie.
Lekarz obejrzał rękę. - Stłuczenie -zawyrokował. - Niegroźne, ale bolesne. Ten koniaczek w sam raz jako lek przeciwbólowy. Ale noga chyba złamana. Zabierzemy panią na prześwietlenie do szpitala.
- Tak mi przykro - sumitował się mężczyzna. - Jestem właścicielem tego lokalu. Dopiero co przyjechałem do pracy - usprawiedliwiał się. - Nie było mnie od rana i moi pracownicy nie dopilnowali odśnieżania. Pojadę z panią. Proszę się o nic nie martwić. Jan Zajmojski - przedstawił się.
W szpitalu, kiedy czekali na wynik prześwietlenia, zabawiał ją rozmową. Uspokajał i obiecywał pokryć wszystkie koszty leczenia.
- Mam nadzieje, że to nic groźnego - pocieszał. - Pracuje pani?
- Tak.
Nadszedł lekarz z kliszą w ręce.
- Pani Moniko, to tylko niegroźne pęknięcie. Za trzy tygodnie śladu nie będzie, ale musimy pani włożyć nogę w gips.
- O nie, ja musze chodzić! - zaprotestowała.
- Będzie pani chodzie. O kuli, ale jednak. A nogę unieruchomić trzeba.
- Czy szpital dysponuje tylko tradycyjnym gipsem? - zapytał Zamojski.
- Jesteśmy niedofinansowanym, publicznym szpitalem - roześmiał się lekarz.
- To w takim razie proszę poczekać - poprosił. - Mam znajomego chirurga, może on zaproponuje pani Monice coś bardziej nowoczesnego. Trzy tygodnie to bardzo długo.
Gdy wrócił po chwili, powiedział: - Pani Moniko, zawiozę panią do prywatnej kliniki. Dostanie pani lekki francuski opatrunek gipsowy, w którym będzie się pani czuła bardziej komfortowo.
Zamojski troskliwie opiekował się Moniką. Odwiózł ja do domu, pomógł wejść do mieszkania.
- Czy możemy porozmawiać? - spytał. - Jeśli pani zmęczona to może jutro.
- Nie, proszę wejść - zaprosiła do środka.
- Zrobię kawę - zaproponowała.
- O nie, ja zrobię. Pani ma odpoczywać.
- Naprawdę bardzo mi przykro - przepraszał po raz kolejny. - Chciałbym jakoś wynagrodzić pani ten przykry wypadek. Myślę, że dojdziemy do porozumienia i nie będziemy tracić czasu w sądach.
- To ostatnia rzecz, jakiej bym sobie życzyła - powiedziała szczerze.
- Ja też. To jesteśmy zgodni, że rzecz należy załatwić polubownie. Gdzie pani pracuje? -zapytał. - Sama pani tu mieszka?
Kiedy Monika wyjaśniła mu charakter swojej pracy, odetchnął z ulgą.
- Na kurs odwozić panią będzie codziennie taksówka. Ja za wszystko zapłacę - mówił. - To drobiazg. Noga nie boli?
- Już nie. Ręka trochę, ale ten koniaczek złagodził ból - roześmiała się.
- Dobrze, że nie traci pani poczucia humoru - zawtórował. - To może po jeszcze jednym znieczulającym koniaczku?
- Chyba trzeba będzie. Tam w barku coś pan znajdzie.
- Od jutra będzie pani miała pomoc domową. Przyślę pani jedną z moich kelnerek. Zrobi zakupy, posprząta, ugotuje... Tak, żeby pani nie musiała się męczyć - kontynuował. - I oczywiście, jestem gotów wypłacić pani odszkodowanie za szkody i niedogodności, jakie pani poniesie.
- Bardzo pan miły, ale skoro pokryje pan koszty moich dojazdów i pomocy domowej, to chyba w zupełności wystarczy. To pęknięcie jest niegroźne. Obaj lekarze tak mówili.
- Pani Moniko, jestem głęboko zobowiązany i doceniam pani wielkoduszność, ale nie mogę się z tym zgodzić. Wypadek wydarzył się pod drzwiami mojej restauracji i ja za to ponoszę odpowiedzialność. To moi ludzie zawinili, a teraz pani cierpi. Doskonale rozumiem, że to dezorganizuje pani życie i nie zamierzam unikać odpowiedzialności. Mam propozycję. Czy po pięć tysięcy za każdy tydzień usatysfakcjonuje panią?
- Pięć tysięcy? W zupełności - powiedziała bez namysłu.
- W takim razie jutro odwiedzi panią mój adwokat i przyniesie czek. O której mam pani przysłać pomoc?
- Może po południu? Zajęcia kończę jutro o siedemnastej.
- A właśnie, problem transportu. O której ma czekać na panią taksówka?
- Mam tutaj sąsiada taksówkarza. Umówię się z nim.
- Świetnie. Ma pani numer telefonu do niego? To ja zaraz z nim ureguluję sprawy finansowe. Będzie na każde pani wezwanie. Nie tylko na czas dojazdu do pracy, ale w każdej chwili. Nie musi pani spędzać trzech tygodni jako więzień w domu. Na pewno ma pani swoje zobowiązania towarzyskie.
- Bardzo pan uprzejmy - Monika była zaskoczona jego postawą.
- W tej sytuacji to mój obowiązek - powiedział z ukłonem. - Czy mogę w czymś jeszcze pomoc?
- Nie, dziękuje, wszystko w porządku.
Kiedy wyszedł, spojrzała na gustowny opatrunek na nodze i roześmiała się do siebie.
„Nieprawdopodobna historia, a facet jak nie z tego świata”.
Zadzwonił telefon. To był taksówkarz.
- Pani Moniko, właśnie skończyłem rozmawiać z niejakim Zamojskim. Od tej chwili jestem pani osobistym kierowcą dwadzieścia cztery godziny na dobę. Mam spełniać pani wszystkie polecenia - roześmiał się. - A pani ma dysponować mną według życzenia. Czekam na rozkazy.
- Panie Witku, dzisiaj ma pan wolne. Jutro o czternastej...
Nie dał jej dokończyć. - O czternastej będę pod pani drzwiami - zapewnił. - Pomogę zejść ze schodów. Gdyby chciała pani wcześniej, proszę dzwonić.
„Musiał mu dobrze zapłacić” - uśmiechnęła się do siebie Monika odkładając słuchawkę.
Telefon zadzwonił ponownie.
- Mówi Marysia, kelnerka z restauracji pana Zamojskiego - usłyszała. - O której życzy pani sobie żebym przyszła jutro?
- Właściwie... - Monika nie była pewna, czy sobie życzy obecności Marysi. - Właściwie nie jestem pewna, czy będę pani potrzebowała.
- Ależ oczywiście, że pani będzie. Rano czy po południu?
- Do domu wrócę po siedemnastej.
- Świetnie. Co życzy pani sobie na obiad? Mamy... - zaczęła recytować menu
- Zrazy z kaszą gryczaną? Brzmi nieźle
- I są naprawdę świetne. Więc zrazy. A co ze śniadaniem?
- Dziękuję, śniadanie jutro zrobię we własnym zakresie - Monika miała coraz lepszy humor.
- Jak pani sobie życzy. Będę z obiadem kwadrans po piątej. Ma pani coś do pisania pod ręką? Proszę zanotować mój numer telefonu i dzwonić, gdyby potrzebowała mnie pani wcześniej.
Telefon zadzwonił ponownie.
- A to kto, mój osobisty lokaj? - roześmiała się sama do siebie ubawiona sytuacją.
To była Kasia.
- Nie uwierzysz, co mnie dzisiaj spotkało! -zawołała Monika.
- We wszystko uwierzę. Mogę wpaść?
- Jasne. Stało się coś? - spytała zaniepokojona Monika
- Nie, nic się nie stało. Chcę ci pokazać nowy katalog butów.
- To wpadaj. Akurat kupiłam sobie nowy but.
- But? To teraz sprzedają pojedynczo?
- Jak komu. Wpadaj, nastawiam wodę na herbatę.
- Kawę zrób. Z nóg padam ze zmęczenia. Kawę i to mocną.
Monika sprawnie poruszała się po mieszkaniu. „E, nie tak znów strasznie, da się wytrzymać z tym gispsem” - myślała ustawiając filiżanki. Na dźwięk dzwonka do drzwi krzyknęła: - Chwileczkę, już idę!
Pokuśtykała do przedpokoju. W drzwiach stała Kasia, a za nią posłaniec.
- Z ochroną chodzisz? - spytała przyjaciółkę.
- To do ciebie ta ochrona - Kasia pokiwała głową. - Ukochany marynarz śle dary z dalekich krajów. Proszę - zwróciła się do posłańca - to pani Monika Kowalska.
Posłaniec wręczył kwiaty.
- A to gdzie postawić? - zapytał wskazując na okazały kosz.
- To? Tutaj chyba - wskazała ręką pokój.
Posłaniec ustawił kosz.
- Ma wyczucie - komentowała Kasia. - Kosz delikatesowy. Wiedział, że przychodzę?
- Intuicja - śmiała się Monika. - Tylko, że to chyba nie marynarz z dalekich krajów.
- To kto? Nowy adorator? Ty, co ty masz na nodze?
- But, mówiłam ci. Nowy, absolutnie wystrzałowy but. Takich nie masz w swojej kolekcji.
Kasia poręciła głową.
- No, tak myślałam. Jan Zamojski. Nadawca - rzuciła wyjaśniająco.
- Z hrabiami się zadajesz? Jan Zamojski to brzmi po hrabiowsku.
- Zaraz ci wyjaśnię tego Zamojskiego. Kawa już gotowa.
- Naleję - Kasia wstała uprzedzając Monikę. - Coś ty sobie zrobiła?
- To ten Zamojski. Czekaj, mamy tu same pyszności - Monika rozpakowywała kosz. - Do kawy akurat - podniosła butelkę koniaku. - O, jest i wino. Cytrusy, krakersy, czekoladki, francuski serek... Kasia, mamy kolację!
- Widzę.
- Jutro przyniosą obiad.
- Kto przyniesie?
- Służba. Mam służbę. Kierowcę, pokojówkę czyli domową pomoc i co tam jeszcze będę potrzebowała. Myślę o zamówieniu fryzjera i kosmetyczki.
- To ten Zamojski? W genach to ma. Całe ich generacje wysługiwały się służbą.
- Widać ma i teraz na mnie spłynie trochę luksusu za jego sprawą.
Kasia wyciągnęła się wygodnie na kanapie. - Opowiadaj, mam dość zagadek. Co to wszystko znaczy?
- Znasz to przysłowie - nie ma tego złego, z czego nie wyniknęłoby coś dobrego? No, to właśnie tak jest. Złamałam nogę, a teraz czerpię z tego wypadku profity.
Monika opowiedziała ze szczegółami wypadek, zachowanie Zamojskiego, propozycję odszkodowania.
- Facet zachował się elegancko, fakt - przytaknęła Kasia. - Ale dlaczego tylko pięć tysięcy za tydzień? Ja bym zażądała więcej. Trwały uszczerbek na zdrowiu, to raz. Psychiczny uraz - to dwa. Straty z powodu zwolnienia lekarskiego - to trzy. Wyliczała. Zamojski mówisz? Czekaj. Znam go. Taki przystojny, wysportowany czterdziestolatek. Restauracja na Piwnej. Już wiem. Odzyskał kamienicę niedawno. Majątek włożył w remont i tą knajpę. Ma śliczną żonę. Giovani ją zna. Była modelką. Raz byliśmy tam na obiedzie. Elegancko i drogo jak diabli. Zażądaj więcej - powiedziała stanowczo.
- Coś ty! Ja nic nie chciałam. Przecież w sumie to głupstwo, a skoro on zapłaci za moje dojazdy do pracy to chyba dość.
- Zwariowałaś?! W Ameryce dostałabyś miliony, a on zdaje się mieszkał tam długie lata.

19. Niespodziewana wizyta

- To pewnie dlatego tak się przejął. W Polsce nie tak łatwo o odszkodowanie, a już na pewno nie milionowe.
- Monika, dobry prawnik...
- Daj spokój, Kasiu. Nie chcę żadnego prawnika ani sądowych spraw. Uważam, że postąpił bardzo fair.
- Zamojski. Samo nazwisko zobowiązuje. Rób jak chcesz. Tylko pomyśl. Przyzwyczaisz się do luksusów i służby przez te parę tygodni, a potem co?
- Potem wrócę do rzeczywistości - roześmiała się Monika. - Jutro mam zrazy na obiad. Z kaszą gyczaną. Wpadnij, jeśli będziesz mogła.
- Nie wpadnę. Żałuję, ale już jestem umówiona. No, ale skoro on będzie cię karmił jeszcze jakiś czas, to na pewno kiedyś skorzystam z zaproszenia. Popatrz teraz na te buty - podsunęła jej katalog.
- Na pewno niczego nie potrzebujesz? - zaytała wychodząc późną nocą. - Jakby co, dzwoń o każdej porze.
- Dzięki, ale myślę, że Zamojski dotrzyma słowa i dam sobie radę.
Przed południem zatelefonował prawnik Zamojskiego. Przyszedł z bukietem róż i po kurtuazyjnej wymianie grzeczności przystąpił do załatwienia interesu.
- Pan Zamoyski proponuje pani pięć tysięcy odszkodowania za każdy tydzień. To znaczy, za trzy tygodnie, kiedy nosić będzie pani gips na nodze i za trzy następne, których będzie potrzebowała pani na rehabilitację. Razem trzydzieści tysięcy złotych. Płatne natychmiast. Poza tym na czas niedyspozycji, to znaczy za pierwsze trzy tygodnie pokrywa wszelkie koszty dodatkowe. Przejazdy taksówka, opiekę domową. Jeśli zaakceptuje pani jego propozycję, tu mam czek. A tutaj musi pani tylko podpisać, że nie będzie pani rościć żadnych więcej pretensji do mojego klienta. Pan Zamoyski - wyjaśnił - prywatnie mój przyjaciel, zachował się, moim zdaniem, bardzo elegancko. Ubolewa nad tym, co się stało i stara się wynagrodzić pani wszelkie niedogodności, jakich pani z tego powodu doświadczy. Pracownik, który nie dopatrzył swoich obowiązków, został zwolniony dziś rano - dodał.
Monika zastanowiła się chwilę. - Może zbyt pochopnie pan Zamoyski zwolnił tego kogoś? - rozważała głośno. - Teraz trudno o pracę. Nie chciałabym, żeby ktoś przeze mnie znalazł się w trudnej sytuacji.
- Pani troska jest godna pochwały. Porozmawiam z Janem na ten temat. Czy aprobuje pani naszą propozycję? - spytał
- Tak - złożyła podpis na dokumencie. - Ja też uważam, że pan Zamoyski zachował się bardzo elegancko i fair.
- Przekażę mu pani opinię. Jeszcze raz proszę przyjąć wyrazy ubolewania z powodu tego przykrego wypadku i nasze przeprosiny. Gdyby pani czegokolwiek potrzebowała proszę dzwonić do pana Zamoyskiego o każdej porze dnia i nocy. Nie zostawimy pani samej - obiecał ponownie.
Monika, pod troskliwą opieką pana Witka taksówkarza i Marysi, która codziennie zjawiała się z posiłkami, zakupami, nie pozwalając jej ruszyć ręką, czuła się w domu doskonale.
- Mieć służbę to naprawdę wygodne - zwierzała się synowi, który też proponował pomoc. - Moje mieszkanie przypomina kwiaciarnię, bo pan Zamoyski dba, żebym codziennie dostawała świeże kwiaty. Żyć nie umierać. Zastanawiam się nad złamaniem drugiej nogi.
- Masz jeszcze dwie kończyny górne - przypomniał syn. - Jakby co, służę swoimi własnymi. A tak poważnie, mamo, naprawdę nic nie mogę dla ciebie zrobić?
- Możesz, wpadnijcie na obiad w niedzielę. Stęskniłam się za małym.
- To może ty wpadnij do nas. Ania ugotuje coś pysznego. Po co masz sobie robić kłopot. O której po ciebie przyjechać? - pytał.
- Kierowca mnie do was przywiezie i odwiezie. Zapomniałeś, że dysponuję służbą?
- Cóż, nieprzyzwyczajony jestem do jaśnie pańskich manier, ale się poprawię. O czwartej może być?
- Świetnie. Będę o czwartej.
Rozdział XII
Taksówkarz podjechał, najbliżej jak tylko mógł pod drzwi wejściowe domu Moniki. Pomagając jej wysiąć, upominał: - Ostrożnie, proszę się oprzeć. ja tylko przeparkuję samochód i zaraz pomogę pani wejść po schodach.
- Ależ panie Witku - protestowała - sama mogę. Proszę nie robić ze mnie kompletnie niezaradnej staruszki.
- Pani Moniko, ten hrabia wyraźnie zaznaczył, że płaci mi nie tylko za wożenie pani, ale i opiekę. Proszę się nie ruszać - rzucił ostrzegawczo - dopóki nie wrócę. To potrwa chwilę.
Wrócił, trzymając w ręku pakunki, jakimi obdarowała ją synowa.
- Powoli, pani Moniko. Proszę się o mnie oprzeć.
- Lepiej niech się pan zajmie pakunkami, tę piękną damę zostawiając pod moją opieką -ktoś chwycił Monikę w ramiona. - Nie będziesz protestowała, mam nadzieję? - roześmiany Iwo tulił ją do siebie.
- Iwo, skąd ty tutaj?!
- Pan kapitan! - wtórował taksówkarz. - No to nic tu po mnie - dodał rozczarowanym głosem.
We troje stali pod drzwiami mieszkania. Monika szukała kluczy w torebce, a Iwo opowiadał, z jakimi przygodami jechał do niej na złamanie karku po tych okropnych polskich drogach.
Taksówkarz wniósł pakunki do przedpokoju i z wyraźnym żalem powiedział: - Nie będę już pani potrzebny w takim razie.
- Jak to nie? - zaprotestowała Monika. - Oczywiście, że pan będzie. Jesteśmy umówieni na jutro.
- No, ale pan kapitan....
- Pan kapitan jest tu gościem, a pana nic nie zwalnia z raz danego mi słowa.
- Ale ja tylko nie chciałem przeszkadzać - sumitował się.
- Panie Witku, nic się nie zmieniło. Jutro jedziemy do pracy - ucięła Monika.
Wyraźnie ucieszony kierowca z pogwizdywaniem zbiegi ze schodów.
- Bał się, że będzie musiał zwrócić pieniądze Zamoyskiemu - szepnęła Monika. - Tak się cieszę że jesteś! Ale jak? Skąd? Dlaczego?!
- Boże, ileż pytań - śmiał się Iwo. - Nie wystarczy ze jestem? Ale dobrze, zaspokoję twoją ciekawość, moja droga, jak tylko pozwolisz mi wejść.
Wciąż stali w przedpokoju.
- Ależ, oczywiście. Chodź, zrobię ci coś do jedzenia.
- Najpierw przyniosę swoją torbę podróżną -szepnął jej do ucha, pomagając zdjąć płaszcz.
Kiedy siedzieli już przy kominku, wyjaśnił: - Nie mogłem wcześniej, kochanie. Tak bardzo mi przykro. Przyjechałem najszybciej, jak to było możliwe. Spać nie mogłem z zazdrości, że ten jakiś tam hrabia się tobą zajmuje, a nie ja. Skąd ty masz tyle kwiatów? - pytał.
- Od hrabiego, pośredniego sprawcy mojego nieszczęścia.
- Bardzo się przejął, może za bardzo -spoważniał Iwo. - Bywa tutaj?
- Zazdrosny? - spytała kokieteryjnie.
- Oczywiście, że zazdrosny. Nie będę ukrywał swoich uczuć nawet tych, które mi nie przynoszą chluby. Ale, cholera, jestem zazdrosny i już.
- To bądź - przytuliła się do niego. - Bądź zazdrosny. Tak się cieszę, że jesteś.
- Na długo przyjechałeś? - spytała
- Na długo. Mam miesiąc czasu do twojej tylko dyspozycji. Chyba, że znudzisz się mną wcześniej i mnie wyrzucisz.
- Mówisz o tym z nadzieją, że tak będzie?
- Nie znasz się na żartach, moja śliczna. Ani ja się nie dam wyrzucić, ani tobie taka myśl w głowie nie powstanie. Do łóżka - przybrał surowy wyraz twarzy - ale już. O której mamy rano wstać? - zapytał.
- Ja około dziesiątej, a ty jak chcesz.
- Nie ma „jak chcesz” - zaprotestował. - O dziesiątej podam ci śniadanie do łóżka. Potem ty się zajmiesz swoimi sprawami, a ja ugotuję pyszny obiad. Jeszcze nie wszystkie moje zalety miałaś okazję poznać - śmiał się łobuzersko.
Następnego dnia Monika zatelefonowała do Marysi, żeby poinformować ją, iż nie będzie już potrzebna.
- Ale co się stało? Niezadowolona pani ze mnie? - dopytywała kelnerka.
- Nie, po prostu świetnie sobie radzę i naprawdę nie ma powodu, żeby pani tu przychodziła. Bardzo dziękuję za dotychczasową pani opiekę - zakończyła rozmowę.
Taksówkarz odwiózł ją na zajęcia. Iwo, zgodnie z obietnicą, postanowił zająć się obiadem.
Po południu miała dwie godziny prywatnych lekcji. Iwo w tym czasie czytał gazety w sypialni. Wieczorem, kiedy siedzieli na kanapie, zadzwonił dzwonek do drzwi. Iwo wstał, żeby otworzyć. W drzwiach stał Zamoyski. Iwo zaprosił go do środka.
- Pani Moniko, bałem się, że może niezadowolona jest pani z pracy Marysi i tylko dlatego ośmieliłem się przeszkodzić. Czyżby nasza kuchnia pani nie smakowała?
- To nie tak - wyjaśniła. - Naprawdę, opiece tej pani nie mogę nic zarzucić, kuchnia pańskiej restauracji jest doskonała, tylko... Widzi pan, mój przyjaciel postanowił zająć się mną osobiście.
- Widzę i nie dziwię się, że woli pani taką opiekę - śmiał się Zamoyski. - Uspokoiłem się - przyznał z ulgą. - Czuję się odpowiedzialny za panią, za ten niefortunny wypadek. Jeszcze raz proszę wybaczyć mi najście. A gdybyście państwo mieli ochotę odwiedzić mnie w restauracji, zawsze będziecie honorowymi gośćmi. Proszę - położył kartę na stole - to na wypadek, gdybym nie był obecny. To karta specjalnego klienta, nic nie będziecie państwo płacili. Życzę szybkiego powrotu do zdrowia.
- No, no, no, dobrze, że przyjechałem - komentował Iwo, wracając do pokoju. - Ten facet jest zbyt przystojny, zbyt opiekuńczy, zbyt miły, zbyt szarmancki. I znów przyniósł kwiaty - mruczał niezadowolony. - Muszę cię bardziej pilnować.
Monika nie zdążyła mu odpowiedzieć, kiedy dzwonek do drzwi zadźwięczał ponownie.
- Zapomniał czegoś? - skrzywił się Iwo otwierając drzwi.
Zaskoczona Kasia zamilkła, ale szybko odzyskała rezon. Domyśliła się kto zacz i najbardziej dystyngowanym tonem, na jaki mogła się zdobyć, powiedziała: - Domyślam się, że moja przyjaciółka wzbogaciła się o lokaja. Proszę zaanonsować moje przybycie. Na imię mam Katarzyna. Nie, nie jestem umówiona, ale Monika na pewno mnie przyjmie.
Iwo podchwycił grę i z kamienną twarzą zaanonsował: - Pani Katarzyna, jaśnie pani, czy mam wprowadzić do salonu?
- Kasia! - śmiała się Monika. - Chodź! No to już się poznaliście.
- Mam podać kawę czy herbatę? - dopytywał Iwo, sztywno się kłaniając.
- Kawę. I to mocną, prawdziwego szatana - zadysponowała Kasia. - Odrobina koniaku też może być. Miło mi pana wreszcie poznać.
- Mnie też. Chyba oboje znamy się dość dobrze ze słyszenia. W każdym razie ja panią znam.
- Proszę mi mówić po imieniu.
- Z przyjemnością. Monika opowiadała mi o tobie.
- A mnie o tobie. To formalności mamy za sobą. Boże, jaka skonana jestem! A wpadłam, żeby zobaczyć, czy czegoś nie potrzebujesz.
- Jak widzisz, mam wszystko, a nawet więcej - śmiała się Monika.
- Widzę - Kasia bacznie obserwowała Iwo. - Nic nie mówiłaś, że będziesz miała gościa.
- Bo nic nie wiedziałam. Iwo zrobił mi niespodziankę.
- Widzę - wtrącił się Iwo - że moja obecność wszystkim pokrzyżowała szyki. Przed chwilą był tu Zamoyski rozczarowany tym, że już jest zbędny.
- Ja nie jestem rozczarowana - zaprzeczyła Kasia. - Lepiej niech moja przyjaciółka ma zaufaną służbę niż taką z ulicy. Jakąś kelnerkę bez dostatecznych referencji.
- Dziękuję - Iwo wstał i skłonił się oficjalnie. -Dziękuję za zaufanie.
- Przecież ktoś musi się nią zajmować - niespeszona Kasia mówiła dalej. - A ty, jak widzę, masz dostateczne kwalifikacje.
Śmiali się wszyscy przerzucając się docinkami.
- Przeurocza ta twoja przyjaciółka - mówił Iwo kiedy już wyszła. - Ma świetne poczucie humoru i widać, że naprawdę martwi się o ciebie. Mnie poddała takiej próbie, że chwilami bałem się, iż jej nie sprostam. Chyba zdałem egzamin? - dopytywał. - Jak myślisz?
- Na pewno. Polubiła cię, tego jestem pewna. Znam ją, ona niczego nie udaje. Gdyby było inaczej, wiedziałbyś o tym od razu.
- Kamień z serca mi spadł - Iwo usiadł obok niej. - Rzeczywiście nie wygląda na osobę, która bawi się w wyrafinowane konwenanse.
- Nie. Kasia to typ osoby, co to co w sercu to na języku, ale to dusza dziewczyna.

20. Spotkanie

Dzwonek przy drzwiach zaterkotał ponownie.
- No nie - jęknął Iwo. - A teraz to kto?
- Pojęcia nie mam. Zwykle tu nie ma takiego ruchu.
Iwo podszedł do drzwi.
- Maciek, czy coś się stało? - Monika była zaniepokojona. - To Maciek, mój syn, a to Iwo Nowaczyński - przedstawiła ich sobie.
- Mamo, nie wiedziałem, że masz gościa. Zatelefonowałbym, przepraszam.
- Nie masz za co. Czy coś się stało?
- Nic, nie denerwuj się, tylko...
Iwo przyglądał mu się badawczo. Monice zrobiło się gorąco z wrażenia i przez chwilę nie mogła wydusić z siebie głosu. Co za spotkanie!
Maciek zorientował się, że coś jest nie tak. Wstał i przepraszając za najście, skierował się do drzwi.
Iwo opanował się pierwszy. - Panie Maćku, a właściwie - zawahał się sekundę - mogę ci mówić po imieniu?
- Oczywiście - Maciek uśmiechnął się do niego serdecznie. - Będzie mi bardzo miło.
- Więc, Maćku, ja sobie wyjdę, a ty porozmawiaj z mamą. Chyba masz coś ważnego, skoro zjawiłeś się tu o tej porze.
- Nie musi pan wychodzić, to żadna tajemnica. Bardzo się cieszę, że pana poznałem. Mama opowiadała mi trochę o panu. A ja wpadłem, bo Ania uparła się jechać do rodziców. Mam kilka dni wolnego, więc mógłbym z nią, ale pomyślałem sobie, że możesz mnie potrzebować - zwrócił się do matki - to przyjechałem ci powiedzieć że nie będzie mnie tylko jeden dzień. Zawiozę ich i wrócę, bo gdyby coś, to miałabyś mnie pod ręką.
- Chyba możesz spokojnie jechać z żoną -powiedział Iwo. -Ja wprosiłem się do mamy na trochę dłużej i zapewniam cię, że zaopiekuję się nią najlepiej, jak potrafię.
- Skoro tak - Maciek był wyraźnie ucieszony -to wspaniale. Jestem pewien, że zajmie się pan mamą lepiej niż ktokolwiek inny.
- Dzięki za zaufani. Ja też się cieszę, że mogę się przydać. Chociaż jedna osoba nie jest rozczarowana moją tutaj obecnością - powiedział do Moniki.
- A kto był? - zainteresował się Maciek.
- Hrabia Zamoyski - wyliczał Iwo -przyjaciółka mamy, Kasia, taksówkarz Witek...
- Ale skoro mama na rozczarowaną nie wygląda, to chyba nie ma się pan czym martwić - śmiał się Maciek.
- Myślisz, że nie jest rozczarowana? Monika, potwierdzisz? - nalegał Iwo.
Monika miała uczucie, że w gardle rośnie jej ogromna gula. Odchrząknęła raz i drugi chcąc coś powiedzieć.
- Przeziębiłaś się! - wykrzyknęli obaj jednocześnie.
- Nie, to nie to, po prostu czasem mama podrażnione struny głosowe. To wszystko - powiedziała wreszcie z wysiłkiem.
- Choroba nauczycieli - powiedział Maciek. -Ja też, jak się nagadam za dużo do moich studentów, mam chrypkę.
- Napijesz się z nami koniaczku? - zaproponował Iwo.
- Niestety, jestem samochodem, a ślisko jak diabli i bez koniaczku. Będę się zbierał. Naprawdę cieszę się, że pana poznałem.
- Poczekaj - Iwo wstrzymał go ruchem ręki. - Mam coś dla ciebie, a raczej dla twojego synka.
Zniknął w sypialni na chwilę.
- Proszę - powiedział, wręczając paczkę. - Jak mama była w Paryżu, tyle opowiadała mi o Antosiu, że nie mogłem się oprzeć, żeby mu czegoś nie kupić. Wiesz, ja całe życie byłem takim świętym Mikołajem dla bliskich, więc - jeśli chodzi o prezenty - niewielu może ze mną konkurować - dowcipkował Iwo. - Myślę, że małemu się spodoba. Cała przyjemność po mojej stronie - uciął próby podziękowań ze strony Maćka. - Jedź spokojnie, pozdrów żonę i uściśnij małemu piątkę, a mamą ja się zajmę - obiecywał odprowadzając go do drzwi.
Monika obserwowała ich, jak stali tak ramię w ramię i postanowiła, że jeszcze tego wieczoru przyzna się Iwo do kłamstwa. Co będzie to będzie.
Maciek już w drzwiach podniósł w górę rękę w geście aprobaty i konfidencjonalnym szeptem powiedział: - Mama, ja na twoim miejscu pomyślałbym serio o drugiej nodze. Przy takiej opiece warto ją poświęcić - i roześmiany zbiegł po schodach.
- Świetny chłopak - powiedział Iwo. Wychylił swój koniak jednym haustem. - Naprawdę świetny.
- Iwo, musimy porozmawiać - Monika była zdeterminowana. Postanowiła nie ukrywać dłużej swojej tajemnicy.
- Nie, nie dzisiaj - zaprotestował. -Rozmawialiśmy w Paryżu. Niech tak zostanie, jak jest. Zasłużyłem sobie na to.
- Ale ja muszę ci coś powiedzieć...
- Nic nie musisz - pocałował ja. - To wymaga czasu - dodał zamyślony. - No, pokonałem wszystkich - zmienił temat. - Pogoniłem konkurencję i tylko ja się będę tobą zajmował. Kocham cię, moja śliczna - pochylił się nad nią. - Naprawdę cię kocham.
Monice zabrakło odwagi do wyznania kłamstwa, które uwierało ją coraz mocniej.
„Jak mu to mam do cholery powiedzieć? No jak? - pytała samej siebie, stojąc w łazience przed lustrem. - Nie chcę go stracić. Nie mogę go stracić”.
W nocy słyszała, jak Iwo chodzi cicho po pokoju obok starając się jej nie zbudzić. Nie spała, ale nie chciała, żeby on o tym wiedział. Starała się wyobrazić sobie, co będzie, kiedy wreszcie przyzna się do kłamstwa.
Iwo nie spał, bo przeżywał spotkanie z Maćkiem, którego uważał za syna. Monika nie mogła dać sobie rady w wyrzutami sumienia. „Za daleko zabrnęłam. Trzeba było mu powiedzieć przy pierwszym spotkaniu. Teraz naprawdę nie wiem, co robić. Nie wiem - wtuliła twarz w poduszkę. - Przecież jak mu powiem teraz, po tym wszystkim, co między nami zaszło, to on mnie znienawidzi, a ja nie przeżyłabym, gdybym miała go stracić. Co robić? Liczyć na cud? '
Iwo cichutko wszedł do sypialni i wślizgnął się do łóżka. Przytuliła się do niego mocno.
Obudzili się w objęciach. Iwo przyglądał jej się z czułością.
Kiedy otworzyła oczy, zerwał się z łóżka.
- Dzisiaj nie pytam, co chcesz na śniadanie. Odgadnę twoje pragnienia - cmoknął ją w policzek. - Daję ci kwadrans, moja pani. Śniadanie zjesz w łóżku czy przy stole?
- Przy stole.
- Jak sobie życzysz.
- Skąd te świeże bułki? - zdziwiła się, kiedy wyszła z łazienki. - Niemożliwe, żebyś zdążył je kupić w piekarni.
- Dla mnie wszystko jest możliwe - roześmiał się. - Jedz - podsunął jej talerzyk z wędliną. - Mam swoje sposoby na wszystko. Dzisiaj nie masz żadnych uczniów wieczorem? - dopytywał.
- Nie.
- To doskonale, idziemy do teatru - wyjął z kieszeni bilety.
- Jak je zdobyłeś? I kiedy?
- Moja śliczna, dbam o ciebie. Nie tylko o to, żebyś była najedzona i wypoczęta. Coś dla ciała, coś dla ducha. Staram się zadowolić cię wszechstronnie. A za tydzień, kiedy zdejmiesz tę ozdobę z nogi, pójdziemy potańczyć. Będzie znakomita okazja, żeby to uczcić. No i połączymy przyjemne z pożytecznym. Będziesz przecież potrzebowała rehabilitacji, a co może być lepszego od tańca?
Rozdział XIII
Siedziały z Kasia wpatrzone w ogień na kominku. Monika raz po raz głośno wzdychała.
- Przeciąg robisz, zdenerwowała się Kasia. Stale tylko wdychasz i wzdychasz. Pojechał - wróci, staraj się nie uschnąć z tęsknoty za nim do tego czasu.
- Nie uschnę, roześmiała się Monika, ale wiesz... on jest niesamowity. Z nim każda chwila to jak święto. Niesamowicie oczytany, błyskotliwy, inteligentny, ma ogromne i bardzo wyrafinowane poczucie humoru.
- W łóżku namiętny kochanek - wpadła jej w słowo Kasia - na dodatek czyta w myślach i w ogóle jest nie z tej ziemi.
- A żebyś wiedziała! Takich mężczyzn jak Iwo nie ma na świecie.
- Jasne, tylko on jeden, niedościgniony ideał, wzór i marzenie kobiet na całym świecie. Monika, rozum straciłaś. Tak przecież kobiety mówią o swoich kochankach od wieków. Dla każdej ten jej jest tym jedynym bez skazy rycerzem. To powiedz mi skąd potem tyle rozczarowań?
- Z nim nie będzie żadnych rozczarowań.
- Zobaczymy - mruknęła Kasia.
- Nie będzie - Monika wstała z fotela. - Nie z nim. Spędziliśmy razem prawie miesiąc, wiem co mówię.
- Czasem i wspólnie zjedzona beczka soli nie wystarcza.
- Mnie wystarcza. Kasiu, ja znowu wiem że żyję. Że jestem kobietą. Atrakcyjną, kochaną kobietą mojego mężczyzny, który świata za mną nie widzi. Jestem szczęśliwa jak nigdy w życiu.
- Dla takich chwil warto żyć - zamyśliła się Kasia.
- Co prawda to prawda. Warto, teraz dopiero wiem, że żyję - Monika znów usiadła w fotelu. - Teraz wierzę, że warto czekać na tę swoją drugą połowę jabłka. Zobacz, kiedy już straciłam nadzieję, kiedy pogodziłam się z myślą, że resztę życia spędzę sama, że co najwyżej kochać będę swojego wnuka... Pojawił się Iwo. To niesamowite. Wiesz jak się czuje?
- Jak zakochana nastolatka - roześmiała się Kasia. - No i dobrze. Właściwie to ci zazdroszczę. Tak się zakochać bez pamięci! Pomijając już to, że zgłupiałaś całkowicie to musze z zawiścią przyznać, że to szaleństwo ci służy. Wyglądasz rewelacyjnie. Odmłodniałaś o dwadzieścia lat. Taka miłość to jednak lepsze niż lifting. I blizn na twarzy nie trzeba maskować i cierpieć na stole operacyjnym - dowcipkowała Kasia.
- A ty co? Też jesteś zakochana tylko to ukrywasz?
- Ze mną jest inaczej - Kasia spoważniała. - Owszem, lubię mojego Włocha. Może nawet bardziej niż lubię. Zgadzamy się w wielu sprawach, na wiele mamy takie same poglądy, lubimy z sobą przebywać, ale...
- Ale co?
- Każde z nas ma swoje życie, ja nie potrafiłabym chyba zakochać się tak bez pamięci jak ty. Ja... ja chyba jestem mniej emocjonalna od ciebie.
- Mnie też się kiedyś tak wydawało. Pamiętasz, jak opowiadałam ci o tym jak oszukałam Jana, żeby doprowadzić go do ołtarza? Przez lata robiłam wszystko z wyrachowaniem, rozważając na chłodno za i przeciw. Sterowałam swoimi uczuciami jak robot. Wydawało mi się, że panuję zawsze i nad wszystkim. Jedynym wyjątkiem był Iwo. I wtedy, dwadzieścia pięć lat temu, i teraz. Przy nim nie można niczego udawać.
- No to ci i zazdroszczę i gratuluje.
- Żeby tylko... - znów westchnęła Monika.
- Żeby co?
- Nic, nic... Nie mówmy o tym. Wiesz, Kasiu, to już postanowione. Wyprowadzam się do Hiszpanii.
- Kiedy?
- Na stałe - w lipcu. Muszę pokończyć tu wszystkie sprawy. Na szczęście długów już nie mam. Maciek ma swoją rodzinę. Właściwie nic mnie tu już nie trzyma, za wyjątkiem ciebie, oczywiście. Jednego będzie mi brakowało. Naszych rozmów. Tyle, że ty teraz też połowę czasu spędzasz we Włoszech - znów westchnęła Monika.
- Z Włoch do Hiszpanii bliżej. Mnie też będzie brakowało ciebie. Do kogo będę wpadać bez uprzedzenia, niezależnie od pory dnia czy nocy, żeby się wygadać?
- No właśnie. Dobrze, że chociaż mamy telefony i Internet. Tyle, że to nie to samo.
- Przestań - teraz Kaśka wstała z kanapy. - Przestań, bo się rozpłaczę. Dwie stare baby, które żyć bez siebie nie mogą. Daj spokój. A właśnie, że będę do ciebie wpadać bez uprzedzenia. Mam samochód - roześmiała się Kasia. - Chyba, że wypłyniesz gdzieś na ocean, to wtedy - twoja strata. Po wodzie ganiać za tobą nie będę. Na szczęście mój Giovani to też lądowe zwierze. Jachtu kupować nie zamierzamy.
- Tego się trochę boję - zwierzyła się Monika. - Ja nigdy tak naprawdę nie byłam na wodzie, a Iwo stale o tym marzy.
- No i co będzie?
- Nie wiem. Iwo powiedział....
- Ha, ha, ha! Mówiłam! - śmiała się Kasia jak szalona. - Mówiłam, że tak będzie. Iwo powiedział. Tak teraz będziesz zaczynać każde zdanie? Iwo powiedział. Iwo sądzi, Iwo mówi że...

21. Za przyszłość!

Monika śmiała się razem z nią.
- Iwo powiedział - kontynuowała - że da mi szansę. Weźmie mnie w parotygodniowy rejs po Morzu Śródziemnym i wtedy zadecydujemy. Jak polubię, wypływamy w rejs gdzieś na Wyspy Polinezyjskie. Bez planu, kalendarza, ustalonych dat. Jak nie polubię - trudno. Co najwyżej będziemy czasem pływać sobie wzdłuż wybrzeża.
- To znaczy, że już polubiłaś - dokuczała jej Kasia. - Widzę te książki napisane przez zwariowanych żeglarzy, podręcznik do hiszpańskiego. Skoro Iwo twierdzi, że to fajne...
- Kaśka, nic jeszcze nie jest ustalone, ale to wspaniale mieć marzenia. Poza tym, musiałabyś posłuchać, jak on opowiada o morzu. Kiedy go tak słucham, mam ochotę wypłynąć od razu. Straszny z niego romantyk, a wodę kocha bardziej niż mnie.
- I nie jesteś zazdrosna?
- O wodę? Jestem. Wiem, że to głupio brzmi, ale tak jest. Iwo bez widoku morza żyć nie może. Ale ta jego pasja to moja jedyna rywalka.
- Jesteś pewna, że jedyna?
- Kaśka - w głosie Moniki zabrzmiały ostrzegawcze tony. - Może Iwo w młodości nie był typem wiernym jednej kobiecie, ale teraz jest. Tego jestem pewna.
- Wiary w niego to można ci pozazdrościć. No cóż, tak trzymaj. A cóż teraz porabia ten twój niedościgniony ideał? - spytała Kasia
- Usycha z tęsknoty za mną i przygotowuje się na mój przyjazd. Lecę do niego na cztery dni w przyszłym tygodniu. Muszę zobaczyć, gdzie będę mieszkać.
- Na jachcie. Na jachcie będziesz mieszkać - mruknęła Kasia.
- A wiesz, że chyba mi się spodoba - Monika podniosła kieliszek do góry. - Nie ma tego złego.... Pamiętasz jak dokuczałaś mi, kiedy się tutaj przeprowadziłam, że mieszkam w domku dla lalek? „Na początek starczy - mówiłaś - potem znajdziesz sobie kogoś z dużą willą”. A ja tak krok po kroku. Przeczucie jakieś miałam czy co? Intuicja może. Z wielkiego mieszkania w kamienicy, do małego metrażu w pogomułkowskim bloku. Teraz na jacht. Nie odczuję chyba szoku z tego powodu? O metrażu mówię - stuknęła w kieliszek przyjaciółki.
- Nie mam pojęcia, jakie te jachty są w środku. Jak ci kupi coś w rodzaju jachtu niejakiego Onasisa - będziesz się czuła jak w willi, której ci życzyłam - wpadła jej w słowo Kasia. - Ale skoro nie dysponuje aż takimi zasobami finansowymi jak wspomniany Grek, to coś mi się wydaje, że to mieszkanie będziesz wspominała jako przestrzeń ogromną.
- Jak rzeczywiście wypłyniemy, to jednego mi nie zabraknie: bezkresnej przestrzeni.
- Tak, gdzie spojrzysz tam woda. Wodę widzę ogromną - Kasia znów wpadła w świetny humor. - Wodę widzę - śmiała się do łez. - Już widzę te rozpaczliwe emaile słane do mnie: Woda, woda, wszędzie woda... Kasiu, ja chcę na ląd'.
- Jeszcze mi pozazdrościsz - pogroziła jej Monika palcem. - Będę ci wysyłać kartki z podroży - zanuciła. - Bo wiesz, ja zamierzam prowadzić dziennik. Od pierwszego dnia. Jak pomyślę o tym, co będzie... Ja nawet nigdy nie marzyłam o takiej przygodzie. I w dodatku z Iwo. Kasiu, to jak jakiś sen. Uszczypnij mnie, może to rzeczywiście mi się śni?
- Tylko żeby przebudzenie nie było okrutne - szepnęła Kasia. - No to za twoje marzenia - powiedziała głośno, podnosząc kieliszek. - Z kim ja będę się upijać jak wyjedziesz?
- A z Giovannim nie możesz?
- Z nim? Nie. On tylko wino i to w dodatku najczęściej rozcieńczone. Nie, z nim wszystko, tylko nie alkoholowe imprezy. A właśnie skoro już jesteśmy przy tym temacie, a Iwo jak?
- Iwo? Pije jak smok. Lubi. Potrafi wlać w siebie morze i nie zdarzyło mi się widzieć go pijanego.
- Ideał! Nie ma to jak rodak - westchnęła Kasia. - Nie na darmo Wanda skakała do Wisły, bo nie chciała Niemca. Wiedziała dziewczyna co robi.
Śmiały się jak szalone.
- To co jeszcze po jednym? - spytała Monika.
- Nalej, za naszą przyszłość wypijemy. Pal diabli to co było, ważne to co jest i będzie.
- A Maciek co na to? - spytała Kasia.
- Maciek? Maciek sam zakochany życzy wszystkim szczęścia. Mnie też. Powiedział, że skoro jestem szczęśliwa, to oni z Ania życzą mi wszystkiego najlepszego. Będą tęsknić, ale świat w końcu zrobił się całkiem malutki i nieważne, czy będę w Hiszpanii, czy na Balearach zawsze możemy sobie złożyć wizytę. Ania dodała, że bardzo się cieszy, iż wyruszam w świat, bo ona zawsze marzyła o dalekich podróżach i ma nadzieję, że dzięki mnie choć trochę świata zobaczy.
- Ani akurat się nie dziwię. Teściowa daleko to dobra teściowa. W garnki nie zagląda, w życiu nie miesza. Ty, Monika, naprawdę masz szansę, być jedną z niewielu dobrych teściowych.
- No i sama widzisz. Mój wyjazd ma tylko dobre strony.
- Jak dla kogo. Ja tam wolałabym mieć cię tutaj. A co zrobisz z tym mieszkaniem?
- Nie wiem jeszcze. Chciałabym je zatrzymać. Wiesz, dobrze mieć jakieś miejsce, do którego zawsze można wrócić. Czynsz nie jest taki duży, a kto wie może na naprawdę stare lata wrócimy do Krakowa?
Monika powoli, ale systematycznie, likwidowała swoje sprawy. Uporała się z tłumaczeniami, kurs był skończony, ostatni uczniowie, jakich miała, nie zabierali jej dużo czasu. Codziennie poświęcała kilka godzin wnukowi.
- Chcę się nim nacieszyć zanim wyjadę - mówiła, zabierając go na spacer. - Antoś będzie jedynym mężczyzną, za którym będę tutaj tęsknić - dodawała, a mały odwzajemniał się uśmiechem.
Cieszyło ją, że ludzie brali ją za matkę dziecka. Z dumą informowała, iż jest babcią i cieszyła się z żywiołowych zapewnień, że nie wygląda na taką.
- Babcia? Niemożliwe, taka pani młoda! Żartuje pani, prawda?
Takie reakcje podnosiły ją na duchu. Z włosami w kitkę, w dżinsach i sportowych butach przemierzała Planty wzdłuż i wszerz, penetrując przy tym wszystkie sklepy po drodze. Kiedy Antoś spał, słuchała kaset z lekcjami hiszpańskiego. Przyswajała ten język w tempie, który ją samą zadziwiał.
'Może to ze względu na to, że podobny do francuskiego? „ - zastanawiała się czasem.
Kasia była odmiennego zdania. Twierdziła, iż stan głębokiego zakochania nie tylko korzystnie wpływa na jej wygląd, ale i na pracę szarych komórek.
- To coś takiego jak majaczenie w malignie - żartowała. - Jedni mówią, że człowiek po prostu majaczy, drudzy - że pod wpływem wysokiej temperatury umysł nasz staje się tak bardzo genialny, iż nie nadążamy przekazywać kłębiących się w nim idei. Widać pod wpływem stresu, jakim stan zakochania bez wątpienia jest - mądrzyła się z poważna miną - mózg funkcjonuje podobnie. Na najwyższych obrotach. Ja - na twoim miejscu - wykorzystałabym ten stan do nauki nie tylko hiszpańskiego, ale przynajmniej trzech innych języków. Idź za ciosem - radziła ze śmiechem przyjaciółce. - Bo to już może się więcej nie powtórzyć, jak temperatura uczuć opadnie.
- Dlaczego ma opaść? - denerwowała się Monika.
- Dobre pytanie, na które nikt nie zna odpowiedzi - ripostowała Kasia. - Ja z doświadczenia wiem, że po dniach świątecznych przychodzą powszednie. Nic nie trwa wiecznie.
- Ty lepiej nie filozofuj. Od każdej reguły są wyjątki.
- I ty jesteś tym wyjątkiem - z sarkazmem odpowiadała Kasia. - Nawet Antoś się z tego śmieje.
- Uśmiecha się, uśmiecha. Do mnie się uśmiecha - Monika zdenerwowała się nie na żarty.
- Boże, jaka ty się robisz pozbawiona poczucia humoru! Kiedy ten twój ideał był ostatnio? Bez niego, jak widzę, usychasz.
- Już niedługo - westchnęła Monika. - Jakieś trzy tygodnie i zaczynam nowe życie.
- Przyjęcie pożegnalne, mama nadzieję, wydasz? - dopytywała Kasia
- Wydam, pewnie, że wydam. I w tajemnicy ci powiem, iż przy okazji niejako się zaręczymy. Iwo kończy swoje ostatnie zobowiązania, ma przyjechać tutaj na początku lipca. Szóstego, w sobotę, odbędzie się to przyjęcie. W restauracji Zamoyskiego. Zresztą, mówiłam ci o tym.
- Czyli ostateczny termin ustalony? Zaproś też byłego męża - radziła Kasia. - W końcu spędziłaś z nim ładny kawałek życia. Chyba czas, żebyście zostali przyjaciółmi.
- Ależ jesteśmy. Odkąd urodził się Antoś bardzo zbliżyliśmy się do siebie.
- No i jak to się wszystko ładnie układa -powiedziała Kasia. - Jak w amerykańskim filmie z happy endem. Na pewno będę na tym przyjęciu razem z Giovannim. Nie podarowałabym sobie takiej okazji. Wyjeżdżam za dwa dni, ale wrócę. Możesz być spokojna.
- Musisz? - spytała Monika.
- Muszę. Interesy, ale także miłość. Choć nie tak gorąca jak twoja, ale chyba jednak miłość.
- Wiesz - zamyślona Monika kołysała Antosia. - Odkąd jestem zakochana, wszystko jakoś układa się jak w bajce. W ciągu ostatniego tygodnia odrzuciłam trzy bardzo intratne propozycje pracy. Ludzie na ulicy się do mnie uśmiechają. Mam tylu nowych znajomych. To coś niesamowitego.
- Jak w przypowieści o Salomonie chyba. Siedem lat chudych, a potem siedem tłustych. Wskoczyłaś do pociągu pod nazwa powodzenie. A może szczęście, bo szczęśliwym diabli dzieci kołyszą.
- Bogatym, sprostowała Monika.
- Na jedno wychodzi. Jak szczęśliwy to bogaty, jak bogaty....
- To niekoniecznie szczęśliwy - dokończyła Monika.
- Chodź, napijemy się kawy, Antoś tak smacznie śpi, mam jeszcze godzinę, żeby go odwieźć do domu.
- Chodźmy - zgodziła się Kasia - mnie przerwa w pracy też dobrze zrobi.
Monika siedziała na ławce wystawiając twarz do słońca. Zasłuchana w głos lektora z lekcji hiszpańskiego, szeptem powtarzała zdania z lekcji. Antoś w wózku uśmiechał się przez sen.
- Co za idylliczna scena - usłyszała głos syna. - Mamo, masz gościa.
Monika otworzyła oczy i z okrzykiem radości rzuciła się Iwo na szyję.
- Ty?! Skąd ty tutaj? Ale niespodzianka!
- Przyjechałem wcześniej. Czekałem pod drzwiami ponad godzinę, aż wreszcie pan Witek zdradził mi, że jesteś pewnie z wnukiem i podwiózł mnie do Maćka. No i znaleźliśmy cię - śmiał się, tuląc ja do siebie.
- To ja zabiorę Antosia - powiedział Maciek. - Mamo, nie protestuj, zajmij się gościem.
- A może napijemy się razem kawy? Przyznam, że jestem trochę zmęczony, a tu niedaleko mijaliśmy taki uroczy kawiarniany ogródek - zaproponował Iwo.
- Świetny pomysł - ucieszył się Maciek. - Ja coś zjem.
- To chodźmy - zgodziła się Monika.
Nie zdążyli usiąść, kiedy nadbiegła Ania.
- To już prawdziwe święto - ucieszył się Iwo. - Dobrze, że mamy okazję porozmawiać wszyscy razem. Bo ja, przyznam się wam, moi drodzy, mam lekkie wyrzuty sumienia, iż zabieram Monikę. Mam tylko nadzieje, że wybaczycie mi, powodów tłumaczyć nie będę.
- Nie musi pan - śmiał się Maciek. - Powody chyba znamy wszyscy. My z Anią bardzo się cieszymy, widząc mamę tak szczęśliwą.
- Chcę tylko powiedzieć, że gdziekolwiek będziemy, zawsze jesteście zaproszeni do nas. Na razie będziemy w Hiszpanii, wpadajcie, kiedy tylko będziecie mieli ochotę - zapraszał Iwo serdecznie.
- Chętnie skorzystamy. Jeszcze będzie pan miał nas dosyć - Ania miała poważny wyraz twarzy. - Ja zawsze marzyłam o podróżach a byłam tylko w Anglii.
- I całe szczęście - zawołał Maciek - bo tam mnie spotkałaś.
- Tak, to było przeznaczenie, bo do Anglii miała jechać moja przyjaciółka nie ja. Ale fajnie byłoby zobaczyć coś jeszcze. Nie lubię wyjeżdżać na wczasy albo sama w nieznane miejsca - wyjaśniła. - Podróże mają dla mnie urok pod warunkiem, że jadę do kogoś. Kogoś, kto na mnie czeka, cieszy się, że przyjechałam. Nie lubię być w anonimowym tłumie.
- To zupełnie tak jak ja - powiedział Iwo. - Gdziekolwiek jestem, cieszę się, że mogę zatelefonować do przyjaciela i usłyszeć: 'Stary, fajnie że jesteś, wpadaj'. Wtedy najbardziej obce miejsca natychmiast robią się przyjazne.
- No właśnie, cieszę się, że pan rozumie.
- Ja dziecko wiele rozumiem - Iwo pogłaskał ją po ręce - a już takie uczucia najbardziej. Spędziłem większość mojego życia w podróżach.
Ania z Maćkiem zaczęli się żegnać. Stanowczo zaprotestowali, kiedy Monika chciała umówić się na następny dzień, żeby zaopiekować się Antosiem.
- Mowy nie ma - wykrzyknęli zgodnym chórem. - Nawet niech mama o tym nie myśli. A my zapraszamy do nas na przyjęcie pojutrze.
- Maciek ma urodziny - wyjaśniła Ania Iwo - Mój małżonek skończył dwadzieścia sześć lat dwudziestego pierwszego czerwca, ale zawsze robimy bal dopiero dwudziestego dziewiątego. To dla nas taka specjalna data. Przyjedziecie oczywiście. Proszę mi to obiecać - zwróciła się do Iwo.
- Oczywiście, że tak. Nie sadzę, żeby mama protestowała. A szóstego macie już zarezerwowany czas, mam nadzieję - odpowiedział Iwo.
- Mamy, mamy... Wszyscy już wiedzą, że trzeba przynieść pakiety chusteczek higienicznych bo łez będzie co niemiara na tym pożegnalnym przyjęciu. U nas nie będzie łez - śmiała się Ania. - U nas, jak już ktoś się rozpłacze, to ze śmiechu.
- To będziemy na pewno - poważnie zapewnił Iwo. - Świetne dzieciaki - powiedział, patrząc jak odchodzą objęci i roześmiani.

22. Zabójcza prawda

Maciek odwrócił się i pomachał ręką.
- Tak, starzeją się nam dzieci - westchnął Iwo. - Moje jeszcze starsze. Ale ja zawsze powtarzam sobie: ich problem, skoro chcą niech się starzeją. Ja poczekam. Mnie się nie spieszy. Do starości mi się nie spieszy, ale do ciebie nawet bardzo - puścił do niej wspaniałe perskie oko. - Cieszysz się, że jestem wcześniej? Mam wspaniałą niespodziankę. Chodźmy stąd, opowiem ci po drodze - machnął ręką na kelnerkę, pokazując, że chce zapłacić. - I wiesz co? - mówił wstając z krzesła. - Całą drogę zastanawiałem się, czy...
Raptem spojrzał na nią i usiadł z powrotem. - Monika, Maciek urodził się dwudziestego pierwszego czerwca, tak? - spytał i uśmiech znikł z jego twarzy.
Monika spuściła głowę.
- Monika, pytam cię, czy to prawda? To znaczy... - w jego głosie słychać było bezbrzeżne zdumienie. - To znaczy że... - zamilkł.
Miał minę, jakby nie mógł uwierzyć w to, co zaczynało do niego powoli docierać. - To Maciek nie może być moim synem - zbladł i przymknął oczy.
Wyglądał, jakby otrzymał cios prosto w żołądek i nie mógł złapać tchu.
Monika siedziała jak sparaliżowana. Podniosła głowę i wpatrywała się w ukochanego nie mogąc wykrztusić słowa.
- Oszukałaś mnie. Ty mnie cały czas oszukiwałaś! - mówił to spokojnie, tylko dłonie zacisnął w pieści. - To wszystko było kłamstwem. Jak mogłaś!
Monika próbowała znaleźć jakieś słowa. Nie tak miał dowiedzieć się prawdy. Nie tak. W jej oczach pojawiły się łzy.
- Ja... Ja chciałam...
- Nic nie mów - uciął. - Lepiej nic nie mów.
Wstał i spojrzał na nią z takim żalem, że skurczyła się w sobie.
- Ty mnie cały czas oszukiwałaś! - powtórzył kręcąc głową, jakby nadal nie mógł w to uwierzyć. - To wszystko było kłamstwem - powtórzył raz jeszcze i grymas bólu wykrzywił mu twarz.
Odwrócił się na pięcie i odszedł bez słowa.
Monika chciała biec za nim. Zerwała się z krzesła i opadła na nie z powrotem.
“Co mu powiem? - schowała twarz w dłoniach. - Co mogłabym mu powiedzieć?!”
- Pani źle się czuje? - kelnerka delikatnie potrząsała ją za ramię. - Przyniosłam wodę, proszę - podsunęła jej szklankę.
Monika pokręciła przecząco głowa.
- Mogę coś dla pani zrobić? Może zawołać taksówkę? - kelnerka była wyraźnie przestraszona.
Monika skinęła głowa na znak, że zgadza się na taksówkę. Wstała jak robot i skierowała się do wyjścia.
- Proszę pani, ale rachunek - przypomniała kelnerka.
Wyjęła pieniądze i nie patrząc położyła banknoty na stoliku. Taksówka podjechała w tej samej chwili. Monika podała adres i rozpłakała się. Szlochała coraz rozpaczliwiej. Taksówkarz bez słowa podsunął jej paczkę chusteczek. Już na miejscu powiedział: - Nie warto, wszyscy mężczyźni to dranie. Niech pani nie płacze. Nie warto.
Stała przed wejściem do domu i rozglądała się wokół. “Poczekam - postanowiła. - Iwo musi tu przyjść, wytłumaczę mu”. Otarła łzy, ale płakała nadal.
- Pani Moniko - jak spod ziemi wyrósł Witek taksówkarz. - Co się stało? Coś z dziećmi? Pan kapitan taki zdenerwowany odjechał przed chwila, teraz pani... Może mogę jakoś pomoc?
- Odjechał? Przed chwilą? - powtarzała patrząc na niego. - Nie - pokręciła głową - nie może pan pomóc - i nie mogąc zapanować nad płaczem wbiegła do klatki schodowej.
- Odjechał! Nie wróci! - trzasnęła drzwiami i usiadła na podłodze. - Nie wróci! Nigdy! I sama jestem sobie winna.
Rozdział XIV
- Maciek! - wykrzyknęła radośnie Kasia. - Co robisz w moim sklepie? Jeśli szukasz prezentu dla mamy, to uprzedzam, daj sobie spokój. Ona już zrobiła takie zakupy, że ten jej marynarz nie jacht ale kontenerowiec będzie musiał kupić żeby pomieścić jej bagaże. A może szukasz czegoś dla żony?
- Pani szukam - powiedział bez wstępów. - Pani Kasiu, możemy porozmawiać?
- Stało się coś? - dopytywała, prowadząc go do biura na zapleczu. - Napijesz się kawy? Właśnie zrobiłam świeżą.
- Napiję się. Bo widzi pani, z mamą coś nie tak.
- Co z mamą? W ostatniej chwili dopadły ją wątpliwości czy zniesie życie na morzu? Popatrz, właśnie rozpakowałam. W tej sukience zamierzam wystąpić w sobotę. Podoba ci się?
- Chyba nie będzie miała pani okazji - powiedział. - Z mamą coś się stało. Chyba się pokłóciła z tym swoim marynarzem, jak go pani nazywa.
Kasia odłożyła suknię i usiadła naprzeciwko Maćka.
- Coś poważnego?
- Nie wiem, ale boję się o mamę.
- Opowiadaj - Kasia spoważniała. - Opowiadaj, bo i ja zaczynam się denerwować.
- Ostatnio, jak widziałem mamę, wszystko było w porządku. Przyjechał ten Iwo. U nas jej szukał. To razem poszliśmy do parku. Mama pofrunęła wręcz w jego ramiona. Porozmawialiśmy chwilę, poszliśmy do kawiarni na śniadanie. Ania przyłączyła się do nas. Sielanka - Maciek mówił urywanymi zdaniami. - Pożegnaliśmy się w najlepszej zgodzie. Ania zaprosiła go do nas z mamą na przyjęcie. On nas na sobotę. Nie denerwowałem się, kiedy mama nie dawała znaku życia przez dwa dni. Wiadomo, ukochany mężczyzna przyjechał, mieli inne zajęcia. Ale kiedy nie przyszli na urodziny, to się zdziwiłem. Zadzwoniłem do mamy - nikt nie odpowiadał. Zostawiłem chyba, ze cztery wiadomości na sekretarce. Oddzwoniła wieczorem. Przeprosiła, powiedziała, że nie przyjdzie. To do niej niepodobne. I w dodatku miała taki dziwny głos. Chciałem do niej pojechać, ale kategorycznie mi zabroniła. Powiedziała, że każdy z nas ma jakieś swoje sprawy i żeby ją zostawić w spokoju. Odezwie się jak wszystko się ułoży. Nie odezwała się. No to pojechaliśmy do niej z Anią następnego dnia. Nie otworzyła drzwi, a wiem, że była w domu. Zatelefonowała później i powiedziała, że jej związek z Iwo się rozpadł, musi sobie wszystko w samotności przemyśleć i żebyśmy się nie denerwowali. Aha, że przyjęcie odwołane. Pytałem co się stało, ale nie chciała i nie chce mówić. Próbowałem znów z nią porozmawiać. Minęło przecież pięć dni. Nie otworzyła. Spotkałem tego jej sąsiada taksówkarza. Popatrzył na mnie dziwnie i powiedział, że powinienem się zainteresować matką. Nie jego sprawa, ale”pani Monika dwa razy kazała sobie przywieźć zakupy', dodał i zrozumiałem, że nie chleb jej dowoził. Przecież to do mamy niepodobne. Co on jej zrobił? Może ja powinienem z nim porozmawiać? Ale nawet telefonu do niego nie mam. Może pani ma?
- Poczekaj - Kasia skręcała serwetkę w rulonik. - Jak widziałeś ich ostatnio, to o jakim przyjęciu mówiłeś? Twoim urodzinowym czy tym ich pożegnalnym?
- Urodzinowym. Ania powiedziała, że robimy przyjęcie dwudziestego dziewiątego, chociaż ja się urodziłem dwudziestego pierwszego czerwca. Nie pamiętam, czy wytłumaczyła dlaczego. Czy to ważne?
- Nie - zbagatelizowała Kasia. - Nie twoje urodziny ważne, tylko chcę wiedzieć, czy on coś mówił o tym pożegnalnym.
- Nic nie mówił, to znaczy zaprosił nas. Aha i przeprosił, że zabiera nam mamę. No, takie tam grzecznościowe formułki. Wyglądał, razem wyglądali, na bardzo szczęśliwych. Pani Kasiu, co ja mam zrobić? Mama nie otwiera drzwi, włamać się mam czy co? A prosiłem, żeby dała mi klucze - tak na wszelki wypadek. Miała nam zostawić zapasowy komplet, ale jakoś tak wyszło... Pani Kasiu, ja jestem - szczerze mówiąc - przerażony. Ania mnie uspokaja, że to minie, że to pewnie jakaś sprzeczka zakochanych, ale ja czuję, że coś tu jest nie tak.
- Na pewno coś jest nie tak, ale nie ma powodu do paniki. Ja zaraz pojadę do mamy. Idź do domu i nic nie rób. Zatelefonuję do ciebie jeszcze dziś. Mama bardzo się zaangażowała w ten związek - wyjaśniała, siląc się na spokój. - Jeśli się pokłócili - a to przecież się zdarza - to pewnie wydaje jej się, że to koniec świata. Nie martw się. My już wiemy, że koniec świata nie następuje tak łatwo. Mama da sobie radę.
- Pojedzie pani do niej? Wiem, że oprócz pani mama nie ma nikogo bliskiego. Ja - ja jestem jej synem i mnie na pewno nie powie wszystkiego tak jak pani. Pani Kasiu... - patrzył na nią błagalnie.
- Maciek, oczywiście że do niej pojadę. I to zaraz. Przecież to moja najlepsza przyjaciółka. Nie martw się - poklepała go po ramieniu. - Wiesz, my kobiety w wieku około menopauzalnym czasem zachowujemy się nieodpowiedzialnie.
- Zupełnie tak jak wy w wieku dojrzewania. Wszystko się wyjaśni - dodała uspokajająco.
- Myśli pani?
- Ja to wiem, młodzieńcze. Biegnij do swojej Ani, która na szczęście dla ciebie problemy przekwitania przerabiać będzie gdzieś w okolicy waszego srebrnego wesela i ciesz się życiem. Mamę i jej problemy zostaw mnie.
- Nie wiem jak pani dziękować...
- Za co? Przecież to nie ty jesteś moją najlepszą przyjaciółką - roześmiała się Kasia. - Zapewniam cię, że z mamą wszystko będzie w porządku. Potrzebuje trochę czasu. Może co wieczór wyjaśnia sobie coś z tym swoim marynarzem i nie chce, żeby jej przeszkadzano. Sam wiesz, że każdy kiedyś potrzebuje pocierpieć sobie w samotności. To dobrze robi. Idź już i zajmuj się swoimi sprawami. Zatelefonuję - uprzedziła jego prośbę. - Na pewno.
Po jego wyjściu Monika zamyśliła się głęboko. Iwo dowiedział się prawdy, tego była pewna. Przypadkiem. Od Ani, która nieświadoma tajemnicy, zdradziła datę urodzenia Maćka.
- Kretynem musiałby być, żeby nie pokojarzyć faktów! - zżymała się na Monikę. - A mówiłam! Tyle razy jej mówiłam.
Nacisnęła ponownie numer Moniki. Nikt nie odpowiadał. - No tak - pokiwała głową - nie odbiera.
“Pięć dni? Maciek mówił, że od pięciu dni? - zerwała się z fotela. - Tylko tego brakuje, żeby ta wariatka coś sobie zrobiła”.
Gnała jak szalona do domu. Miała zapasowy komplet kluczy do mieszkania Moniki.
“Nie będę robiła alarmu! - próbowała się uspokoić. - Nie ma co robić sensacji, może nic się nie stało”.
Z kluczami w ręce wbiegła na piętro Moniki. Nacisnęła dzwonek, jakby się paliło. Cisza. Odczekała i nacisnęła jeszcze raz. Nikt nie otwierał. Wyjęła klucze i wstrzymując oddech otworzyła drzwi.
Monika siedziała na podłodze ze szklanką w ręce. Wokół poniewierały się zdjęcia. Monika potargana, pijana, ale żywa, bez zdziwienia patrzyła na przyjaciółkę.
Kasia z ulgą odetchnęła. Przez chwilę patrzyły na siebie w milczeniu.
- Miałaś rację - odezwała się Monika. - Miałaś rację. Tylko nie zaczynaj od “a nie mówiłam”. Mówiłaś. Wszystko skończone. Wszystko. Nie zasługuję na szczęście. Nie zasługuję. Drugi raz miałam je tuż, tuż i zniknęło. Jak sen złoty. Koniec. Koniec ze mną, z marzeniami o miłości. Napijesz się? - spytała, wskazując na butelkę. - Napij się Kasiu, to stypa. Moje życie właśnie się skończyło. To dobry powód żeby się napić, prawda?
Kasia usiadła na kanapie.
- Nie patrz tak na mnie. Miałaś rację. Zniszczyłam wszystko. Nie mam już nic. Wiesz jak on na mnie patrzył? “Oszukałaś mnie - powiedział. - To wszystko było kłamstwem”. On myśli, że ja cały czas go oszukiwałam.
Kasia w milczeniu słuchała chaotycznych wynurzeń przyjaciółki. “Niech się wygada” - myślała, patrząc na porozkładane zdjęcia, na których byli Monika z Iwo. Objęci, szczęśliwi. Absolutne przeciwieństwo siedzącej przed nią Moniki - potarganej, z przekrwionymi oczami. Obraz nędzy i rozpaczy.
“Co ta miłość z nas robi? - rozmyślała. - Raz w siódmym niebie, raz w siódmym kręgu piekła. Jak ja mam jej pomoc?” - zastanawiała się patrząc, jak Monika drżącą ręką dolewa sobie koniaku do szklanki.
Monika mówiła coraz bardziej nieskładnie. W pewnym momencie chciała wstać, ale nie mogła. Kasia bez słowa pomogła jej dojść do łazienki. Cierpliwie poczekała, aż wyjdzie i wtedy skierowała ją do sypialni. Położyła do łóżka i otuliła kołdrą.
Monika zaczęła płakać, aż wreszcie usnęła. Kasia zamknęła drzwi i otworzyła okna.
Z popielniczki i talerzyka wysypywały się sterty niedopałków. Zaczęła sprzątać.
Zajrzała do lodówki. Pusto. Zrobiła sobie kawę i zatelefonowała do Maćka. Uspokoiła go, że wszystko jest pod kontrolą, martwić się nie ma czym. - Mama potrzebuje kilku dni, żeby sobie wszystko przemyśleć - tłumaczyła.
Postanowiła wyjść po zakupy. Ona chyba od tych kilku dni nic nie jadła, tylko piła. “Jakieś witaminy kupię - postanowiła. - Żeby tylko obyło się bez wizyty w szpitalu”.
Na wszelki wypadek po powrocie wynotowała numer telefonu z ogłoszenia. “Alkoholowe odtrucia w domu. Tanio, dyskretnie”. - Dobrze, że w tym kapitalizmie wszystko można kupić - mruknęła, szykując sobie posłanie na kanapie.

23. Powrót do życia

Monika obudziła się nad ranem i była szczerze zdziwiona widokiem przyjaciółki.
- Co ty tu robisz? - spytała. - Patrzysz na wrak człowieka, jaki ze mnie został?
- Patrzę. Długo tak zamierzasz?
- Mam nadzieję, że nie - Monika piła łapczywie wodę. - Mam nadzieję, że zapiję się na śmierć.
- To zawsze zdążysz - skomentowała Kasia. -Tylko po co?
- Kasiu, ja bez niego żyć nie potrafię, a on nie chce nawet ze mną rozmawiać. Dzwoniłam do niego tysiąc razy, zostawiłam mu ileś tam - już nie pamiętam ile - wiadomości. Żadnej reakcji. Nic. Cisza. On mnie skreślił. To po co ja mam żyć? - Monika skierowała się do barku. - Tylko alkohol mi został. Napijesz się? - spytała.
- Nie, ty też nie - powiedziała Kasia. - Czas zacząć myśleć.
- Po co? Żeby bardziej bolało? Przecież to moja wina, sama zniszczyłam nasz związek.
- Nie szukaj - powstrzymała ją Kasia. - Alkoholu już nie ma. Zrobię ci jajka po wiedeńsku. Masz tu witaminy, wytrzeźwiej bo chcę z tobą porozmawiać.
- Ale ja nie chcę. Nie ma o czym. Zadzwonię do Witka, on nam przywiezie coś do picia.
- Nigdzie nie zadzwonisz - powiedziała Kasia stanowczo. - Dość tego użalania się nad sobą. Narozrabiałaś i teraz masz pomyśleć, jak to naprawić.
- Co? Co naprawić? On nie chce ze mną rozmawiać.
- Wcale mu się nie dziwię. Dzwonisz pijana, bełkoczesz do słuchawki, to i nie dziw, że nie oddzwania. Wytrzeźwiej.
- Kłamiesz. Pocieszasz mnie. Sama wiesz, że on już nigdy nie zadzwoni - Monika znów zaczęła płakać.
Kasia nastawiła jajka, nalała szklankę soku grejpfrutowego. Wysypała garść witamin. - Połknij to i popij - powiedziała.
Monika posłusznie zaczęła połykać witaminy, popijając je sokiem. W pewnym momencie złapała się za gardło i pobiegła do łazienki. Słychać było jak wymiotuje. Kasia zaparzyła herbatę.
- Umieram - wyszeptała blada Monika, stojąc w drzwiach łazienki. - Umieram.
- Nie umierasz, tylko wracasz do życia. Całe szczęście, że zwymiotowałaś, nie będę musiała wzywać lekarza. Organizm sam się oczyści. Masz - podała jej kubek herbaty. - Pij i rzygaj. A potem spróbuj coś zjeść. Jak już wytrzeźwiejesz - porozmawiamy.
- Jestem trzeźwa.
- Tak ci się tylko wydaje. Trzeźwa będziesz pojutrze, jak nic nie wypijesz do tego czasu. Siadaj i przestań się nad sobą rozczulać. Dobrze ci mówię.
- Skąd wiesz, czy mi dobrze?
- Masz tu jajka. Maciek się o ciebie martwi. Sumienia nie masz czy co? Za co mścisz się na własnym synu?
- Ja?
- Ty, księżniczko, ty. Chłopak szaleje z niepokoju, a ty nawet do niego nie zadzwonisz. Drzwi nie otwierasz. Jemu chcesz zrujnować życie?
- Co ty opowiadasz?
- Nie opowiadam. Relacjonuję.
- Przecież nie mogłam mu się pokazać w takim stanie - protestowała Monika.
- To po co się doprowadzasz do takiego stanu? - odpowiedziała pytaniem Kasia.
- Nie męcz mnie - poprosiła Monika. - Co ja mam teraz zrobić? Po co żyć?
- Pytanie z gatunku retorycznych. Idź pod prysznic, może trochę ci się w głowie przejaśni.
- Kasiu, ty to jesteś przyjaciółką. Najlepszą, jaką można sobie wymarzyć - Monika, zawinięta w ręcznik, siedziała przy stole w kuchni.
- Nie podlizuj się - ofuknęła ja Kasia. -Doprowadź się do porządku i zawiozę cię do Maćka.
- Nie chcę.
- Nie pytam, czy chcesz. Weźmiesz wnuka i pójdziesz sobie na długi spacer. Świeże powietrze dobrze ci zrobi, a towarzystwo wnuka jeszcze lepiej. Jemu będziesz mogła się wyżalić bez obawy, że zdradzi twoje tajemnice. Na szczęście jeszcze nie mówi, a sama mówiłaś że bardzo rozumny dzieciak.
- Żartujesz.
- Nie, samej cię tu nie zostawię. Ja mam kilka ważnych spraw do załatwienia. Nie mam chwilowo lepszego pomysłu. Pochodzisz sobie z Antosiem, wygadasz się i zaraz zrobi ci się lepiej. A i Maciek z Ania odetchną. Oni naprawdę się o ciebie niepokoją.
- Co ja mam zrobić Kasiu?
- O tym pogadamy później. Chwilowo nic nie masz do roboty. Nie psuj już bardziej tego, co tak wspaniale udało ci się popsuć wcześniej. Teraz trzeba czasu i rozwagi. Pomyśleć trzeba. Na trzeźwo.
- Tu już nie ma o czym myśleć. Skończone. On mi tego nigdy nie wybaczy.
- Nigdy nie mów nigdy. On też nie bez winy. Idź doprowadzić się do porządku, ja naprawdę zaczynam się spieszyć.
Monika bez słowa poszła się ubrać.
Rozdział XV
Ania i Maciek ucieszyli się na widok Moniki i Kasi. Propozycję, że Monika weźmie Antosia na spacer, przyjęli bez zdziwienia. Szła teraz pchając wózek i uśmiechała się do wnuka, który gaworzył roześmiany.
- Tak Antosiu, tak. Nie wyjeżdżam - mówiła cicho. - Tylko ty mi zostałeś. Będę się tobą opiekowała codziennie, dopóki ci się nie znudzi moje towarzystwo. Ty też mnie porzucisz - łzy ciekły jej po policzkach. - Ty też, ale dopiero za parę lat.
- Masz strasznie głupią babcię - kontynuowała po chwili przerwy. - Całe szczęście, że chyba jeszcze o tym nie wiesz - zwierzała się wnukowi, a ten odpowiadał radosnym: „Aaguuuu”. Co to miało znaczyć w jego języku, Monika nie miała ochoty się domyślać. - Mam nadzieje, że zaprzeczasz - uśmiechnęła się przez Izy. - Bądź dżentelmenem.
Antoś wziął sobie do serca prośbę babci, bo zamknął oczy i zasnął.
- Tak lepiej - przemawiała Monika do śpiącego. - Śpij sobie spokojnie, a ja się będę wyżalać. Przed tobą mogę.
Zmęczona usiadła na ławce. Chciało jej się pić, ale nie miała ochoty wstawać w poszukiwaniu jakiejś kawiarni. Przymknęła oczy i aż podskoczyła, bo wydawało jej się, że obok przysiadł się Iwo. „Wrócił”.
Otworzyła oczy i sposępniała. Jakiś mężczyzna przyglądał jej się uważnie.
- Śliczne maleństwo - zagaił - a pani tak sama...
Nie dała mu dokończyć i szybko odeszła od natręta.
Pragnienie dokuczało jej coraz bardziej. Skierowała się w stronę kawiarnianego ogródka. Tuż przy wejściu natknęła się na Zamoyskiego.
- Pani Moniko! Co za miłe spotkanie - wykrzyknął radośnie.
Próbowała się uśmiechnąć do niego, ale wyszedł jej tylko jakiś grymas.
Zamoyski przyjrzał jej się uważnie. - Napijemy się kawy? - spytał.
Nie miała ochoty na jego towarzystwo, ale nie chciała być nieuprzejma. Skinęła potakująco głowa.
- Nie chcę być wścibski - odezwał się, kiedy już przyniesiono im kawę - ale chyba przeżywa pani kryzys uczuciowy - uśmiechnął się ciepło. - Tak to już jest. Człowiek zakochany to wariat na karuzeli. Raz szybuje jak ptak pod niebo, raz na łeb na szyję w dół. My z żoną też miewamy takie kryzysy - zwierzył się. - Rezerwację lokalu na przyjęcie cały czas trzymam - dodał.
- Niepotrzebnie. Zapewniam pana, że nie będzie żadnego przyjęcia. Moja znajomość z Iwo skończyła się definitywnie.
- Nigdy w to nie uwierzę - zaprzeczył. - Mężczyzna, który tak patrzył na kobietę jak Iwo na panią, wróci. Musi wrócić. Nie ma innego wyjścia.
- Dziękuję za słowa pocieszenia, ale niestety nie mam złudzeń.
- Pani Moniko - Zamoyski wziął ją za rękę - nie moja sprawa, ale chyba się pani myli. Ten facet szaleje za panią. Nieważne, o co wam poszło, on wróci.
Monika z trudem usiłowała zapanować nad sobą, żeby się nie rozpłakać. Zamoyski taktownie zmienił temat rozmowy.
Wyszła z kawiarni, mimo wszystko lekko podniesiona na duchu. „Skoro nawet Zamoyski twierdzi, że Iwo mnie kocha może mam szansę? Kasia też tak mówiła”.
Powoli zaczynała mieć nadzieję, że wszystko jakoś wytłumaczy. Zaczęła rozmyślać nad tym, jak ma postąpić. „Zatelefonować? Nie - postanowiła - nie odbierze. Pojechać? A jak nie będzie chciał rozmawiać? Napisać? Może list? Tak, list będzie najlepszy - ucieszyła się z własnego pomysłu. - List przeczyta”.
Szła, nie zwracając uwagi dokąd, ani na mijających ją ludzi. „List, muszę napisać list”.
Zaczęła w myślach układać zdania. Płacz Antosia przywrócił ją do rzeczywistości. Spojrzała na zegarek. - O Boże, Ania chyba jest chora z niepokoju. Już prawie godzinę temu miałam być w domu, żeby nakarmić małego. Cicho, malutki, cicho - kołysała mocniej wózkiem. - Gdzie ja jestem? - rozejrzała się wokół. Machnęła ręka na przejeżdżającą taksówkę.
Ania, ku jej zaskoczeniu, była zupełnie spokojna. - Nic się nie stało, mamo - uspokajała Monikę. - Antoś z głodu nie umrze, a świeże powietrze dobrze mu zrobiło. Mama też głodna? - spytała.
- Chciałam was, ciebie i Maćka, przeprosić - zaczęła Monika.
- Nie ma mama za co przepraszać - uśmiechnęła się Ania.
- Powinnam...
- Powinna mama coś zjeść - przerwała jej Ania. - To po pierwsze. Po drugie strasznie nam przykro, że mama cierpi. Mamy nadzieje, że pogodzicie się szybko - dodała, podsuwając jej talerz.
Monika jadła w milczeniu.
Wszedł Maciek. Ania dyskretnie dawał mu jakieś znaki.
„Martwili się, gdzie przepadłam z Antosiem” - domyśliła się Monika. I była wdzięczna synowej, że ta starała się tego nie pokazywać. Maciek widać zrozumiał gesty żony, bo usiadł przy stole z miną jakby nigdy nic się nie stało.
- Jak spacer? - zapytał
- Doskonale - odpowiedziała. - Mały prawie całą drogę spał. Bardzo was przepraszam, że się spóźniałam. Wiem że się martwiliście, straciłam po prostu rachubę czasu - dodała tonem usprawiedliwienia.
- Mamo, nie chcę się wtrącać - Maciek mówił powoli - ale...
- Maciek - Ania ostrzegawczo podniosła palec w górę. - My też się kłóciliśmy, pamiętasz?
- Nie, nie - Monika uśmiechnęła się smutno do obojga. - Ja wiem, że się martwicie. Cóż, rzeczywiście zaistniało między mną a Iwo pewne nieporozumienie. Wygląda na to, że nasza znajomość się skończyła.
- Aż tak?! To o co poszło?! - zdenerwował się Maciek. - W jednej chwili wyglądacie jak szczęśliwe papużki nierozłączki, a w drugiej...
- Maciek! - Ania podniosła głos. - Opanuj się.
- Przepraszam - burknął syn, wcale nie czując się winny. - Chcę wiedzieć, czy to źle?
- Wiecie co? Skończmy już z tym przepraszaniem - pojednawczo wtrąciła Ania. - Mama na pewno wyjaśni to nieporozumienie z Iwo. Jestem tego pewna.
- Chciałabym mieć twój optymizm - uśmiechnęła się do niej Monika. - Pójdę już - wstała od stołu. - Czy jutro mogę też wziąć Antosia na spacer?
- Jasne, kiedy tylko będziesz chciała. Posiedź jeszcze z nami - poprosił syn.
Usiadła, a Ania nalała jej kawy.
- Mamo, planowaliśmy wyjechać do Ani rodziców, może pojechałabyś z nami?
- Nie, dziękuję, ale nie. A kiedy chcecie jechać?
- To jeszcze nieustalone - Ania groźnie spojrzała na męża.
- Aniu, ja nie jestem dzieckiem - Monika spojrzała na synową. - Nie musicie się mną zajmować. Nie jestem chora i świetnie daję sobie radę. Macie jakieś plany, to je realizujcie. Nie oglądajcie się na mnie.
- To nie tak, mamo...
- To właśnie tak. Doceniam twoje dobre chęci, ale ja sama chciałam wyjechać i nie pytałam was o zgodę, pamiętasz? Przykro mi, że sprawiłam wam kłopot. Naprawdę, dam sobie radę sama. Duża już ze mnie dziewczynka - zażartowała. - Kiedy planowaliście jechać?
- Pojutrze - odpowiedział Maciek.
- To jedźcie. Jutro wezmę Antosia na spacer, a wy będziecie mieli czas, żeby się spakować.
- Dostaliśmy działkę od Ani rodziców i planujemy postawić na niej mały domek - wyjaśniał Maciek. - Może rozpoczniemy budowę jeszcze w tym roku.
- To wspaniale - ucieszyła się Monika. - Macie już plany domu?
- Mamy. Tam takie stawiają prawie wszędzie. Szałas to się nazywa.
- Brzmi romantycznie - Monika postanowiła pokazać dzieciom, że wszystko u niej w porządku i odzyskuje dobre samopoczucie. - Domyślam się, że to letniskowy domek?
- Z nazwy. Będzie ogrzewany kominkiem i będzie można w nim mieszkać cały rok. Praca na uczelni ma te dobre strony, że mam wakacje, ferie, czyli wystarczająco dużo czasu, żeby z niego korzystać - mówił Maciek.
- I Antoś skorzysta, Świeże górskie powietrze, przestrzeń... Wiem coś o tym, bo sama wychowałam się w górach - dodała Ania.
- Tak, to bardzo ważne dla dziecka - zgodziła się Monika.
- Mamo, jedź z nami - prosił syn.
- Może dam się namówić - pogłaskała go po policzku - ale jeszcze nie teraz. Mam tu parę spraw do załatwienia. Wyjedźcie, tak jak planowaliście, a ja może do was dołączę za kilka dni.
- To naprawdę byłoby wspaniale, mamo - Ania patrzyła na nią ze szczerym współczuciem. - Daj się namówić, mamo. Kiedy ostatnio byłaś w górach?
- Dość dawno temu - odpowiedziała.
- Ja tak kocham góry - westchnęła Ania. - Jak tak sobie człowiek pospaceruje, usiądzie gdzieś na grani i popatrzy wokół, to aż żyć się chce. Cokolwiek by się nie działo.
CDN

24. Trudna prawda

Po wyjściu od dzieci czuła się znacznie lepiej. Wszyscy mówili jej, że wierzą w to, iż się pogodzi z Iwo. „Oni wszyscy nie mogą się mylić - pocieszała się, idąc coraz szybszym krokiem w stronę domu. - Mają rację. Iwo musi zrozumieć, że oszukałam go dwadzieścia sześć lat temu, ale nie teraz. Nie może zwątpić w moją miłość. On też mnie kocha. Tego jestem pewna. Napiszę list, wszystko mu wyjaśnię”.
- On musi wrócić. Musi. Do mnie musi wrócić - nuciła otwierając drzwi. Była wdzięczna Kasi, że posprzątała cały ten bałagan.
Nie tracąc czasu usiadła przy biurku. Włączyła komputer. - Nie, nie na komputerze - nacisnęła klawisz “wyłącz”. - Odręcznie.
Przerzucała zawartość szuflad biurka w poszukiwaniu papieru.
“Na podaniowym? Nie - skrzywiła się. - To nie podanie. Gdzie ja mam papeterię?”
Wyrzucała stosy notatek z kolejnej szuflady. Papeterii nigdzie nie było.
Wstała zdecydowana iść po zakupy.
“A może na podaniowym? Na brudno napiszę” - zdecydowała. Rozłożyła kartkę i przez chwilę siedziała, nie wiedząc jak zacząć.
“Nie - odrzuciła pomysł. - Żadne na brudno. Nie dam rady przepisywać. Napiszę od razu to, co chcę mu powiedzieć i po prostu wyślę”.
Wyszła z domu po papeterię. Do sklepu papierniczego miała kilka przecznic.
“Jak mu to napisać?” - zastanawiała się po drodze. Kupiła na wszelki wypadek trzy komplety papieru listowego.
Wstąpiła do sklepu spożywczego. Bułki, masło, wędlina, sałata, pomidory. Wrzucała do koszyka produkty bez zastanowienia. “Jeszcze sok, kawa, bo chyba mam mało. Może coś słodkiego?” Spojrzała na stoisko z alkoholem. “Koniak? Nie, ale wino tak - zdecydowała. Poprosiła o trzy butelki i koniak. A nuż Iwo jednak przyjedzie - usprawiedliwiała swoją decyzję. - To tak na wszelki wypadek”.
Zapłaciła i przez chwilę zastanawiała się, jak to wszystko zanieść do domu.
- Pomóc? - usłyszała. Obok niej stał Witek taksówkarz.
- Z nieba mi pan spadł. Nie dam rady zanieść tego wszystkiego.
- Już się robi. Zaczeka pani minutkę? - spytał. - Czy od razu jedziemy? Żona robi tu zakupy, muszę ją uprzedzić.
- Poczekam panie Witku. Niech pan odbierze żonę ze sklepu, nie spieszy mi się aż tak bardzo.
Rozpakowała zakupy, stale rozmyślając, jak zacząć list. Nastawiła wodę na kawę. Zapaliła papierosa. Patrzyła na rozłożoną kartkę i krążyła wokół biurka, nie mogąc się zdecydować.
 - Kochany Iwo. Pretensjonalnie. Iwo, zbyt oficjalnie. Mój drogi. Nie, okropnie brzmi Ukochany. Jak durna pensjonarka - mięła kolejną kartkę, nie mogąc przebrnąć przez nagłówek.
Zniszczyła zapas z pierwszego kompletu papeterii. - Do cholery! - zdenerwowała się. - Zniszczę wszystkie kartki i nie posunę się ani krok dalej.
Włączyła płytę swoich ulubionych piosenek francuskich. - Edith Piaf, jak ona potrafiła śpiewać o miłości - przymknęła oczy - i też była nieszczęśliwa - westchnęła.
Wstała i w kuchni otworzyła butelkę czerwonego wina. Przypomniała sobie Paryż.
- Też piliśmy wino - znów zaczęła płakać. -Nie - otarła łzy - dość tego rozczulania się nad sobą - zdecydowanym ruchem złapała za pióro.
“Oszukałam cię - zaczęła bez namysłu - głupio i okrutnie. Dwadzieścia sześć lat temu miałam dziewiętnaście lat. Chciałam ci to wyjaśnić wiele razy. Nigdy nie starczyło mi odwagi. Dziś nie wiem, co mną tak naprawdę wtedy kierowało. Złość, żal, urażona miłość? Bo kochałam cię od pierwszego spojrzenia i kocham nadal. Nie oszukiwałam cię. Kiedy spotkaliśmy się w Krakowie wiedziałam, że to na ciebie czekałam ponad ćwierć wieku. Na ciebie i tylko na ciebie.
Wiem, powinnam ci powiedzieć. Przyznać się do oszustwa od razu. Tylko wtedy odszedłbyś, a ja nie chciałam stracić cię po raz drugi”.
Łzy kapały na kartkę papieru, litery rozmazywały się przed oczami.
- Nie tak - zmięła kartkę w kulkę. - Nie tak. Nie doczyta pierwszego zdania do końca - rzuciła kartkę w kąt.
Nalała sobie drugi kieliszek wina i znów zaczęła pisać.
Po chwili kolejna kartka wylądowała zmięta na podłodze.
- Nie potrafię, jak ja mam mu to napisać?
Na dźwięk dzwonka podskoczyła przestraszona. - Iwo? - cicho podeszła do drzwi. Serce biło jej jak oszalałe. - Przyjechał, jednak przyjechał.
W drzwiach stała Kasia. Monika nie potrafiła ukryć rozczarowania na jej widok.
- Wchodź - zaprosiła.
- Wejdę. Skoro już tu przyszłam, wejdę - powiedziała Kasia.
Usiadła na kanapie, słowem nie komentując porozrzucanych kartek ani wina w kieliszku.
Monika z ciężkim westchnieniem usiadła obok.
- Też napiłabym się kawy - Kasia poprawiła się na kanapie. - Mocnej - dodała. - Powinnaś sama mnie o to zapytać - dodała z wyrzutem.
- Przepraszam - Monika wstała i skierowała się do kuchni. - Nie pomyślałam.
- Widzę - Kasia zdjęła buty i podciągnęła nogi pod siebie. - Co pijemy dzisiaj? - spytała
- Wino. Czerwone. Francuskie.
- To pij, ja wolałabym koniak.
- Też mam.
- Pan Witek znów robił zakupy?
- Tym razem ja sama. Witek mnie tylko tu przywiózł.
- Zawsze jakiś postęp - mruknęła Kasia. - A te kartki to co? Makulaturę zbierasz? Papier toaletowy można już kupić bez specjalnych talonów - dodała.
- List piszę. Usiłuję napisać - poprawiła się.
- Z jakim rezultatem?
- Jak widzisz.
- Dużo masz jeszcze tych kartek? - zainteresowała się Kasia.
- Niedużo.
- To pomnij je wszystkie i rzuć na kupę. Czasu zaoszczędzisz, stresu. I tak nic nie napiszesz.
- Skąd wiesz?
- Mam dar jasnowidzenia.
- Kaśka, sama mi proponowałaś...
- Tylko nie zwalaj na mnie. I co chcesz mu napisać?
- No właśnie nie wiem.
- Tak myślałam.
Siedziały i nic nie mówiąc popijały swoje drinki.
- Lepiej się czujesz? - przerwała milczenie Kasia.
- Trochę.
- Spacer pomógł?
- Towarzystwo Antosia.
- Napędziłaś stracha swoim dzieciom.
- Szukali mnie u ciebie?
- A jak myślisz? Na drugi raz pamiętaj, że masz dziecko pod opieką.
- Oni wyjeżdżają.
- Jedź z nimi.
- Po co? Proponowali mi to, ale ja potrzebuję mnóstwa rzeczy tylko nie współczucia.
- Na pewno?
- Kaśka, daj spokój, nie męcz mnie.
- Sama się zamęczasz. Jedź z nimi.
- Nie.
- I będziesz tak siedziała zapijając swoje smutki i marnując tony papieru? Co chcesz tym osiągnąć?
- Kaśka, sama mówiłaś, że powinnam mu wyjaśnić...
- Powinnaś. Podtrzymuję, co powiedziałam. Ale nie zaraz. Nie dzisiaj.
- To kiedy? Na łożu śmierci?
- To byłaby właściwa sceneria - poważnym głosem powiedziała Kasia. - Ty umierająca, on zdruzgotany. Ty wyznająca grzechy, on przebaczający. Ty zamykasz oczy, on zamyka się w cierpieniu. Tak, to dobre zakończenie melodramatu.
- Domyślam się, że chcesz mnie pocieszyć i wskazać drogę, jak powinnam to załatwić. Mam sobie podciąć żyły czy się powiesić? Na żadną nieuleczalną chorobę nie choruję.
- Jeśli żyły, to pamiętaj, tylko w wannie pełnej gorącej wody. Podobno mniej boli. Wieszania nie radzę. Obrzęknięta twarz, siny jęzor wywalony na brodę. Brrr, tak nie wyglądają kochanki, za którymi ma tęsknić ten, dla kogo się wieszają. Zamiast uczucia straty niepowetowanej mógłby drań doznać uczucia ulgi.
- Ty to masz poczucie humoru...
- Kto z kim przestaje... - odparowała Kasia.
- Jakieś inne twórcze propozycje? Co ja mam zrobić?
- Pytanie retoryczne, ale z dużą domieszką rozpaczy. Co ja mam teraz zrobić? - ironizowała Kasia
- Myślałam, że chcesz mi pomóc - chlipnęła Monika.
- Och, jaka biedna dziewczynka, na którą wszyscy się dziś uwzięli. Przestań! - krzyknęła Kasia. - Przestań się nad sobą rozczulać!
- To co mam zrobić? - Monika łkała coraz żałośniej
- Oprzytomnieć! Spojrzeć obiektywnie na sytuację. Narozrabiałaś. Chłop dwadzieścia pięć lat żył ze świadomością, że jest ostatnim draniem, który wyparł się własnego dziecka i na pastwę losu zostawił niewinne, zhańbione przez niego dziewczę. Słał pieniądze, żeby choć trochę okupić wyrzuty sumienia. Po czym spotkał ja znowu i zakochał się ponownie bez pamięci. W tej szczerej, szlachetnej, dzielnej dziewczynie, jaką sobie wyhodował przez lata w wyobraźni. I co? I okazało się, że to wyrafinowana oszustka, z premedytacją wyciągająca pieniądze od zamożnego marynarza.
- Przestań - Monika zerwała się na równe nogi. - Przestań albo wyjdź.
- Nie zamierzam - odparła Kasia. - Ktoś musi ci powiedzieć, jak to naprawdę wygląda. On już raz przez to przechodził. Eksżona zachowała się podobnie jak ty.
- Wyjdź stad. Natychmiast! - krzyknęła Monika.
- Nie wyjdę - spokojnie powiedziała Kasia, pociągając łyk koniaku z kieliszka. - Mało tego, będę kontynuować. Otóż myśli sobie teraz biedny chłopak, że ty odgrywałaś miłość do niego w obawie, że będziesz musiała zwrócić mu pieniądze, które ci tak hojnie przez lata wysyłał.
- Nienawidzę cię! - wrzasnęła Monika. - A myślałam że jesteś moją najlepszą przyjaciółką.
- Bo jestem - odpowiedziała z kamiennym spokojem. - Bo jestem.
- Wyjdź stad albo ci coś zrobię - Monika poczerwieniała na twarzy.
- Ciekawa jestem, co - Kasia wciąż była spokojna.
- Wyjdź - Monika stała nad nią z zaciśniętymi pięściami.
- Pobijesz mnie? - zainteresowała się Kasia. - To może być interesujące doświadczenie. Damski boks. Czytałam gdzieś o tym. Wyjdę, jeśli powiesz mi, że nie mam racji.
- Nie masz. Wyjdź natychmiast.
- Monika, możesz mnie wyrzucić, ale spójrz obiektywnie. On myśli, że ty jesteś ostatnią, wyrafinowaną kurwą i tego nie zmienią twoje groźne miny.
Monika opadła na kolana. - Masz rację. Mój Boże, masz rację. On tak sobie myśli. On sobie tak na pewno myśli! - zaniosła się rozpaczliwym płaczem.
Kasia w milczeniu sączyła koniak, czekając, aż Monika choć trochę się uspokoi.
- To co ja mam teraz zrobić? - chlipała Monika.
- Idź pod prysznic. Zimny, najlepiej i uspokój się. Potem pogadamy o tym - Kasia poklepała ją po ramieniu. Widać było, że głęboko przeżywa dramat przyjaciółki.
- Kasiu, ja się chyba zabiję.
- To zawsze jest jakieś wyjście - filozoficznie stwierdziła Kasia. - Ale zanim sięgniesz po rozwiązania ostateczne, może warto trochę powalczyć.
- O co? Po co?
Piły świeżo zaparzoną kawę.
- Monika, nie oczekuj ode mnie złotych rad, bo takich nie mam w zanadrzu. Wpakowałaś się w ładną kabałę. Moim zdaniem tu trzeba zastosować starą, sprawdzoną receptę. Czas. Daj czas jemu i sobie. Teraz, kiedy rany są świeże i bolą, niewiele wskórasz. Poczekaj. Kilka dni, tygodni, nie wiem. Ty go znasz lepiej. Nie rób nic na łapu-capu. Nie dzwoń, nie pisz łzawych listów. Po prostu poczekaj. A potem jedź do niego. Ja bym tak zrobiła na twoim miejscu.
- Jak ja mu spojrzę w oczy?
- Chcesz z nim być? To będziesz mu musiała spojrzeć w oczy. Nie raz.
- Nie będę miała odwagi.
- To już twój wybór. Wstąp do klasztoru i żałuj za grzechy w samotności do końca życia albo walcz o swoje szczęście. Nikt nie jest doskonały, on też nie. Gdyby był nie uwodziłby nieopierzonego dziewczęcia dla chwilowej rozrywki. Tak nie postępuje odpowiedzialny facet. A on wtedy nie był żółtodziobem. To, co później się stało, było tylko konsekwencją jego chwilowego kaprysu. Niech nie rzuca kamieniem ten, co sam bez winy nie jest. Mam nadzieję, że on też spojrzy na to wszystko z innej strony niż tylko urażonej miłości własnej. Nie ponaglaj - patrzyła na przyjaciółkę ze współczuciem. - Nie naciskaj, nie szantażuj, że się zabijesz. Poczekaj. Sama musisz odzyskać równowagę psychiczną. Nie rób niczego pochopnie. Jedź z dziećmi w góry. Zajmij się wnukiem, pospaceruj, pomyśl. Jak odzyskasz jasność sądów - przystąp do działania.
- Kasiu, co ja bym bez ciebie zrobiła?
- Dobre pytanie. A jeszcze przed chwilą chciałaś mnie wyrzucić na zbity pysk.
- Sama siebie powinnam wyrzucić.
- No, aż takiej ofiary od ciebie nie wymagam. Ciemno już, padać zaczęło, zostań w domu -Kasia wyciągnęła rękę do przyjaciółki. - Dobrze jest czasem mieć różne zdania na ten sam temat.
- A jeszcze lepiej kogoś, z kim można podyskutować - szepnęła Monika
- To my dyskutowałyśmy? - zdziwiła się Kasia. - No, no, no czego to człowiek się o sobie może dowiedzieć...

25. Hiszpania

Monika spojrzała na przyjaciółkę i parsknęła śmiechem. Po chwili śmiały się obie jak szalone.
- Zostajesz u mnie na noc? - spytała Monika
- Propozycja kusząca - roześmiała się Kasia - ale nie. Z trudem i przykrością odmawiam. Giovani na mnie czeka. Pozwolisz, że do niego zadzwonię.
- To on jest tutaj? - zdziwiła się Monika.
- Jest. Przywiózł mnie do ciebie i czeka na sygnał, kiedy ma mnie odebrać.
- Kaśka, wariatka jesteś! To co ty tu jeszcze robisz?
- No właśnie, sama się dziwię - dowcipkowała Kasia. - Już się zmywam. Dojazd tutaj zajmie mojemu kierowcy jakieś dwadzieścia pięć minut. Nie powinien zabłądzić, bo wyrysowałam mu trasę.
Spacerowały wokół domu czekając na przyjaciela Kasi.
W pewnym momencie Monika rzuciła się przyjaciółce na szyję. - Kaśka, niesamowita jesteś. Wiesz, nigdy ci tego nie zapomnę.
Monika stała przy oknie, patrząc na szarzejące niebo. Była głęboko wdzięczna przyjaciółce. Teraz cała ta sytuacja nie wyglądała już tak beznadziejnie jak jeszcze parę godzin temu.
“Kaśka ma rację - myślała. - Kochana Kaśka, ona zawsze wie, jak postąpić. Mistrzyni rozwiązywania trudnych problemów -uśmiechnęła się do siebie - i najlepsza przyjaciółka pod słońcem, i księżycem - dodała widząc wychylający się zza chmur rogalik. - Ma rację. Pojadę z dziećmi. Pochodzę po górach i przemyślę sobie to wszystko jeszcze raz od początku”.
Ania z Maćkiem wyraźnie się ucieszyli, kiedy powiedziała, że pojedzie z nimi. Kazali jej spakować rzeczy jeszcze tego samego dnia i wczesnym rankiem w wyśmienitych humorach udali się w podróż. Antoś na kolanach babci dokazywał, nie pozwalając im ani na odrobinę nudy.
Rodzice Ani przywitali ich serdecznie. Okazało się, że wszystko już przygotowane do budowy ich szałasu. Od następnego ranka Maciek z zapałem zgłębiał tajniki ciesielskiej roboty, a Ania pomagała matce w prowadzeniu pensjonatu pełnego gości, podczas gdy Monika zajmowała się wnukiem. Czas wypełniony był szczelnie. Wieczorami zbierali się w obszernej kuchni, gdzie ojciec Ani przyrządzał herbatkę po góralsku, a potem siadali na obszernym tarasie zapatrzeni w gwiazdy, które tutaj wydawały się być zdecydowanie bliżej niż w Krakowie.
Po tygodniu Monika tryskała humorem i optymizmem. Zaczęła znowu doskonale sypiać. Budziła się wczesnym rankiem wypoczęta i pełna pomysłów na przyszłość. Sprawa nieporozumienia z Iwo zaczęła wyglądać na zupełnie błahą.
- Musi zrozumieć - powtarzała sobie jak mantrę. - Musi zrozumieć i uwierzyć, że teraz go nie oszukiwałam.
Kiedy oznajmiła, iż musi wyjechać, żeby uporządkować swoje życie, nikt nie protestował. Wszyscy wiedzieli, że coś ją poróżniło z Iwo, tylko nikt nie wiedział co. Ale wszyscy życzyli jej szczęścia i to podtrzymywało ją na duchu.
- Musi się udać - powtarzała sobie co chwila - musi.
W Krakowie zabawiła tylko dwa dni. Kasi nie było, wyjechała gdzieś z narzeczonym.
Rozdział XVI
Do samolotu wsiadała z pełnym przekonaniem, że nieszybko wróci z powrotem. “Zostanę z Iwo. Tym razem na zawsze” - marzyła, kiedy samolot wzbijał się w powietrze.
Całą drogę wyobrażała sobie jak Iwo zareaguje na jej widok.
Kiedy dojechała na miejsce, zabrakło jej tchu i odwagi. Jakiś czas krążyła wokół domu, gdzie Iwo miał apartament, w nadziei, że go spotka przypadkiem. Po dwóch godzinach zrezygnowała jednak z liczenia na szczęśliwy traf i wziąwszy głęboki oddech, weszła do holu. W recepcji podała jego nazwisko. Kiedy usłyszała, że pan Nowaczyński wyjechał i nie wiadomo, kiedy wróci, nie mogła uwierzyć. Kilkakrotnie powtarzała pytanie. Odpowiedź nie pozostawiała złudzeń.
- Nie ma i nie wiadomo, kiedy będzie. To już się zdarzało w przeszłości - poinformowała ją recepcjonistka. - Pan Nowaczyński pływa na jachtach i czasem nie widujemy go nawet przez kilka miesięcy. Przykro mi - dodała patrząc na bliską płaczu Monikę. Wiedziona współczuciem dodała: - Niech pani spyta jego wspólnika, mieszka tu niedaleko. Ma pani adres?
- Tak, mam, dziękuję - Monika wyszła na zewnątrz. Cała jej odwaga i wiara w to, że naprawi błędy, gdzieś się ulotniły.
Siedziała na plaży, wpatrując się w morze. Straciła rachubę czasu. O zbliżającym się wieczorze poinformowało ją coraz niżej schodzące słonce.
- Co mam robić? - zastanawiała się.
Spytała o pokój w pierwszym napotkanym hotelu. Mieli wolną jedynkę. Z ulgą wyciągnęła się na łóżku. Po chwili wstała, opanowana gorączkową chęcią działania.
- Nie ucieknie przede mną, nie może. Muszę mu najpierw wszystko wyjaśnić - postanowiła.
Wzięła prysznic, przebrała się w lnianą sukienkę. - Pojadę do jego wspólnika. On musi wiedzieć, gdzie jest Iwo - zdecydowała.
Wzięła taksówkę. Nie chciała telefonicznie uprzedzać swojego przybycia. Miała nadzieję, że Iwo tam jest i na wieść o jej przyjeździe mógłby próbować uniknąć spotkania z nią.
Drzwi otworzyła żona wspólnika, Marita.
- Monika? - zdumienie, z jakim ją przywitała, nie zwiastowało niczego dobrego. - Iwa nie ma - powiedziała chłodnym tonem. - Chyba jego szukasz tutaj, prawda?
- Prawda. Powiedz mi gdzie on jest.
- Nie wiem, a nawet gdybym wiedziała i tak bym ci nie powiedziała.
- Proszę - Monika złożyła ręce jak do modlitwy. - Proszę, pomóż mi. Na pewno wiesz, gdzie on jest. Muszę z nim porozmawiać, muszę!
- Kto tam? - spytał męski głos z głębi domu. Po chwili wspólnik Iwa stał zdumiony w drzwiach. - Ty to masz tupet! - powiedział. -Pogratulować. Czego jeszcze chcesz? - miał minę nie wróżącą nic dobrego.
- Powiedz mi, gdzie mogę go znaleźć - błagalnie poprosiła Monika.
- Po co? Masz kłopoty finansowe? To konto już jest dla ciebie zamknięte - dodał, patrząc na nią bez cienia sympatii. - Musisz poszukać sobie innego naiwnego - zatrzasnął z hukiem drzwi.
Monika stała upokorzona, czerwona ze wstydu i złości. Przez chwilę patrzyła na zamknięte drzwi, po czym z głośnym płaczem zbiegła ze schodów. Biegła na oślep, nie patrząc dokąd, byle dalej od ludzi, którzy tak ją potraktowali.
Kiedy dobiegła do plaży z impetem wbiegła do wody. - Ochłodzić się, oprzytomnieć -ochlapywała twarz słoną wodą. - Jak oni mnie potraktowali!
Po chwili usiadła na piasku i wpatrując się w dobijające do brzegu fale, zaczęła myśleć bardziej przytomnie.
“A jak mieli mnie potraktować po tym, co usłyszeli od Iwa? A jak on sam miał mnie potraktować? Przecież tak to wygląda. Sama postawiłam się w tej sytuacji. Bezwzględna dziwka wyciągająca forsę od naiwnego, bogatego kochanka. Kto może osądzać mnie inaczej? Takie są fakty - już nie płakała, lecz analizowała sytuację chłodnym okiem bezstronnego widza. - Po co ja tu przyjechałam? - zastanawiała się. - Uwierzyłam Kasi, że wszystko można naprawić. Kasia na pewno miała dobre chęci, tylko, że piekło już dawno wybrukowano dobrymi chęciami. Dalszy materiał zbędny - ironizowała. - Iwo nie chce mnie widzieć”.
Wpatrzyła się w morze. - Zabiję się -postanowiła bez emocji. - Zabiję.
Weszła do wody, ale po chwili zrezygnowała.
- Nie, najpierw mu wszystko wyjaśnię. Napiszę jednak do niego list. Zabije się potem.
Szła wzdłuż plaży, ociekając wodą. Miała nadzieję, że w końcu dotrze do hotelu.
“W hotelu na pewno mają papier listowy” - pocieszała się.
Nogi zaczynały odmawiać jej posłuszeństwa, a ona wciąż nie miała pojęcia, gdzie jest. “Jak daleko do hotelu, w którą stronę?” - zastanawiała się.
Usłyszała dźwięki muzyki i skierowała się w ich stronę. Na tarasie restauracji tańczyli rozśpiewani ludzie. Szła, osłaniając oczy przed błyskami dyskotekowych świateł. Kiedy weszła do baru, wszyscy zwrócili na nią uwagę. Ociekająca woda, rozczochrana, budziła zrozumiałe zainteresowanie.
Ktoś podszedł, pytając, co się stało. Monika, z trudem przypominając sobie hiszpańskie zwroty, spytała, gdzie jest hotel Paradise. Powtórzyła pytanie dwukrotnie, wreszcie wyjęła kartę z adresem.
- Och, to w przeciwnym kierunku - tłumaczyli jej na wyścigi. - Daleko. Może zawołać taksówkę? Skąd jest? Czy ma pieniądze?
Usiadła przy barze i poprosiła o koniak. - Podwójny - dodała. - Taksówkę też poproszę.
Koniak wypiła jednym haustem. Zamówiła drugi.
Podjechała zamówiona taksówka. Wsiadła bez słowa. Taksówkarz domagał się zapłaty z góry. Pokazała mu pieniądze. Uspokojony starał się bawić ją rozmową, ale nie reagowała.
W hotelu szybko przemknęła do windy. Kiedy zamknęła za sobą drzwi do pokoju, poczuła się zupełnie wyzuta z sił. Padła na łóżko tak, jak stała i zasnęła kamiennym snem.
Obudziło ja słońce bezlitośnie świecące jej w oczy. Zapomniała zasunąć story w oknach. Była piąta rano. Otworzyła drzwi balkonowe. Mewy krzyczały tak głośno, aż rozbolała ją głowa. “Tupot białych mew - pomyślała. - Teraz wiem, co to znaczy”.
Stała długo pod prysznicem. W pokoju był ekspres, więc zrobiła sobie kawę. Usiłowała podjąć jakąś decyzję.
“Iwo nie chce się ze mną spotkać. Jego wspólnik ani żona wspólnika mi w tym na pewno nie pomogą - analizowała w myślach punkt po punkcie. - Nikogo innego tu nie znam. Jego telefon nie odpowiada... Ale nie mogę tego tak zostawić. Nie mogłabym znieść myśli, że on... Muszę napisać do niego list. Muszę. Muszę mu to wytłumaczyć”.
W szufladzie znalazła firmową papeterię.
Tym razem list pisał się w zasadzie sam. Słowa układały się w zdania, jakby bez jej wiedzy. Pisała, aż zdrętwiała od siedzenia w tej samej pozycji.
Dochodziło południe. Popatrzyła na ostatnią zapisaną stronicę. “To jeszcze nie koniec -pomyślała. - Jeszcze nie wszystko mu wyjaśniłam”.
Poczuła głód. Ubrała się i zeszła do hotelowej restauracji. “Zjem coś, wezmę więcej papieru z recepcji i dokończę list” - postanowiła.
Późnym wieczorem list, który nie mieścił się w standardowej kopercie, był gotów. Monika siedziała przy biurku, zastanawiając się, czy przeczytać go jeszcze raz i ewentualnie nanieść jakieś poprawki. Po chwili zdecydowanie odrzuciła ten pomysł. - Napisałam go i koniec. Jak zacznę poprawiać zrezygnuję. Nie, tak ma zostać.
Nie chciało jej się spać. Wyszła na spacer.
Rano, poprosiła w recepcji o większą kopertę. Zakleiła ją i zawahała się, jaki adres napisać. “Do jego apartamentu - to może nigdy nie dotrzeć do właściciela. Spróbuję na przystani” - postanowiła.
Wybrała się tam spacerkiem. Wiedziała, gdzie Iwo cumuje swój jacht. Zaskoczona patrzyła na bujającą się przy kei Nimfę. “Jacht Iwo tutaj? - pomyślała zaskoczona. - To i on musi być tutaj”.
Obeszła całą przystań, wypatrując Iwo. Na przystani panował spokój. Tylko nieliczni załoganci kręcili się na zacumowanych jachtach.
- Poczekam - uśmiechnęła się do siebie Monika. - Poczekam i się doczekam.
Zbliżała się pora sjesty. Na przystani panowała cisza. Monika zeszła na plażę.
- Znajdę go po sjeście - postanowiła wypożyczyć leżak. Leżała ukryta w cieniu parasola i w myślach układała rożne warianty ich spotkania.
Przysnęła. Obudziła się zdezorientowana, gdzie jest. Po chwili wróciła jej świadomość. - Dobrze - wstała z leżaka - teraz czas na spotkanie.
Na przystani była niewielka restauracja z tarasem nad wodą. Usiadła w kącie, bacznie obserwując wchodzących. Czas mijał, słońce schodziło coraz bliżej wody, w tawernie robiło się coraz tłoczniej, a Iwo wciąż nie było widać.
“Musi przyjść, gdzieś przecież musi bywać” - myślała.
Wieczór zamienił się w noc, a Iwo wciąż nie było. Sprawdziła. Jacht stał na swoim miejscu, ale wyglądał na opustoszały. Po północy sprawdziła jeszcze raz. Na jachcie kręcili się ludzie. Siedziała skryta w cieniu innego jachtu i cierpliwie czekała na Iwo.
Nad ranem pojawił się jego wspólnik. O czymś żywo dyskutował z załogą. _Potem podjechało kilka samochodów. Wyglądało na to, że jacht szykuje się do wypłynięcia w rejs. “Ale gdzie Iwo?” - zastanawiała się.
Wspólnik Iwa odjechał. Goście wyglądali na zaokrętowanych. Nabrała odwagi i podeszła do jednego z załogi. Po hiszpańsku spytała, gdzie może zobaczyć kapitana Nowaczyńskiego.
Nagabywany wyszczerzył zęby w olśniewającym uśmiechu i zaczął coś wyjaśniać po angielsku. Monika nie rozumiała ani słowa.
- Czy ktoś tu mówi po francusku? - spytała zdesperowana.
Wydawało się, że zrozumiał. Zbiegł gdzieś pod pokład i wrócił z innym załogantem. Ten, niewprawną francuszczyzną zaczął wyjaśniać, że kapitan to ten właśnie, który rozmawiał z Moniką, a Nowaczyński jest w morzu. Pokazał szerokim gestem: - Gdzieś tam.
- Ale jacht - nie ustępowała Monika. - Przecież to jego jacht.
- Tak - potwierdził - jego, ale tym razem on wypłynął na dużo mniejszym. Sam. I nikt nie wie ani dokąd, ani kiedy wróci.
Chciała zapytać o coś jeszcze, ale pokazał jej, że nie ma już czasu.Wychodzą w morze, a ona musi, niestety, się wynosić. - Sorry.

26. Gorzkie rozczarowanie

Zeszła na przystań i patrzyła, jak jacht wychodzi w morze. Nie wierzyła w to, że Iwo popłynął sam. “Oszukują mnie” - pomyślała.
Wróciła do hotelu, kiedy już świtało.
Następnego dnia znowu próbowała spotkać się z Iwo. Obsługa w tawernie już zaczynała na nią patrzeć podejrzliwie.
Późnym wieczorem przysiadła się do niej starsza, mocno wymalowana kobieta. - Czego tu szukasz? - spytała bez wstępów. - Kłopotów? To już je masz.
- Szukam Iwo Nowaczyńskiego - odparła
- Aaa, to ty. Wracaj skąd przybyłaś. Twój kapitan zniknął i chyba nieprędko wróci.
- Kłamiesz!- krzyknęła Monika. - Kłamiesz. Ja wiem, że on tu jest.
- I długo zamierzasz tu czekać? - spytała kobieta.
- Do skutku.
Monika została sama. Próbowała zamówić coś do picia u kelnera, ale ten ignorował ją z doskonałą obojętnością. Kiedy przeszedł po raz kolejny, udając, że jej nie widzi, wrzasnęła na cały głos: - Kelner!
Zatrzymał się i zmierzył ją nieprzyjaznym wzrokiem. - Słucham - spytał, patrząc gdzieś w przestrzeń
Zamówiła coś do jedzenia i kawę. Była głodna po całym dniu bezowocnego oczekiwania. Skinął głową bez słowa i zniknął.
Patrzyła bezradnie, jak obsługuje wszystkich dookoła, ją ignorując kompletnie. Nie miała już sił do walki. Postanowiła wyjść na zewnątrz.
- Może mógłbym pomoc? - usłyszała jakiś głos. - Widzę, że naraziła się pani czymś tutejszej obsłudze, a oni swój honor mają. Może tak pani czekać do jutra na swoje zamówienie. Co by pani chciała?
Mężczyzna wyglądał sympatycznie więc bez zastanowienia powiedziała: - Cokolwiek. Głodna jestem i marzę o kawie.
Mężczyzna przywołał kelnera, który teraz wydawał się cały zamieniony w słuch.
Po chwili na stole zaczęły pojawiać się potrawy.
- Proszę - mężczyzna gestem zachęcił ją do uczty - na co pani ma tylko ochotę.
Podziękowała i sięgnęła po apetycznie parująca zupę.
- Pani hiszpański - zaczął mężczyzna - nie jest najlepszy. Może przejdziemy na angielski?
- Ja mówię tylko po polsku lub po francusku - odpowiedziała
- Po francusku? Naprawdę? Ja jestem Francuzem, ale przywykłem, że wszyscy mówią zazwyczajpo angielsku.
- Ja nie.
- I całe szczęście. To sama przyjemność mówić w moim języku. Wolno wiedzieć, co pani tu robi?
- Szukam kogoś.
- Może mnie? - spytał z uśmiechem. - Samotny jestem. Tułam się po świecie na jachcie w poszukiwaniu odpowiedniej kobiety już prawie trzydzieści lat. Bezskutecznie -westchnął, teatralnym gestem przykładając sobie rękę do serca.
- Niestety, nie pana. Ja dokładnie wiem, kogo szukam.
- Szkoda - westchnął ponownie. - Ale jeśli ten ktoś jest żeglarzem, to pewnie go znam. Świat wodnych maniaków nie jest znów taki wielki.
- Może.
- Niech pani nie będzie taka tajemnicza. Chce pani znaleźć tego kogoś czy to tylko pretekst żeby ze mną porozmawiać?
Monika miała ochotę powiedzieć coś niemiłego i wyjść, ale zreflektowała się w porę. Rzeczywiście, jeśli chce znaleźć Iwo musi rozmawiać z ludźmi. Tu niewiele osób, a właściwie nikt nie chciał z nią rozmawiać, więc ten Francuz jawił się jako jej ostatnia nadzieja.
Uśmiechnęła się do niego czarująco. - Jestem panu wdzięczna za kolację - zaczęła. - Nie chciałabym nadużywać pańskiej uprzejmości.
- Nadużywać? Cała przyjemność po mojej stronie. Proszę mnie prosić, o co pani tylko chce.
- Szukam Iwo Nowaczyńskiego, ma tutaj jachty i...
- Wiem, o kim pani mówi - przerwał jej. - Iwo jest powszechnie tutaj znaną osobistością. Niestety, wypłynął na łupince jakiś czas temu. Fama głosi, że wypływał wściekły na cały świat z powodu wiarołomnej kobiety. Czyżby pani była tą femme fatale?
Spuściła głowę chcąc uniknąć odpowiedzi.
- A więc jednak miałem rację - powiedział. - Cóż, Iwo nie zostawił żadnych namiarów. Na pewno ma z nim kontakt jego wspólnik.
Monika pokręciła głową w geście rezygnacji.
- A więc ten sposób odpada - rozszyfrował gest Francuz. - Mogę zaproponować inny - zaofiarował się. - Niech pani ze mną popływa po świecie. Wcześniej czy później gdzieś się natkniemy na Iwo. Może - mam nadzieję - później  i pani już nie będzie miała ochoty go szukać.
- Dziękuję, nie skorzystam - burknęła mało uprzejmie.
- Nie szkodzi, zawsze trzeba próbować -powiedział niezrażony Francuz. - Co pani zamierza?
- Wyjechać - odpowiedziała bez wahania.
- Dokąd?
- To już nie pańska sprawa - wstała zła na siebie, że dała się wciągnąć w tę głupią grę.
Poszła prosto do zarządzającego przystanią.
- Mam wiadomość dla pana kapitana Nowaczyńskiego - powiedziała tonem nie znoszącym sprzeciwu. - Proszę mu to dostarczyć najszybciej, jak tylko będzie pan mógł.
Rozdział XVII
Wysiadła w Krakowie przygnębiona. Policzyła pieniądze w obawie, że nie starczy jej na taksówkę. Starczyło. Otwierała drzwi, kiedy zawołał ją dozorca.
- Pani Moniko, poczta. Trochę się tego nazbierało.
Wzięła od niego plik korespondencji i weszła do mieszkania.
Otworzyła okna, żeby trochę przewietrzyć i nie spojrzawszy na listy, postanowiła zacząć od prysznica. Odświeżona, w lepszym humorze z filiżanką świeżo zaparzonej kawy zaczęła przeglądać korespondencję. Pierwsze parę listów wyrzuciła bez otwierania do kosza.
- Skąd te firmy mają mój adres? - zastanowiała się nie po raz pierwszy. - Powinno  się je zaskarżyć do sądu za kradzież danych.
Rachunek za prąd i pismo z administracji domów odłożyła na bok. Następny list już miał powędrować do kosza, kiedy uważniej przyjrzała się nagłówkowi nadawcy.
- Kancelaria prawnicza, a to co?
Rozerwała kopertę i w miarę jak czytała list, robiła się coraz bledsza. - Niemożliwe - szeptała do siebie - to po prostu niemożliwe.
List czytała kilka razy, jakby miała trudności, ze zrozumieniem treści. Iwo, za pośrednictwem prawnika, domagał się zwrotu wszystkich pieniędzy, jakie wysyłał jej przez lata dla rzekomo jego syna. Skrupulatnie wyliczone było, ile ma zwrócić kwoty zasadniczej, ile odsetek, jaki jest przelicznik inflacyjny i tym podobne. Kwota końcowa opiewała na trzysta czterdzieści osiem tysięcy siedemset dwadzieścia pięć złotych i trzydzieści dwa grosze. Patrzyła i nie wierzyła, że to prawda. Prawnik informował, że w razie gdyby odmówiła zapłacenia żądanej sumy, jego klient skieruje do sądu sprawę o oszustwo i wyłudzenia z paragrafu tego a tego. artykuł taki i taki. Do pisma dołączone były kopie dwóch listów, jakie ona wysłała przed laty do Iwo. Dalej były pogróżki, że wszystkie ewentualne dalsze koszty, wynikające z postępowania sadowego, będą obciążać ją i prawnik radzi z dobrego serca załatwić sprawę polubownie.
Monice zabrakło tchu. Wyobraziła sobie Maćka dowiadującego się na sali sądowej, że matka wyłudzała pieniądze od Iwo, minę byłego męża, szok Krzysia, który z prasy dowie się, że to on jest ojcem jej syna.
Polubowne załatwienie sprawy polegać miało na zapłaceniu całej sumy w trzech ratach, w odstępie dwóch miesięcy każda.
Monika przeczytała list jeszcze raz i raptem wybuchnęła śmiechem. Suma daleko przekraczała wartość jej mieszkania. Nie miała żadnych oszczędności. Zresztą, pieniądze to był drugi problem. Pierwszym było to, że Iwo nie chce mieć już z nią nic do czynienia. Koniec. Tak z nią zerwał. Skreślił ją i miał rację. Śmiała się coraz głośniej. Zaczęła ją męczyć czkawka. Śmiech przerodził się w spazmy, a potem w histeryczny płacz.
Śmiała się i płakała na przemian całą noc. Nad ranem, wyczerpana, zapadła w nerwową drzemkę.
- Trzysta czterdzieści osiem tysięcy siedemset dwadzieścia pięć złotych! - wykrzyknęła Kasia wymachując listem. - Zwariował! Tu trzeba prawnika. O, jak to sobie wyliczył! - pukała palcem w kartkę. - Siła nabywcza stu dolarów teraz i dwadzieścia pięć  lat temu. Jaki skrupulatny! Ma wszystkie dowody wpłat. Nie, Monika, musisz koniecznie iść do prawnika. Wyliczył on - wyliczysz i ty.
- Nic nie będę wyliczać - Monika wyjęła pismo z dłoni przyjaciółki. - Nic. Zapłacę mu tyle, ile żąda. W terminie.
- Jak zamierzasz to zrobić? Przecież to ogromna kwota. Skąd zamierzasz ją wziąć w przeciągu pół roku? Poza tym zbyt dużo żąda. Ma prawo, niestety, domagać się zwrotu pieniędzy, ale nie wielokrotności tej sumy. Ja bym...
- Kasiu, dzięki, ale ja nie zamierzam na ten temat dyskutować. On ma rację. Może nie co do wysokości sumy, jakiej żąda, ale... Rozumiem, że chce odwetu. I w tym punkcie też ma rację. Nie, dzięki za dobre chęci, ale ja już postanowiłam. Nie wiem jeszcze jak zdobędę te pieniądze, ale zdobędę je. Spod ziemi. Nieważne skąd. Muszę je zdobyć. Nie będę go o nic prosić.
Kasia przyglądała się przyjaciółce bez słowa.
- Mam trochę biżuterii - kontynuowała Monika bez emocji - po ciotce Honoracie. Zabytkowej. Takiej wiesz, co z pokolenia na pokolenie. Dwa serwisy, których nie używam - też coś warte, bo to przedwojenny Rosenthal. Biurko i ten fotel, dwa klasery ze znaczkami - nie mam pojęcia ile to warte, ale ciotka mówiła, że sporo. Kilka obrazów, na szczęście wzięłam je z mieszkania. Trochę starych książek i innych drobiazgów. Muszę iść do Desy, żeby mi to wszystko wycenili. Myślę, kontynuowała, że na pierwszą ratę starczy. Wezmę kredyt hipoteczny pod zastaw mieszkania. Spłacone to nie powinnam mieć kłopotów. Zacznę pracować, będę udzielać lekcji od rana do wieczora. Jakoś zdobędę te pieniądze.
- Chcesz sprzedać wszystko? - Kasia miała ochotę coś powiedzieć, ale zrezygnowała. - No dobrze, westchnęła, skoro tak postanowiłaś... Nie idź do Desy. Zapłacisz rzeczoznawcy, potem prowizję firmie, stracisz dużo. Tu trzeba inaczej. Ja znam takiego jednego, co się tym zajmuje prywatnie. Henryk Długopolski się nazywa. Facet od lat trudni się pośrednictwem w sprzedaży antyków. Zna wszystkich i zawsze wie, kto czego potrzebuje, chce i ile jest skłonny zapłacić. Henryk to firma. Ma znakomite markę. Wielu ludzi woli kupować od niego, bo to pewność i zaufanie, no i daleko od fiskusa. Transakcje w gotowce. Chcesz?
- Ty zawsze masz odpowiednie kontakty - z trudem uśmiechnęła się Monika. - Dzwoń do niego, nawet zaraz.
Kasia wyjęła z torby notes i zaczęła go kartkować w poszukiwaniu numeru telefonu. Monika stała przy oknie zamyślona.
- Hej, wróć do rzeczywistości - Kasia stanęła obok niej. - Pan Henryk jest skłonny złożyć ci wizytę za dwa dni.
- Świetnie. Powiedz, że się zgadzam. Obojętnie, o której - dodała. - Dostosuję się do niego.
- No to załatwione - Kasia schowała telefon do torby. - Będzie pojutrze o czternastej. To arystokrata z zasadami. Zapewniam cię, że zadzwoni punktualnie o drugiej. Ani sekundy wcześniej czy później. Przygotuj się.
- Tak, ocknęła się Monika, powyciągam wszystko, co może mieć jakąkolwiek wartość. Czekaj - ocknęła się - przecież ja mam w piwnicy jeszcze nierozpakowane trzy kartony z takimi różnymi drobiazgami po ciotce. Nie wiem czy to coś warte, ale stare.
- W piwnicy trzymasz? Może ktoś ci to już ukradł?
- Nie, chyba nie. Prawdę mówiąc nie zaglądałam tam od tygodni.
- A co tam masz?
- Porcelanowe figurki, sztućce srebrne... Nie lubię ich używać, bo ciągle trzeba je czyścić. Zatrzymałam je sobie tak, na wszelki wypadek, gdybym kiedyś miała jednak większe mieszkanie. Lampa taka śmieszna, ale lubiłam ją...
- To chodźmy - zdecydowała Kasia. - Teraz wszystko, co ma więcej niż pięćdziesiąt lat jest coś warte. Niech Długopolski obejrzy, co tam masz.
Monika ożywiła się trochę. - Masz rację, zaraz pójdę i przyniosę wszystko tutaj.
- Razem pójdziemy. A potem zapraszam cię na obiad - powiedziała Kasia.
- Nie, dzięki, nie mam ochoty nigdzie wychodzić.
- Wyjdziesz - Kasia była nieugięta. - Nie możesz stale siedzieć w domu i patrzeć w sufit, zapijając smutki koniakiem. Co się stało - to się nieodstanie, ale dalej żyć musisz. Może to się jeszcze jakoś wyjaśni...
- Sama nie wierzysz w to co mówisz - Monika machnęła ręką w geście kompletnej rezygnacji. - Nic się nie wyjaśni. Chcę tylko zakończyć tę sprawę. Żyć dalej - dodała cicho. - Po co? Dla kogo?

27. Wielka wyprzedaż

- Pani się wyprowadza?
Aż drgnęły obie zaskoczone widokiem dozorcy.
- Nie, tylko chcę zabrać kilka rzeczy z piwnicy.
- To może ja pomogę?
- Świetnie! - zawołała Kasia. - Weźmie pan te dwa kartony?
- Jasne, ma pani rację - mówił, wchodząc po schodach. - Ja pilnuję, ale stale coś ginie. Jak ma pani coś wartościowego, lepiej nie trzymać w piwnicy. A pan kapitan to, kiedy znów przyjedzie? - zapytał.
- Nieszybko, a właściwie nigdy.
- Oooo, to szkoda, bo wie pani jak z nim rozmawiałem ostatnio...
- Naprawdę przykro mi, ale pan kapitan więcej się tu nie zjawi - przerwała mu obcesowo Monika.
- Przepraszam, ja nie chciałem...
- Dziękuję panu - Monika nieuprzejmie zatrzasnęła mu drzwi przed nosem. - Nie wytrzymam tego! - wybuchnęła. - Nie wytrzymam! Nie mogę wyjść z domu, żeby ktoś o niego nie zapytał.
Kasia tylko westchnęła w odpowiedzi. - Ubieraj się - zarządziła - idziemy coś zjeść. No już, nie protestuj! Pójdziemy tam, gdzie na pewno nikt cię o niego nie zapyta.
Monika porozstawiała na stole i na półkach wszystko, co - jej zdaniem - miało jakąkolwiek wartość, żeby Długopolski mógł sobie dokładnie pooglądać. Sama była ciekawa, ile warte są te nagromadzone przez lata pamiątki. Nigdy wcześniej się nad tym nie zastanawiała. Z żalem spojrzała na biurko, ale szybko zajęła się czym innym. “Nie będę niczego żałować - postanowiła - muszę zdobyć pieniądze, żeby spłacić dług. Muszę”. Parząc kawę zastanawiała się, czy ma coś jeszcze, co warto pokazać. “Chyba jeszcze tylko to - myślała - co zostało w tamtym mieszkaniu... Nie, nie będę niczego brać od dzieci. Musiałabym im wyjaśnić po co”.
Długopolski przyszedł punktualnie. Przywitał się, za kawę podziękował i prowadząc niezobowiązującą konwersację zaczął przeglądać poszczególne przedmioty. - Te dwa serwisy mogę pani sprzedać w przeciągu kilku dni. Mam klienta - powiedział. - Myślę, że mógłbym za nie uzyskać jakieś dwadzieścia pięć tysięcy złotych.
- Ile? - Monika myślała, że się przesłyszała.
- Moja prowizja wynosi dwadzieścia procent - dodał. - To i tak taniej niż pośrednictwo Desy. Czyżby cena pani nie odpowiadała?
- Nie, nie wiem. Nigdy się tym nie interesowałam. Zaskoczył mnie pan, bo szczerze mówiąc, nie liczyłam aż na tyle.
-  Pani Moniko, krakowskie mieszkania kryją skarby, o czym ich właściciele wcale często pojęcia nie mają. O, ta lampa, też warta z pięć tysięcy.
- Żartuje pan?
- Nie, znam się na tym. Przepraszam, ładne biurko - powiedział. - I choć niesygnowane żadną znaną firmą, też można je sprzedać za mniej więcej dwadzieścia tysięcy. Pozwoli pani, ze zrobię kilka zdjęć? Muszę jakoś zachęcić moich klientów do kupna.
- Ależ bardzo proszę. Myśli pan, że jest szansa na to, żeby je sprzedać szybko?
- Zależy pani na czasie?
- Nawet bardzo.
- Cóż, te serwisy, biurko, fotel i lampę właściwie może pani uznać za sprzedane. Cenę będę negocjować z potencjalnymi nabywcami. Pani Kasia mówiła, mam nadzieję, że u mnie tylko słowo się liczy? Żadnych kwitów, paragonów, pokwitowań. I płacę gotówką.
- Tak, bardzo mi to odpowiada.
- Świetnie - Długopolski w milczeniu przeglądał zgromadzone przedmioty, fotografował, robił jakieś notatki. - Piękna broszka - powiedział, trzymając w ręku klejnot ciotki. - Biżuterię, jeśli pani się zgodzi, zabiorę na kilka dni. Muszę się jej dokładnie przyjrzeć w domu. Ten wisior będzie chyba najcenniejszy w pani kolekcji. Nie chciałbym jednak popełnić pomyłki. To tutaj - wskazał na biżuterię Moniki - to warte tyle, ile kruszec. Masowa robota, ale też można znaleźć amatora. Teraz, pani Moniko, przybywa nowo bogackich w takim tempie, że trudno nastarczyć z zaspokajaniem ich apetytów. A ta miniatura - wskazał ręką na wiszący na ścianie obrazek - też wchodzi do sprzedaży?
- Jeśli jest coś warta...
- Wszystko ma swoją wartość - zauważył sentencjonalnie. - I na wszystko można znaleźć amatora, trzeba tylko wiedzieć, gdzie szukać. Ludzie ze snobizmu kupią wszystko, trzeba tylko umieć sprzedać. No i oczywiście ważne jest, kto sprzedaje. Tę samą rzecz można sprzedać za bezcen w sklepie ze starociami i za to samo żądać fortuny w salonie starej arystokracji. Takie życie - westchnął, odkładając te przedmioty, które zdecydował się zabrać na osobną kupkę. - No, to ja chyba skończyłem na dziś. Będziemy w kontakcie. Pani pracuje? Pytam, bo chciałbym wiedzieć, w jakich godzinach najlepiej się z panią kontaktować.
- Nie pracuję, a jeśli to w domu. Proszę dzwonić o każdej dogodnej dla pana porze. 
- Świetnie, proszę zapamiętać, co wziąłem. Nie, niech się pani nie martwi, u mnie nic nie ginie. Zajmuję się tym od czasu nieszczęsnej nacjonalizacji, kiedy to straciliśmy rodowe dobra. Z czegoś trzeba żyć. Ludzie lubią prowadzić ze mną interesy, bo moją dewizą jest słowo droższe od pieniędzy. Wie pani - Bóg, honor, ojczyzna. Stara szkoła. Postaram się wynegocjować dla pani jak najkorzystniejsze ceny - dodał całując ją w rękę. - Do zobaczenia pani Moniko.
Zamknęła za nim drzwi i usiadła przypatrując się odziedziczonym przez ciotkę przedmiotom. “To aż tyle warte? - zadumała się. - Ciotka żyła prawie w biedzie, chyba nie zdawała sobie sprawy z wartości posiadanych rzeczy. Nie, to nie tak. Dla niej one miały wartość sentymentalną, nigdy niczego by nie sprzedała. Nawet gdyby miała jeść suchy chleb. Czy warto aż tak przywiązywać się do przedmiotów? A mój ojciec? Z jakim pietyzmem traktował to biurko. Zawału by dostał, gdyby wiedział, że ja używam go do codziennej pracy, bez szacunku dla mebla stawiam na nim filiżankę z kawą i trzaskam szufladami, kiedy mnie coś denerwuje. A teraz wszystko sprzedam, żeby zapłacić za stare grzechy”.
- Gdyby miało mi to przywrócić Iwo, sprzedałabym ostatnią koszulę - rozpłakała się. - Wszystko, żeby go tylko odzyskać. Ale to niemożliwe. On już do mnie nie wróci - rozszlochała się. - Nigdy. Oddam mu, co do grosza tyle, ile zażądał tylko i tak to niczego nie zmieni. Ja nie chcę żyć bez niego, nie chcę - płakała coraz rozpaczliwiej. Przez chwilę zastanawiała się czy odebrać telefon, który dzwonił natarczywie. “A jeśli to on? Aż podskoczyła na równe nogi. Przeczytał mój list i chce rozmawiać”.
- Halo - zawołała energicznie do słuchawki starając się ukryć, że płakała.
- Mama? Płaczesz? Masz taki dziwny głos.
- Nie, nie płaczę - starała się opanować za wszelką cenę. - Trochę zdyszana jestem, bo postanowiłam zrobić porządki - kłamała, modląc się, żeby to zabrzmiało przekonywująco.
Maciek, jakkolwiek z początku niezbyt przekonany, w końcu uwierzył, że wszystko w porządku. - Cieszę się - powiedział - że tak dzielnie się trzymasz. Masz rację, fizyczna praca czasem jest najlepszym lekarstwem. Ja odkąd pracuje na budowie sypiam jak mój syn. Przykładam głowę do poduszki i już mnie nie ma - śmiał się. - Ania mówi, że obydwaj śpimy jak zdrowe niemowlęta. A może przyjedziesz do nas? Wszyscy tu za tobą tęsknimy.
- Bardzo chętnie, ale jeszcze nie teraz. Mam trochę spraw do załatwienia, musze pomyśleć o pracy - usprawiedliwiała się. - Wiesz, miałam kilka interesujących propozycji, które odrzuciłam, a coś robić muszę.
- Mogę ci jakoś pomoc? - spytał syn.
- Ciągle mi pomagasz.
- Jak to?
- Dajesz mi siły do życia. Jak widzę was takich szczęśliwych, to i moje kłopoty bledną.
- Och, mamo, mamo... Chciałbym ci wierzyć. Przyjedź - poprosił ponownie. - Tak tu teraz pięknie.
- Przyjadę synku, na pewno, za kilka dni może dwa tygodnie, ale przyjadę. Uściskaj Anię i Antosia, wszystkich uściskaj.
- Sama sobie ich ściskaj - roześmiał się Maciek. - Ja mogę tylko Anię i Antosia. Przyjeżdżaj i mną się nie wysługuj.
Roześmiała się po raz pierwszy od niepamiętnych czasów. Szczerze i bez przymusu. “Och, Maciek, synku, jak dobrze, że cię mam - pomyślała. Nie możesz się dowiedzieć o moich błędach z przeszłości - kontynuowała swój monolog. - Nie możesz. Ani o tym, że Jan nie jest twoim ojcem, ani o tym, że oszukałam Iwo. Znienawidziłbyś mnie, a ja tego bym naprawdę nie przeżyła. Za swoje błędy muszę zapłacić sama. Ochronię cię. Tak, jak dotąd to robiłam. Nie dopuszczę, żebyś stracił do mnie szacunek. Nigdy”.
Kasia wpadła niezapowiedziana. Monika podejrzewała przyjaciółkę, że ta po prostu sprawdza, czy wszystko z nią w porządku. Postanowiła przekonać ją, podobnie jak Maćka, że świetnie sobie radzi. “Nie mogę wszystkich obarczać swoimi problemami, Kasia i tak zrobiła dla mnie ogromnie dużo. Każdy ma swoje życie, a ja jestem już wystarczająco dorosła, żeby odpowiadać za siebie”.
Kasia była zdziwiona, widząc uśmiechniętą Monikę. Słuchała, kiedy opowiadała, jaki to z Długopolskiego świetny pośrednik. - Tak, pan Henryk cieszy się zasłużoną renomą - przytaknęła. - Mówią o nim, że jest w stanie sprzedać wszystko za cenę, jakiej nikt inny nie osiągnie. I z tego, co mówisz, widzę, że fama o jego talentach jest jak najbardziej zasłużona.
- Jest - przytaknęła Monika. - Czy ty wiesz, że on powiedział, iż sprzeda mi tę lampę za pięć tysięcy?
- Niewiarygodne, nigdy nie podejrzewałam, że te drobiazgi mogą mieć taką wartość.
- Chyba jest tak, jak mi powiedział: “Mniej ważne, co się sprzedaje, istotne kto sprzedaje”.
- Tak - przytaknęła Kasia. - Henryk, ze swoim wyglądem, manierami i rodowodem sięgającym czasu Jagiełły, potrafi wywrzeć wrażenie na nowobogackich. Z jego poręki kupią wszystko za cenę, jaką im zaproponuje. Z nim nie ośmielą się targować. To on łaskawie opuszcza im, co nieco w dowód książęcej łaskawości. Legendy krążą o tym, co sprzedał i komu.
- I całe szczęście - westchnęła Monika. - Niech posprzedaje mi to wszystko, spłacę Iwo i postaram się zapomnieć.
- Mam nadzieję, że ci się uda - Kasia była autentycznie zatroskana.
- Musi - Monika uśmiechnęła się do niej. - Jak zwykle, miałaś rację. Muszę żyć. Mam dla kogo. Mam wnuka.
- No widzisz, zaczynasz mówić sensownie - ucieszyła się Kasia.
Monika nadrabiała miną. Z zadowoleniem stwierdziła, że uspokoiła obawy przyjaciółki. Umówiły się na następny dzień do teatru. Po jej wyjściu, Monika opadła z sił. Kiedy nie musiała udawać, rozpacz ogarniała ją ponownie. Bez Iwo straciła chęć życia. Teraz chciała tylko jednego. Na tyle, ile to możliwe, naprawić błędy. - Trzeba było mu powiedzieć przy pierwszym spotkaniu - wyrzucała sobie stale zalewając się łzami. - Może wtedy jakoś by to zniósł. Ale tego, że go oszukiwałam nadal - nie zniesie. Nie wybaczy mi. Nigdy. I jak ja mam żyć? Po co?
Nalała sobie solidną porcję koniaku. Miała plan. Posprzedaje, co się da. Brakującą sumę pożyczy z banku. Odda Iwo wszystko, co do grosza. A potem? Maciek odziedziczy mieszkanie, sprzeda je, spłaci dług i jeszcze mu coś zostanie. To był plan, który trzymał ją przy życiu. Piła co wieczór. Nie mogła spać. Alkohol też nie koił jej nerwów. Co rano patrzyła na siebie z niesmakiem. Tony kosmetyków kryły ziemistą cerę, krople do oczu tuszowały przekrwione białka. Na zewnątrz starała się pokazać, że wszystko z nią w porządku.
Długopolski dotrzymał słowa. Sprzedał serwisy, większą cześć biżuterii, sztućce, porcelanowe figurki i miniaturę. Wręczył jej sto dwadzieścia tysięcy złotych. Oniemiała. Nie spodziewała się aż takiej sumy.
- To już po odliczeniu mojej prowizji - dodał. - Biurko i fotel już ma nabywcę, ale musi pani poczekać około miesiąca. Mój klient bawi za granicą.
- Poczekam - powiedziała. - Co do reszty, liczę, że jeszcze uda mi się dostać podobną sumę.
- Nie ma pani już nic więcej?
- Niestety.
- A te książki?
- Niech pan je przejrzy - zaproponowała. -Mam jeszcze trochę w tej szafce. A, i jeszcze ten obraz w sypialni.
- O nim pamiętam, wziąłem go pod uwagę poprzednim razem. Dużo pani brakuje? - spytał. - Nie moja sprawa, na co pani potrzebuje pieniędzy, ale widzę, że ma pani jakiś problem.
- Jeśli sprzeda mi pan resztę za następne sto dwadzieścia tysięcy, to będzie mi jeszcze brakowało około sto.
- Ma pani jakiś pomysł?
- Chcę wziąć pożyczkę z banku pod zastaw mieszkania.
- Mieszkanie spłacone? - spytał
- Tak, całkowicie.
- Gdyby miała pani trudności z uzyskaniem pożyczki, proszę dać mi znać. Są ludzie, którzy świadczą takie usługi na korzystniejszych warunkach niż bank. Są dyskretniejsi, nie żądają zbyt wielu zabezpieczeń. Chętnie pomogę.
- Jestem panu bardzo wdzięczna, to dla mnie ogromnie ważne. Musze zdobyć te pieniądze, muszę.
- Pani Moniko, zdobędzie je pani, obiecuję.

28. Skarb

Odetchnęła. “Ten hrabia spadł mi jak z nieba” - myślała idąc do banku przelać pieniądze na konto kancelarii prawnika Iwo.
Codziennie, otwierając skrzynkę na listy, miała nadzieję, że znajdzie w niej list od Iwo. I codziennie przeżywała tak samo mocne rozczarowanie. Teraz, kiedy wysłała pierwszą ratę długu, jej nadzieja wzmogła się. “Zobaczy, że staram się oddać to wszystko, przeczyta mój list - bo chyba dotarł do niego? - odezwie się. Musi się odezwać”.
Nadzieja przeplatała się ze zwątpieniem. Czas płynął, a od Iwo nie było żadnego znaku. Zatelefonował Długopolski, że za trzy dni przyśle ludzi po biurko i fotel. Wieczorem zaczęła opróżniać szuflady. Kiedy wzięła do ręki kopertę ze zdjęciami z pobytu z Paryża, rozkleiła się zupełnie. Rozsypała zdjęcia po dywanie i wpatrując się w nie czuła, że bez niego jej życie nie ma żadnego sensu. Znów sięgnęła po koniak. Piła i płakała. “Tyle wspaniałych chwil. Znów pokazał mi raj, żeby za chwilę strącić mnie w piekielną otchłań. Czy on nie ma serca? Gdzie on się podziewa? A jeśli pociesza się w ramionach innej?” - z pasją rzuciła kieliszkiem o ścianę. Płakała jak wtedy, przed laty. Jak wtedy, kiedy po upojnych dziewiętnastu dniach odwiózł ją do ośrodka w Jarosławcu. Tamte dziewiętnaście dni zmieniły całkowicie jej życie. A teraz znów wrócił. Po to, żeby złamać jej serce ponownie. - Nie przeżyję tego, nie mam, po co żyć - rozpaczała, depcząc rozrzucone zdjęcia. - Kto mnie przeklął? Dlaczego ja jedna nie mogę być szczęśliwa z mężczyzną, którego kocham?
Pozbierała zdjęcia i wepchnęła je do koperty. Łzy płynęły nadal po jej twarzy. - Dokończę, co postanowiłam - otarła twarz rękawem. - A potem... Nie, nie będę teraz myśleć, co potem.
Nalała sobie znów koniaku. Ostrożnie pozbierała odłamki szkła. Została jej do opróżnienia ostatnia, dolna szuflada. Tam trzymała rodzinne dokumenty swoje i Maćka. Pamiątki po rodzicach i ciotce Honoracie. Pociągnęła za uchwyt, szuflada ani drgnęła.
- Do cholery, jeszcze tego mi brakowało! - uderzyła dłonią, mając nadzieje, że szuflada się odblokuje. Nic. Próbowała podważyć śrubokrętem. Na nic. - Nie, poczekam do jutra - postanowiła - nie chcę uszkodzić mebla. Przecież już go sprzedałam.
Ale ta zatrzaśnięta szuflada nie dawała jej spokoju. Po chwili znów próbowała zmusić ją do posłuszeństwa. Jej zabiegi były bezskuteczne. Postanowiła powyjmować górne szuflady. Ciężko jej szło, bo zrobione z solidnego drzewa, sporo ważyły. Wreszcie uporała się z nimi. Ostania szuflada nadal nie dawała się wyciągnąć. “Uderzę od środka młotkiem, może puści” - postanowiła. Walnęła z całej siły młotkiem owiniętym ręcznikiem. Szuflada odskoczyła, a wraz z nią dolna listwa. - No tak - Monika usiadła na podłodze - i uszkodziłam mebel. Akurat przed sprzedażą.
Wyjęła szufladę. Oglądała listwę, szukając odprysków. Wyglądała na nieuszkodzoną. - Odkleiła się po prostu - ucieszyła się Monika. - Może uda mi się przykleić ją z powrotem - położyła się obok biurka, chcąc jak najdokładniej obejrzeć szkodę. - A to co?
Listwa kryla pustą przestrzeń. Wyglądało, jakby pod szuflada była skrytka. Chciała wsunąć tam rękę, ale szpara była za wąska. Nie namyślając się wstała i przewróciła biurko. Ze skrytki wysypały się złote monety. Monika zaczęła się histerycznie śmiać. Śmiała się jak szalona, nie reagując na dźwięk dzwonka przy drzwiach.
Zaniepokojona Kasia, słysząc dziwne odgłosy, waliła w drzwi coraz głośniej. - Monika, otwórz! Monika! - krzyczała, nie zwracając uwagi na to, że budzi sensację wśród sąsiadów.
Wreszcie Monika, śmiejąc się cały czas, otworzyła drzwi.
- Co się stało? Oszałaś?! Monika! - Kasia potrząsała ja za ramiona. - Monika, powiedz coś?!
Monika ręką pokazała na pokój.
- Co ty robisz? Demolujesz meble? A ja myślałam, że je sprzedajesz.
- Też tak myślałam. Popatrz.
- A to co?
- Skarb pradziadka - Monika powoli się uspokajała. - Skarb pradziadka. Rodzinna legenda mówiła, że to biurko przywróci świetność rodzinie. No i popatrz.
- Widzę, nie ma tam więcej? - zainteresowała się Kasia.
- Nie wiem, nie zdążyłam sprawdzić.
Oglądały biurko ze wszystkich stron.
- Tak to my nic nie znajdziemy - powiedziała w końcu Kasia. - Zadzwoń jutro do Henryka, powiedz co i jak, on kogoś tu przyśle. Ten mebel trzeba rozebrać, żeby mieć pewność.
- Masz rację - zgodziła się Monika. - Ale zobacz tylko, jak to w każdej legendzie jest ziarnko prawdy. U nas w rodzinie czekało się na geniusza, który spłodzi epokowe dzieło przy tym biurku i tym sposobem przywróci świetność rodzinie. Nikt nigdy nie podejrzewał, że są tu ukryte skarby. Może dlatego, że pradziadek zmarł rażony apopleksją z powodu bankructwa?
- Pewnie tak, a może on ukradł komuś to złoto i bał się używać majątku pochodzącego z nieczystych interesów? Może chciał przekazać tajemnicę, ale nie zdążył?
- Coś tam musiało być. Teraz to sobie możemy gdybać. Wiesz co, Kasiu? Z kradzieży czy nie, teraz to już przedawnione tak, czy inaczej przestępstwo, a ja mam pieniądze, żeby spłacić dług. Widać jakieś geny po pradziadku odziedziczyłam i teraz on zza grobu, czując pokrewieństwo dusz, w ten sposób mi pomógł. Dzięki pradziadku.
- Ciekawe, ile to jest warte? - Kasia oglądała monetę uważnie. - Złote rosyjskie ruble, muszą być wiele warte, jak sądzę. W tych numizmatycznych sprawach liczy się kruszec, rok wybicia, stopień zużycia monety i takie tam różne. Mój trzeci mąż znał się na tym, ale Henryk będzie też wiedział. To ekspert, jakich mało. I ma pół wieku doświadczenia, solidnego wykształcenia nie licząc. Zatelefonuję do niego zaraz, jeszcze nie jest za późno.
Henryk Długopolski pojawił się następnego dnia w towarzystwie innego nobliwie wyglądającego pana. - To ekspert w dziedzinie renowacji mebli - przedstawił go Monice. - Wie pani? Całkiem niedawno mieliśmy podobną sytuację. Przy wynoszeniu biurka otworzyła się skrytka pod blatem. Też znaleźliśmy trochę kosztowności, a przede wszystkim dokumenty. Teraz na ich podstawie właściciele domagają się zwrotu zagarniętego majątku. Cóż, przeszukamy mebel w pani obecności, żeby wszystko było jasne. Jeśli kryje jeszcze jakieś tajemnice, to my je znajdziemy.
Ekspert rozebrał biurko bez mała na części. Znalazł jeszcze jedną skrytkę, ale pustą. - Albo nic w niej nie było, albo ktoś ją kiedyś opróżnił. Nic więcej nie ma - zawyrokował ekspert.
- Podtrzymuje pani decyzję o sprzedaży biurka? - spytał Długopolski.
- Tak - bez wahania odpowiedziała Monika. - Cóż, nie muszę dodawać, że cena sprzedaży pomniejszona zostanie o koszt przywrócenia temu biurku poprzedniej świetności.
- Liczę się z tym.
- W takim razie nasz ekspert zabierze je teraz do siebie, a my zobaczymy, co też pani znalazła. Monety w doskonałym stanie, jakby prosto z mennicy - ucieszył się. - To znacznie zwiększy ich wartość. Chyba nie będzie pani musiała brać kredytu - dodał.
- To bardzo ułatwia mi sprawę -podsumowała Monika.
- Chce je pani sprzedawać pojedynczo czy raczej zainteresowana jest pani szybką sprzedażą wszystkiego?
- Potrzebuję pieniędzy - odparła w odpowiedzi.
- W takim razie poszukam nabywcy.
Monika rozejrzała się po opustoszałym mieszkaniu. Bez wahania chwyciła torebkę i wyszła z domu. Bez biurka, fotela i ulubionych drobiazgów mieszkanie wyglądało zupełnie inaczej. “Jakby ktoś umarł” - pomyślała. Szła bez celu zamyślona, nie zwracając uwagi na otoczenie.
Kasia zauważyła ją wychodząc ze sklepu. Chciała ją zawołać, ale się powstrzymała. Obserwowała przyjaciółkę z bezpiecznej odległości, idąc powoli za nią. - Boże, jak ona się postarzała - westchnęła.
Monika, ta zawsze elegancka, zadbana Monika nie przypominała siebie samej sprzed kilku jeszcze tygodni. Niedbale związane włosy z wyraźnymi odrostami, przygarbione plecy... Z całej jej postawy biła ogromna rezygnacja. Kasia odkrywała przyjaciółkę na nowo. “Jak ona cierpi. Przy mnie udaje, iż wszystko w porządku, a kiedy jej się wydaje, że nikt jej nie obserwuje, przypomina obraz nędzy i rozpaczy. Idzie krokiem starej, steranej życiem kobiety, która już dawno straciła nadzieję. Czy ona jeszcze kiedyś wróci do normy?” - zastanawiała się, cały czas idąc za nią.
Monika szła wolno, nie patrząc na nic i na nikogo. Usiadła na ławce i zapatrzyła się w dal. Siedziała nieruchomo, zupełnie obojętna na otoczenie. Kasia nie wytrzymała i udając, że zauważyła ją dopiero przed momentem przysiadła się obok.
- Ach to ty? - Monika otworzyła oczy. - Co tutaj robisz?
- Przechodziłam, nie byłam pewna czy to ty...
- Obserwowałaś mnie - domyśliła się Monika. - Cóż, nie jestem w najlepszej formie.
- Widzę. Idź do fryzjera, kosmetyczki zaraz ci się humor poprawi.
- Nie poprawi - zaprotestowała Monika.
- Jedź do dzieci w góry.
- Pojadę - odparła obojętnym tonem. - Pojadę jak tylko Henryk pozałatwia moje interesy.
- Monika! - zdenerwowała się Kasia. - Zrób coś do diabła! Zrób coś z sobą. Patrzeć na ciebie nie mogę! Wyglądasz jak...
- Ja też nie mogę na siebie patrzeć - przerwała jej Monika. - Wiem jak wyglądam.
- To tym bardziej zrób coś.
- Po co? Nie mam takiej potrzeby.
- Dla siebie. Żebyś patrzyła na swoje odbicie z przyjemnością. Dla dziec. No, nie wiem...
- Kasiu, ja nie mam po co żyć - Monika pochyliła głowę. - Nie mam. Sama wszystko zepsułam. Wiem. Nie mogę mieć do nikogo pretensji. Do niego przede wszystkim. Co ja najlepszego narobiłam?
- Nie płacz - Kasia pogłaskała ją po ramieniu. - No, nie rycz tutaj, chodź - machnęła ręką na przejeżdżającą taksówkę. - Wsiadaj. Boże, co ja mam z tobą zrobić?
- Kasiu, przepraszam. Zostaw mnie, zostaw proszę.
Kasia podała kierowcy banknot i adres. - Przyjadę do ciebie po południu - obiecała przyjaciółce. - Wypłacz się może, to ci pomoże.
Monika płakała i bez tej zachęty. Taksówkarz popatrzył na nią ze współczuciem.
- Jedź do dzieci - namawiała Kasia przyjaciółkę. - Siedzisz i pijesz. Pijesz i rozpaczasz. Chcesz się wykończyć?
- Może to byłoby jakieś wyjście -odpowiedziała Monika. - Wysłałam wszystko. Zapłaciłam, co do grosza. Koniec. Finansowe sprawy uregulowane. Czy ty wiesz, że zostało mi jeszcze na drobne wydatki?
- To idź do biura podróży i wykup sobie jakieś wczasy - zaproponowała Kasia. - Wyjedź, zobacz innych ludzi. Nie siedź w tym domu, bo naprawdę zwariujesz.
- Tak, to jest pomysł - ożywiła się Monika. - Wyjadę. Daleko. Tam, gdzie myśli się o zupełnie innych sprawach.
- No widzisz. Jedź do Turcji, Egiptu, czy gdzie tam chcesz. Pożyczę ci w razie, czego na wyjazd. Idź do fryzjera, kup sobie coś nowego
- Kupię, wyjadę - przytakiwała Monika. - Masz rację. Wyjazd będzie najlepszy.
Kasia patrzyła zaniepokojona.
- Nie martw się, Kasiu. Sama mówisz, że zawsze jest jakieś wyjście. Bo jest. Masz rację, jak zwykle masz rację. Kiedy wyjeżdżasz do Włoch? - spytała, żeby zmienić temat.
- Pojutrze rano. Wiesz, wolałabym cię jednak wysłać do dzieci.
- Kasiu, dam sobie radę, Przyrzekam. I wiesz co? Jutro rano pojadę do dzieci.
- No, wreszcie mówisz jak człowiek - ucieszyła się Kasia.
Monika pakowała torbę i nawet zaczęła podśpiewywać. Podjęła decyzję. Już wiedziała, co zrobi.
- Mama, ale niespodzianka! - ucieszył się Maciek. - Chodź, pokażę ci szałas. Prawie skończony. Będę robił drugi fakultet - śmiał się. - Jestem teraz ekspertem od tarcicy i ciesielskiej roboty. Może rzucę uniwersytet i zajmę się budowaniem domów. Co za satysfakcja! - był wyraźnie podekscytowany i dumny z siebie. - Aniu, chodź do nas! - wołał. - Zobacz, kto przyjechał.
- A Antoś gdzie?
- Akurat ucina sobie drzemkę, zmęczyło go górskie powietrze. To wspaniały dzieciak. Je, śmieje się i śpi. I rośnie jak na drożdżach.
- Strasznie się za nim stęskniłam -powiedziała Monika.
- A za nami nie? - zapytał Maciek.
- Za wami też, oczywiście. Nie bądź zazdrosny, bo za nim jednak bardziej.
- Wybaczam, wspaniałomyślnie wybaczam. Już się przyzwyczaiłem, że jestem numerem drugim.
- Taka to już kolej rzeczy - poważnie powiedziała Monika. - Długo byłeś numerem pierwszym, czas na zmianę.
- Dla mnie jesteś zawsze pierwszy - przytuliła się do niego Ania. - Mamo, Maciek tutaj zadziwił wszystkich, pracując przy budowie.
Monika uśmiechnęła się, znów myślami błądząc gdzieś daleko.
- Już sierpień, góry zaczynają być kolorowe, Uwielbiam jesień tutaj. Pochodzimy sobie na spacery, sama zobaczysz - mówiła Ania.
- Ja nie przyjechałam tutaj na długo. Na dwa dni tylko.
- Dlaczego?! - wykrzyknęli oboje. - Zostań dłużej.
- Nie mogę, muszę wracać. Chciałam was tylko zobaczyć.
- Znalazłaś pracę? Tak szybko? - dopytywał Maciek.
- Tak i mam dużo spraw do załatwienia.
- Szkoda, ale może dasz się jeszcze namówić. Dopiero przyjechałaś.

29. Skarb2

- Maciek, przepraszam, że dzwonię o tak późnej porze, ale chciałabym porozmawiać z twoją mamą. Od rana nie odbiera komórki, więc pomyślałam, że ma rozładowaną baterię.
- Mama? Wyjechała rano od nas. Może rzeczywiście zapomniała naładować baterię.
- Wyjechała? Miała spędzić u was przynajmniej kilka dni.
- Pani Kasiu, czy coś się stało?
- Nie, zaraz stało. Po prostu szukam mamy i byłam pewna, że jest z wami.
- Była. Namawialiśmy ją, żeby została dłużej, ale ona stwierdziła, że musi pozałatwiać jakieś sprawy związane z pracą i wyjechała. W jakim była nastroju?
- Martwi się pani o nią. Bo ja wiem, raczej przygaszona taka. Widać, iż strasznie przeżywa to rozstanie. Ania nawet zwróciła mi uwagę, że wygląda jak kobieta, która straciła ostatnią nadzieję.
- Mówiła coś?
- W zasadzie nie. Takie tam refleksje o życiu, typowe dla kobiety w głębokiej depresji.
- Co masz na myśli?
- No tak ogólnie, o przemijaniu, śladach na piasku i kręgach na wodzie, wspomnieniach.
- Czekaj. Czyli co, o śmierci mówiła?
- Nie tak wprost, tylko o marności naszej egzystencji. Tak ogólnie. O tym, że żyjemy tak długo, jak długo inni o nas pamiętają. Wydaje mi się, pani Kasiu, iż przeżywa kryzys własnej atrakcyjności. „Nikt mnie nie chce, mój czas już minął. To się chyba nazywa problemem wieku około menopauzalnego. W połączeniu ze złamanym sercem...
- Straszny z ciebie psycholog - przerwała mu Kasia. - A ja myślałam, że specjalizujesz się w ekonomii.
- Ja naprawdę martwię się o mamę - powiedział Maciek - ale nie wiem, jak jej pomóc. Sam sobie szukam wytłumaczenia. A temu facetowi to najchętniej dałbym w mordę za to, co zrobił mamie.
- Wiesz, gdyby to mogło pomóc, sama namawiałabym cię do tego.
- No właśnie, gdyby mogło. Na złamane serca podobno czas jest najlepszym lekarstwem.
- Może jak mama wróci do pracy, zacznie spotykać się z innymi ludźmi, znów będzie zajęta...
- No, nie wiem, pani Kasiu. Myśli pani, że jest jakiś powód do obaw? Może ja wsiądę w samochód i sprawdzę co z mamą?
- Poczekaj. Nie ma sensu, żebyś gnał po nocy, bo może po prostu wyłączyła telefon, żeby się pomartwić w samotności. Sama to sprawdzę, bliżej mam. Może po prostu śpi. Nie martw się, Maciek. Pozdrów Anię i małego ode mnie.
- Dzięki pani Kasiu. Da pani znać, czy wszystko w porządku?
- Oczywiście. Ale przypomnij sobie angielską maksymę: brak wiadomości to dobra wiadomość. Jak nie będę znów cię niepokoić, to znaczy, że wszystko w porządku.
- A pani przypadkiem nie miała wyjechać do Włoch?
- Miałam, ale zmieniłam termin.
- Aha, rozumiem. Dobranoc pani Kasiu.
Kasia znów wybrała numer Moniki. Domowy nie odpowiadał. Komórka też. - Do diabła! - zaklęła. - Co ona wyprawia?!
Zaczęła się rozbierać, szykując się do spania. Przerwała w połowie, zła sama na siebie. “I tak nie zasnę, bo będę się martwiła o tę wariatkę! Lepiej sprawdzę co z nią”.
Parkując samochód zauważyła, że w oknach Moniki pali się światło. “Nie śpi. Pewnie znów pije i płacze. W alkoholizm wpadnie przez tego Iwo!”
Nacisnęła dzwonek przy drzwiach - nikt nie odpowiadał. Wyjęła klucze z torebki, otworzyła drzwi.
- Monika?! - zawołała i zajrzała do sypialni. - Jasna cholera! - krzyknęła. - Monika?! - potrząsała nieprzytomną przyjaciółką. - Coś ty zrobiła?!
Na stoliku obok łóżka stała prawie opróżniona butelka koniaku, na łóżku walały się fiolki po środkach uspokajających. Wszędzie porozrzucane były zdjęcia jej i Iwo. Uśmiechniętych, szczęśliwych, przytulonych.
- No, nie - szepnęła. - No nie.
Chwyciła telefon i już miała wykręcić numer pogotowia ratunkowego, kiedy przypomniała sobie o czymś. Szybko przekartkowała notes.
- Panie doktorze, pan się ogłasza - alkoholowe odtrucia i tym podobne. Natychmiast potrzebuję pana pomocy.
- Koniak i środki uspokajające. Nie wiem, ile wzięła. Jest nieprzytomna - odpowiadała krótko na pytania lekarza. - Nie, nie chcę pogotowia. Za ile może pan tu być? Dziesięć minut? Czekam. Dobrze, będę wlewać w nią tyle wody, ile mi się uda.
- Monika! - Kasia wlewała w przyjaciółkę wodę i biła ją po twarzy. - Monika! Obudź się, na rany boskie! Nie rób mi tego.
Doktor przyjechał razem z pielęgniarką.
- Niech pani stąd wyjdzie - poprosił. - To nie będzie miły widok.
Drżącą ręką trzymała szklankę z wodą. “Zwariowała, ona zupełnie zwariowała. Żaden facet nie jest tego wart - rozmyślała wściekła na siebie, że nie przyjechała wcześniej. - Powinnam była się domyśleć. Boże, co ze mnie za przyjaciółka!”
- Pani, przepraszam, to jej rodzina? - lekarz wyrwał ją z ponurych rozmyślań.
- Najbliższa. Co z nią?
- Będzie dobrze. Wygląda na to, że nie upłynęło dużo czasu odkąd połknęła te środki. Śpi, dostanie kroplówkę. Wie pani, gdzie ona ma czystą pościel?
- Oczywiście, już daję.
- Pielęgniarka się tym zajmie. Proszę jej tylko pokazać gdzie co jest - zarządził. - Czy pacjentka miała jakieś problemy z sercem? Bierze jakieś leki